Drogi Facebooku, w dniu Twego święta... żyj ile zechcesz, tylko nie zgub danych

Kochany i nienawidzony, obwiniany za potęgowanie narcystycznych odruchów, obniżanie samooceny, pogłębianie uzależnienia, marnowanie czasu, jednocześnie uwielbiany za możliwość dzielenia się wszystkim, co tylko można zmienić w ciąg zer i jedynek - Facebook obchodzi dziś dziesiąte urodziny. I co z tego?

Właściwie nic. Póki co nasza ulubiona/znienawidzona (niepotrzebne skreślić) platforma społecznościowa żyje i ma się dobrze. Kolejne nowości i zmiany w działaniu tego molocha wciąż są szeroko dyskutowane w zagranicznej prasie, kolejny rok czarnowidze wieszczą rychły upadek całego przedsięwzięcia, każdego dnia umiera kilka tysięcy użytkowników, kilkuset łączy się w pary, rodzi dzieci, zrywa ze sobą i "kończy znajomość”. Każda minuta przynosi setki postów i tysiące "polubień", a kolejnych pięć nowych profili zakładanych jest co sekundę.

Stworzony w harwardzkim akademiku Facebook (och ten mit założycielski pielęgnowany w filmie "The Social Network") nieźle się rozrósł przez tę dekadę i chociaż znam kilka osób, które nigdy go nie używały i nie zamierzają, ja nie wyobrażam sobie życia bez tej sieci, ale nie jestem uzależniona. Tak, wiem, wszyscy uzależnieni tak mówią... Facebook jest dla mnie i setek (tysięcy? milionów? miliardów? w zależności jaką skalę przyjmujemy - lokalną czy globalną?) osób fantastycznym połączeniem platformy do komunikacji zawodowej i przedmurzem do spotkań towarzyskich. Nie zabija moich relacji ze znajomymi, pogłębia je.

Paradoks? Niekoniecznie. Jestem z grupy, która pierwsze pozaszkolne znajomości w podstawówce zawierała na IRC-u, a część rozmów odbywała na ICQ, nasza grupa to ci, którzy zaczynali pisać blogi, zanim powstały polskie platformy blog.pl i nlog.org, tworzyli pierwsze polskie fotoblogi i blogi komiksowe. Dość! Za chwilę powiem, że "za moich czasów bloger to był Paolo Coelho recenzujący wizytę w kinie ze znajomymi, a nie jakaś laska wrzucająca fotki w dziwnych ciuchach z nienaturalnie powykręcanymi nogami". Niemniej jednak Facebook to dla nas kolejny krok, wygodniejszy niż wszystkie poprzednie, bo oprócz wyrażania złotych, srebrnych i gównianych przemyśleń, które się potem omawia, krytykuje, aprobuje albo ukrywa, oprócz miejsca gdzie można rozmawiać na żywo, mamy też magazyn ze zdjęciami, oraz podręczne portfolio z okienkiem do błyskawicznej komunikacji.

Przykład z kilku ostatnich dni. Siedzę kilka tysięcy kilometrów od domu, kilka tysięcy metrów nad ziemią, telefon mam wyłączony, ale odpalam na chwilę Facebooka, przeglądam prywatne wiadomości - przecież mój mąż, który nie używa telefonu i został w domu z dwójką dzieci może spytać, gdzie są skarpetki (na szczęście nic takiego nie miało nigdy miejsca). I co znajduję? "Cześć, jestem z magazynu XYZ, zechcesz dla nas napisać artykuł o..."- w tej chwili trudno mi już policzyć na palcach obu rąk sytuacje, w których zlecenia pojedynczych tekstów albo dłuższej współpracy spływały do mnie właśnie przez FB. Dziwne? Dla mnie naturalne - numer telefonu trzeba zdobyć, trzeba znaleźć chwilę spokoju, trzeba się dodzwonić, a potem i tak ustalenia wysłać e-mailem. Adres e-mailowy, nie mając numeru telefonu, też trzeba by było od kogoś wyciągnąć, teoretycznie jest coś takiego jak służbowe skrzynki, ale powiem Wam szczerze, od dobrej dekady nie logowałam się na żadną, ba w 80% redakcji informatycy nie podają nam nawet haseł i loginów. Mechanizm komunikacji "na fejsie" rozwiązuje wiele problemów (tylko czasem trzeba zaglądać do skrzynki "inne").

Na Facebooku dzielimy się więc linkami do naszych zawodowych dokonań dostępnych online, wrzucamy zdjęcia dokonań zawodowych dostępnych wyłącznie w formie fizycznej. Wrzucamy zdjęcia ciekawe i zdjęcia, które nam wydają się być interesujące, ale może wcale nie są. Wrzucamy linki do poruszających artykułów i muzyki, albo pokazujemy czego słuchamy w serwisach takich jak Spotify, wrzucamy teledyski, dyskutujemy o Sprawach i sprawkach, żartujemy, cytujemy dziwne teksty naszych dzieci, wypisujemy obserwacje zastanego porządku, wrzucamy pełne oburzenia uwagi na profile producentów tego czy tamtego produktu, albo fanpage knajp, sklepów.

My - tu już konkretnie redakcja Focha - na Facebooku mamy nasze kolegia, omawiamy kolejne tematy, zgłaszamy pomysły, przekazujemy wstępne informacje o tym, co już jest zrealizowane, a co jeszcze nie. Anegdotka: przez to, że część z nas ma jeszcze inne zajęcia, dzieci, mieszka bliżej lub dalej jeszcze, ani razu nie udało się nam spotkać w pełnym redakcyjnym gronie. Podobnie jak mój mąż, czy moja szefowa nie wyobrażam sobie życia zawodowego bez Facebooka, bo oznaczałoby to nieustanne wiszenie na telefonie, albo wymienianie tysięcy mejli z kolejnymi osobami tylko po to, żeby ustalić coś, co na FB zajmuje nam kilka chwil.

Cześć, pozdrawiam Was z FacebookaCześć, pozdrawiam Was z Facebooka

Mam też tak ustawiony newsfeed, żebym mogła sobie poczytać ciekawe i całkiem niekrótkie, a barwnie napisane obrazki z życia Łodzian i Zgierzan pracujących (pozdrawiam tutaj kolegę Popieleckiego i pana Najdera), zadziwić się nad absurdalnymi pomysłami klientów stoiska, na którym tyra kolega wydawca Michał (też pozdrawiam), mam też codzienną dostawę świeżych wiadomości ze świata nauki, sztuki, kilka stron zajmujących się relacjonowaniem sytuacji geopolitycznej na świecie, wreszcie nie oglądam wcale telewizji, a najbardziej na świecie nie oglądam polskich programów informacyjnych, ale może o tym kiedy indziej.

Do czego nie używam Facebooka? Do rozpoznawania znajomych w realu. Gosia proponując mi podjęcie tego rocznicowego tematu mówiła "przyszłaś mi do głowy jako pierwsza, wiesz, nie poznajesz ludzi po twarzach". To znaczy nigdy nie robiłam tak, że sprawdzałam czyjeś zdjęcie profilowe i porównywałam z zastaną mordą, bo to i tak nic mi nie daje, zwłaszcza, kiedy moi dowcipni znajomi zamiast własnej twarzy mają zdjęcie Toma Sellecka, albo - jeszcze lepiej - awatar z Naruto. Natomiast to, jakie informacje o swojej aktywności wrzucają moi znajomi - owszem pomaga zidentyfikować tożsamość mojego rozmówcy. O tym chyba już wspominałam, prawda?

Przy okazji - jeśli uważasz, że Facebook to wyłącznie miejsce, gdzie wszyscy się mizdrzą, lansują albo pielęgnują swoją neurozę błagając o uwagę - strasznie mi przykro za Twoich znajomych, ale nie wiń Facebooka. Jeśli masz nastolatka i myślisz, że robi milion głupich rzeczy tracąc czas na Facebooku - może też nie wiń Facebooka. Owszem, na Facebooku można żyć piękniej i intensywniej, ale czy tak samo nie działo się, kiedy spotykając się raz na jakiś czas ze znajomymi słyszałaś "byłam tu i tam, widziałam to i tamto, było wspaniale"? Błagam, syndrom "taaaaaaką rybę złowiłem" jest pewnie tak stary jak komunikacja międzyludzka. Nasz kochany Facebook to wszystko potęguje? Cóż, taki mamy klimat - to, że ponoć Chińczycy spowolnili ruch obrotowy Ziemi nie znaczy, że zaczniemy żyć wolniej.

Skoro już o życiu mowa, to ponoć Facebook może je zniszczyć. Słyszeliście o tym? Tak, to jest możliwe, internet w ogóle może zniszczyć komuś życie. Utrata kontroli nad własnym wizerunkiem, hackerstwo, narkotyki, podróże, przechodzenie przez ulicę w niedozwolonym miejscu i długotrwałe zostawanie w domu też. Brak seksu i jego nadmiar, jedzenie otrębów, zielonych pomidorów, nieszczepienie i unikanie wizyt u lekarza, nadużywanie leków - życie generalnie jest niebezpieczne i kończy się śmiercią. A teraz bez żartów, owszem, Facebook pozwala skompromitować siebie, albo pozwala komuś na skompromitowanie Cię w znacznie łatwiejszy i szybszy sposób, niż było to dotąd możliwe, najgorsze jeśli ofiarami stają się nieletni. Wiadomo, że są najbardziej podatni na mobbing. Rzadziej przyznają się przed mogącymi im pomóc osobami do problemów, częściej czują się nierozumiani i osamotnieni. Stąd też głośne przypadki samobójstw spowodowanych przez ośmieszanie nieletniej ofiary właśnie na Facebooku. Bez Facebooka takie rzeczy też się zdarzały, ale były dyskutowane rzadziej i w węższym gronie.

Mogę tu więc przywalić jakimś truizmem, w stylu, że warto żyć odpowiedzialnie i zastanawiać się nad tym z kim się zadaje w realu i co się wrzuca na swój profil w wirtualu? Że młodsza młodzież tego nie wie? No cóż, należy ją zatem uczyć tego, tak jak uczy się świadomej konsumpcji, czytania ze zrozumieniem, krytycznego odbierania przekazu medialnego - aaaaa, aha... nie uczycie tego dziedziców swego rodu? Hm, no trudno.

Mam uspokajającą wiadomość - niebawem będziecie mogli winić inne narzędzia masowej socjalizacji za wszystko co najgorsze. Młodzież coraz mniej jest bowiem skora do zakładania profilów aktywnego korzystania z FB. Dlatego niektórzy spece od marketingu biją na alarm, że nam ten fejsbuczek umiera - no coraz mniej dzieci się tutaj rodzi i zostaje użytkownikami. Mnie tam nie dziwi, że nieletni potomkowie nie chcą się bawić tam, gdzie ich rodzice wrzucali jeszcze kilka lat temu (a może nadal wrzucają?) kompromitujące zdjęcia z wczesnej młodości, albo nadmiernie ingerują w życie profilowe swych pociech. Z resztą nie wiem po co nastolatkom, które generalnie nie mają jeszcze tak wielu znajomych poza szkołą i żyją wciąż w zamkniętych społecznościach taki Faceboook? Owszem, historie pod tytułem "koleś chce ze mną chodzić, ale ma za mało znajomych na Facebooku" nie są obce, są źródłem wielu dramatów i wiecznego rozbawienia.

Co ciekawe - o ile dzieciaki unikają FB, nowe konta zakładają starszaki, czyli ludzie po 55 roku życia. "Facebook dorasta" - napisano w jednej z zagranicznych gazet, w innej, że te 10 lat w świecie nowych mediów to jak 7 dekad na ludzkie lata. Być może Facebook niebawem sczeźnie, może Zuckerberg wymyśli coś, żeby znów nam zmienić to wszystko, tak jak wprowadził niegdyś "Newsfeed" i "Timeline" - kto pamięta szloch z tego powodu? A może Zuckerberg nic nie wymyśli, na wirtualną scenę wejdzie nowy dzieciak i stworzy kolejną innowację, przepraszam, start-up, który internet 2.0 wywinduje na poziom 3.0. I znów będzie płacz i nastanie radość, ludzie będą robić z siebie durniów i asów, będą brylować i narzekać, zanudzać i kompromitować się, pracować i kontaktować z innymi ludźmi - nawet takimi, których przy wcześniejszych możliwościach komunikacji społecznej nie spotkaliby tak szybko. Life goes by. Dla mnie najważniejsze jest tylko jedno - niech mi Zuckerberg i jego kompania nie zgubią danych, zwłaszcza niektórych zdjęć - odkąd założyłam swój profil na Facebooku miałam już 5 zmian komputera i kilka padniętych dysków. Że niby Flickr? Picasa? iCloud, Google Drive, backup na dysku zewnętrznym? No wiem, wiem, po prostu na Facebooku mam wszystko pod ręką, a poza tym odpowiem po męsku - zaraz, zaraz się tym backupem danych zajmę.

PS. Tematem lutego na Fochu jest SPOŁECZNOŚĆ. Przypadek? Nie sądzę. Chcecie o tym porozmawiać? (A może powinnam zapytać po facebookowemu: "O czym teraz myślicie" w związku z tym faktem, hmm? )

Więcej o: