Odpowiedzialność za błędy jest miarą ludzkiej odwagi

Nie popełnia błędów ten kto nic nie robi - może to slogan, ale jest w nim wiele prawdy. Nie jest sztuką popełnić błąd. Klasę i odwagę ma ten, kto potrafi go naprawić.

Wszędzie tam, gdzie w jakimś procesie pojawia się człowiek, dochodzi do pomyłek. Jest to nieuniknione. Czynnik ludzki, ot co. Błędy popełniamy na etapie wprowadzania danych do systemu, na etapie sporządzania raportów i analiz, podczas opiniowania dokumentów czy wydawania decyzji lub wykonywania jakichkolwiek czynności. Skłonność do błędów jest wpisana w nasz kod genetyczny.

Pomyłki zdarzają się każdemu. Często wynikają z nieuwagi, odpłynięcia myślami gdzieś daleko poza horyzont bieżących zdarzeń. Niestety równie często są wynikiem utrwalonego niedbalstwa i poczucia bezkarności. Wiele jestem skłonna wybaczyć biorąc pod uwagę ułomność ludzkiej natury. Dlatego tym bardziej cenię w ludziach umiejętność przyznania się do błędu i naprawienia go. To chyba ta zdolność, którą cenię najbardziej.

Nic się nie stałoNic się nie stało

Z tej właśnie przyczyny wkurza mnie filozofia zamiatania pod dywan i ukrywania wszelkich naruszeń czy uchybień. Zwłaszcza, gdy dotyczy to zawodów zaufania publicznego: lekarzy, urzędników, policjantów - czyli osób, które mają stać na straży zdrowia, prawa i życia. Z jednej strony to brak odwagi cywilnej. Z drugiej strony walka o kasę, ponieważ konsekwencje błędów lekarskich czy urzędniczych mają wymiar setek tysięcy, a nawet milionów złotych. A gdy w grę w chodzą pieniądze i firmy ubezpieczeniowe, to walka staje się zacięta.

Gdy usłyszałam o śmierci nienarodzonych bliźniąt we Włocławku, było mi bardzo żal rodziców tych dzieci. Nawet nie umiem sobie wyobrazić ich cierpienia. Minister Arłukowicz stwierdził, że w szpitalu popełniono błędy, jednocześnie ktoś z pracowników tego szpitala zdążył wykasować dane z aparatów USG z nocy, kiedy zmarły dzieci. Nie jest to jedyny przypadek, gdy z powodu niekompetencji, bezduszności i jakiejś niewytłumaczalnej dla mnie znieczulicy umiera człowiek lub zostaje skazany na życie z grupą inwalidzką - jak w tej dramatycznej historii kobiety, która pracowała jako radca prawny w szpitalu.

Niestety jak do tej pory nie odnotowałam w takich sytuacjach przeprosin ze strony lekarzy czy przedstawicieli szpitala. Jakiegokolwiek „jest nam bardzo przykro”, „jest nam żal” czy po prostu „przepraszam”. Co więcej pacjent lub jego rodzina, którzy walczą o odszkodowania i pieniądze, które pozwolą im na rehabilitację i próby normalnego funkcjonowania w świecie, są uznane za jednostki roszczeniowe. Sprawy w sądzie przeciągane są w nieskończoność w nadziei, że problem sam się rozwiąże, czyli mówiąc brutalnie - pacjent zejdzie lub nie będzie miał już siły walczyć.

Zastanawiam się, czy lekarze, którzy popełnili takie błędy, potrafią sobie spojrzeć rano w oczy w lustrze bez obrzydzenia?

We wrześniu ubiegłego roku mogliśmy przeczytać w Rzeczypospolitej o tym, że „Według danych, które oszacował Instytut Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, każdego roku z powodu błędów lekarskich umiera od 7 do 23 tys. osób. Najczęstsze pomyłki lekarzy to zabieg na niewłaściwym pacjencie, operacja narządu po odwrotnej stronie, pozostawione ciało obce, oparzenia sprzętem lub środkami chemicznymi. Od 2011 r., kiedy znowelizowano ustawę o prawach pacjenta, do komisji wojewódzkich, sądów i izb lekarskich trafia coraz więcej skarg od poszkodowanych. W tym roku już 64 tys. osób podejrzewa, że złamano ich prawa jako pacjentów. Co najmniej 2,5 tys. pacjentów twierdzi, że padło ofiarą lekarzy."

Jak pisze Edyta Hołdyńska, "wielu lekarzy nie ponosi żadnych konsekwencji swoich błędów. W 2012 roku Okręgowe Sądy Lekarskie w całym kraju uniewinniły 64 lekarzy, a wobec 64 umorzyły postępowanie. 174 medyków dostało upomnienie, 65 nagany, a 27 kary pieniężne.” Okazuje się, jednak, że według Dyrektora Instytutu Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum nie są to wiarygodne dane.

Oficjalnych statystyk dotyczących błędów lekarskich nie znajdziemy. Dlaczego? Żeby nie wywoływać strachu wśród mieszkańców, nie pogarszać opinii, którą z dnia na dzień psuje sobie środowisko lekarskie?

Analogiczna sytuacja dotyczy wielu urzędów. Przypadki, w których beneficjentom „przepływają koło nosa” wielotysięczne czy milionowe dotacje, ponieważ „wniosek gdzieś się zawieruszył/wpadł za biurko”, ponieważ osoba prowadząca sprawę zapomniała o terminie, poszła na urlop lub zwolnienie lekarskie nie są niestety fikcją. Sytuacje, gdy w wyniku opieszałości na etapie prowadzenia postępowań upadają firmy są opisywane w prasie, lecz jak na razie niewiele to zmienia, oprócz tego, że opinia publiczna ma coraz gorsze zdanie na temat sposobu funkcjonowania naszego państwa.

Chciałabym zakończyć ten tekst jakimś optymistycznym i dającym nadzieję akcentem, ale nie widzę światełka w tunelu.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: