Monogamia? Niech już będzie, byle nie w przyjaźni

Temat kobiecej przyjaźni poruszyła jedna z naszych Czytelniczek. Dołączę do niej, ale w nieco innym stylu. Wierzę w przyjaźń damsko-damską. To nie wszystko. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. I jestem tutaj zupełnie poważna. Tyle że niekoniecznie popieram w przyjaźni monogamię. Już piszę dlaczego...

Olga pisała o tej jednej jedynej przyjaciółce, z którą kroczy przez życie. Red. Rączka wyznała kiedyś, że jej akurat żadna przyjaciółka w życiu nie towarzyszy. I z jednej strony nieco nad tym ubolewa, a z drugiej strony pisze to dość mało przekonująco. Ja tymczasem potrzebuję przyjaciół jak oddechu. I niemal równie często.

Nie muszę pytać, czy otworzysz, bo wiem, że jeśli zjawię się, to w progu będziesz stać”. To słowa z o początku wspólnej piosenki Renaty Przemyk i Kasi Nosowskiej. Znacie piosenkę „Kochana”? Jeśli nie, to poznajcie teraz. Każde słowo jest odzwierciedleniem tego, jak pojmuję przyjaźń. To moim zdaniem jedna z lepszych, z bardziej wzruszających definicji przyjaźni.

Nie mam kieszeni wypchanych kasą, ani loftu w Nowym Jorku. Nie mam wielu godnych uwagi przedmiotów i wciąż nie dane mi było wypróbować tylu kosmetyków, o ilu marzyłam. Ale to wszystko jest pretensjonalnym wstępem i nie ma w gruncie rzeczy żadnego znaczenie, bo mam przyjaciół, na których mogę liczyć. Nie jednego czy jedną, którą poznałam w piaskownicy, tylko właśnie kilka osób, którym bardzo ufam. Mam nadzieję, że z wzajemnością.

Niektóre przyjaźnie trwają już kilkanaście lat, niektóre raptem kilka. Niemal każda relacja przeszła przez różne etapy: euforie, separacje, kryzysy, rozwody i ckliwe powroty. I nie, nie są to moi kumple czy kumpelki. Rozmawiamy szczerze o bardzo poważnych tematach i mamy do siebie zaufanie. I mamy już za sobą sytuacje, w których przyjaźń przeszła test. Były rozwody, poważne choroby, bezrobocie, kłopoty finansowe i nieunikniona, wynikająca z tego frustracja. Tak, zjedliśmy kilka beczek soli.

Przyjaciółkę można mieć tylko jedną? Dlaczego?Przyjaciółkę można mieć tylko jedną? Dlaczego?

Temat przyjaźni nie pojawił się znikąd. Przysłuchiwałam się dyskusji jaka miała miejsce w tramwaju. (Nie miałam wyjścia, bo niektórzy ludzie mówią porażająco głośno. Jakby głośniej wypowiedziane słowa mądrości nabierały.) Usłyszałam wtedy, że: "Bejbe, ty mnie lepiej posłuchaj, w życiu można mieć jedną przyjaciółkę, reszta to nic niewarte kumpele!". Brwi powędrowały mi wysoko w górę. Serio? Od razu zapewnię sobie miękkie lądowanie i wyjaśnię, że nie oceniam nikogo ani niczego. Masz jedną przyjaciółkę - wspaniale. Ani jednej? Jeśli tego właśnie chcesz, też nic mi do tego. Pozwól jednak, że skreślę słów kilka o tym, dlaczego moim (i niech będzie, że wyłącznie moim) zdaniem, im więcej wokół ciebie przyjaznych ludzi, tym lepiej. I nie twierdzę tak ponieważ jestem wyjątkowo towarzyska i uwielbiam życie w grupie. Jest zupełnie inaczej, ale do rzeczy.

Większość z nas, oczywiście ze mną na czele, jest absolutnie nie do wytrzymania w co najmniej dwóch fazach życiowych: totalnego szczęścia i nieszczęścia. Wysłuchiwałaś kiedyś opowieści zakochanej dziewczyny? Słodkie, prawda? Przez pierwszych kilka dni z pewnością. Przy kolejnym tygodniu słuchania gaworzenia o tym, jak wspaniały jest jej wybranek, bo niespodziewanie zadzwonił, nie przewrócił się idąc chodnikiem albo wysłał sms-a w nocy, zazwyczaj koncentrujesz się w myślach na mantrze: kocham cię moja przyjaciółko, kocham cały świat, wytrzymam to, Boże tylko daj mi siłę. Ewentualnie na tym, że to dla twojej przyjaciółki ważne, więc trzeba wysłuchać i tyle. Zdarza się jednak i tak, że mimo całej sympatii robisz wszystko, żeby wasza rozmowa przeniosła się w świat internetu, bo tam w sukurs przyjdą ci emotikonki. I gdy w najlepsze ziewasz, klikasz skrót i na ekranie pojawia się uśmiechnięta buźka.

Nie zrozumcie mnie źle. Daleko mi w tej chwili do cynizmu czy podszytego frustracją sarkazmu. Byłam po drugiej stronie i wiem, jak ciężko jest trzymać buzię zamkniętą na kłódkę, gdy oto na twojej drodze pojawił się bardzo interesujący mężczyzna. Każdy jego gest wydaje ci się tak wspaniały, że konieczne jest przeanalizowanie go z kimś bliskim i rozłożenie na nanocząsteczki szczęścia. Kilka razy. Co wtedy? Naturalnie telefon do przyjaciółki czy przyjaciela. Teraz, natychmiast, a wszystko do tego przekazujesz bardzo podekscytowanym (często piskliwym) tonem! Nikogo nie muszę o to oskarżać, bo sama robiłam to milion razy. Zaraz...

A może by tak nie dzwonić nieustannie do jednej przyjaciółki, tylko tę rozpierającą cię energię podzielić między kilka osób? I zamiast koncentrować się na jednej przyjaciółce, przekazać radosną nowinę kilku osobom? Bo przy odpowiednich proporcjach naprawdę obdarowujesz słuchacza szczęściem, a nie zamęczysz. Twój uśmiech, radosny głos poprawią humor. Przekazujesz wszak drugiej osobie bardzo pozytywne emocje. Tutaj wszystko jest jasne i proste. A teraz, dziewczyny, trudniejsza sytuacja. Wyobraźcie sobie, że Wasza przyjaciółka jest nieszczęśliwa. Bardzo, wyjątkowo intensywnie, do szpiku kości, przez bardzo długi czas.

Trochę przymruż oko, a trochę nieTrochę przymruż oko, a trochę nie...

Tragedia, dramat i darcie szat - czyli na przykład zerwanie. Po kilku latach lub tygodniach. To nie ma wielkiego znaczenia. Ktoś, kto nigdy nie został przez ukochanego (drania, huncwota - ach, pozwolę sobie na nieco pretensjonalne określenia) pozostawiony na pastwę losu, może mieć kłopot z wniknięciem w gamę emocji, jakie szargają wtedy damskim sercem. OK, kpina jest tutaj zupełnie nie na miejscu, bo serce boli naprawdę i bliskość kogoś, kto podniesie cię wtedy na duchu, jest więcej niż wskazana.

Cierpiącą kobietę należy podnieść na duchu i na ciele, utwierdzić w przekonaniu, że jest życie po życiu z nim, że jest wspaniała i interesująca, a on jest nikim lub co najwyżej obłym robakiem. Śmierdzącym, parszywym odpadem atomowym i oby nigdy nie miał erekcji. Ona zaś jest świetną babką, interesującą, bardzo inteligentną i błyskotliwą. Jak na przyjaciółkę przystało, wspierasz, jesteś na każde zawołanie, słuchasz, radzisz, rozśmieszasz. Towarzyszysz w złym czasie. I konia z rzędem tej dziewczynie, która jest w stanie przejść przez to emocjonalne bagno suchą nogą. O kim piszę? Jak na bardzo osobisty wpis, na osobistym blogu przystało, o sobie piszę. Kiedyś, w kiepskim momencie swojego życia, upatrzyłam sobie przyjaciółkę, pewną bardzo mądrą kobietę i niemal codziennie szukałam u niej pocieszenia. Zadręczałam pytaniami, szukałam odpowiedzi, potrzebowałam zastrzyka energii, emocjonalnej baterii. Miałam na tyle przyzwoitości, by po wszystkim podziękować jej za cierpliwość i siłę. Odpowiedź dała mi jednak sporo do myślenia - bo prócz klasycznego: „zawsze będę cię wspierać”, usłyszałam, że teraz to ona musi się zregenerować.

Nagle zdałam sobie sprawę, że słuchanie o czyichś problemach wymaga niesamowitej odporności. Nie ma znaczenia rodzaj tych problemów. Czy jest to rozstanie, czy jest to frustracja wynikająca z braku pracy, czy poważna choroba. Nie sposób nie przyjąć na siebie smutku bliskiej ci osoby. Nie sposób nie wziąć na swoje barki jej cierpienia. Co począć, powiesz wzruszając ramionami? Ano mądrze eksploatuj swoich przyjaciół. Cierpisz? Podziel złe emocje pomiędzy co najmniej kilka osób. Nie mów - "tobie jednej to mówię", ani tak nie postępuj. Czy rzeczywiście warto jedną osobę obarczać złem całego twojego świata?

Szczęście pomnożone przez cztery. Nieszczęście podzielone przez czterySzczęście pomnożone przez cztery. Nieszczęście podzielone przez cztery

Mnie (nie, nie zaczynamy zdania od MI) nad wyraz odpowiada model przyjaźni pokazany w przedpotopowym dla wielu serialu - „Seks w wielkim mieście”. Cztery babki wspólnie balują i wspólnie rozprawiają nas swoimi problemami. I nie zmniejsza to ich radości, ale zmniejsza bolesne współodczuwania. Ale to tylko moje zdanie. Teraz Wasza kolej. Nie zdziwię się, jeśli pierwszy komentarz będzie lekką trawestacją cytatu z zupełnie innej produkcji: "Co Ty wiesz o przyjaźni?".

Więcej o: