Duchologia, czyli zapomniane artefakty naszego dzieciństwa: wywiad z Olgą Drendą

Jak zapamiętujemy przeszłość: przedmioty i wydarzenia? Czy premiera "Twin Peaks" była ważniejsza niż przemiany ustrojowe? Jak archiwizować codzienność? O tym i wielu innych sprawach rozmawiam z Olgą Drendą - antropologiem kultury, dziennikarką, tłumaczką i wreszcie niezmordowaną archiwistką niedalekiej przeszłości, prowadzącą stronę Duchologia.

Pamiętasz moment, w którym rozpoczęła się twoja przygoda z "nową archeologią”?

Pewnego dnia po prostu doszłam do wniosku, że muszę mieć jakieś hobby, założyłam więc duchologicznego bloga, a następnie fanpage, który dziś jest znacznie bardziej żywotny. Sam temat wziął się z moich studiów. Miałam warsztaty z antropologii pamięci, podczas których przepytywaliśmy osoby w naszym wieku, czyli ludzi z roczników 75-87, co pamiętają z dzieciństwa. To, co mnie najbardziej zainteresowało, to sposób, w jaki wydarzenia z przestrzeni publicznej takie jak polityka, historia, oraz kultura, są zapamiętywane przez dzieci. Równie ciekawy jest sposób, w jaki te informacje tłumaczone są przez same dzieci na zrozumiały przez nie język. Wiele zdarzeń zapisuje się w głowach niczym duchy.

Co wyniknęło z tych badań, zwłaszcza dla Ciebie?

Te badania pokazały, że dla większości moich rówieśników wydarzeniem przełomowym wcale nie były pierwsze wolne wybory, ale śmierć Freddiego Mercurego i emisja Twin Peaks w telewizji.

Myślę, że Twin Peaks był serialem tak dziwnym i specyficznym, pełnym abstrakcyjnych, zwłaszcza jak na umysły dzieci scen, że dosyć mocno wrył się w pamięć.

Tak, to właśnie to, na co zwrócili uwagę badani. Ja sama mało z tamtego oglądania pamiętam. Większość relacji "duchologicznych" związanych z oglądaniem telewizji w dzieciństwie łączyło to, że najlepiej zapamiętane przez badanych były rzeczy budzące strach: czołówka Panoramy, albo twarz Jaruzelskiego, którego jeden z pytanych nazwał "Panem Myszą”. Jedna z ankietowanych osób tak bardzo bała się natomiast wspomnianej czołówki Panoramy, że musiała dokonać czynności magicznej i przemienić słowo "panorama" na "pan rama o" i powiedzieć je do siebie w duchu, żeby Panorama utraciła swoją moc straszenia. Te nasze badania zgrały się w czasie z momentem, w którym zaczęłam słuchać muzyki z wytwórni Ghost Box i wszystkiego tego, co wpisało się we wspólny nurt nazwany "hauntology" - w dużym uproszczeniu muzyki o zjawach. Niektórzy artyści sięgali do zamglonej pamięci dziecięcej i widm, które potem wracają w pamięci muzycznej.

Zauważyłaś, by przepytywani przez ciebie ludzie paradoksalnie, bo mimo strachu przed pewnymi rzeczami, wracając do tych wspomnień, czuli się bezpiecznie i przytulnie, jak w domu?

Tak, między innymi na tym polega duchologia - to jest błogi świat dzieciństwa, o którym pisał Simon Reynolds - jest miło, ale za zasłoną czai się jakieś złe widmo. To dobrze słychać na płytach Boards of Canada. Pozornie to błoga muzyka, niczym płynące chmurki, ale od czasu do czasu pojawiają się zakłócenia, usterki, duchy zaczajone w przekazie podprogowym. Kiedyś, gdy podwajał się podwójny obraz, albo "szumiał", mówiło się, że w telewizorze pojawiają się duchy, a teraz?

Teraz mamy rozpikselizowania.

I to są duchy nowych czasów (śmiech).

Duchologiczne artefakty: moda nie jest taka trudna! Wystarczy dobry katalogDuchologiczne artefakty: moda nie jest taka trudna! Wystarczy dobry katalog

Chociaż publikujesz regularnie wywiady i artykuły w czasopismach fotograficznych i literackich, najlepiej jesteś kojarzona z Duchologią. To strona, na której kolekcjonujesz najróżniejsze wizualne artefakty z lat 80 i 90. Z czym kojarzy ci się przeszłość, jak wygląda Twoja Duchologia?

To brązy, kurz, ciężkie kotary, koszmarna boazeria. Duchologia kojarzy mi się z miejscami użyteczności publicznej takimi jak sklepy, w których były sprzedawane płaszcze i futra. Pamiętam letnie sukienki mojej babci, które były robione z takich sztywnych nieoddychających materiałów, stylonów. Pamiętam, że babcia nosiła sukienki o ładnym kroju i wzorach, ale miałam wrażenie, że całość przywiera do ciała, oblepia je i dusi.

Czy dzięki Duchologii trafiłaś na zapomniane artefakty z własnego dzieciństwa?

Są takie, które gdzieś krążyły mi w pamięci, ale ponieważ ostatni raz widziałam je pod koniec lat osiemdziesiątych, trudno było mi je skojarzyć. Jedną z takich rzeczy był atlas świata wydany w '89, ozdobiony charakterystyczną czerwona okładka, na której była dwójka dzieci trzymających glob. Ja zapamiętałam, że w środku były informacje o miastach wojewódzkich w Polsce, gdzie Wałbrzych zapisano jako Małbrzych. Okazało się, że nie tylko ja to pamiętam, jest więcej takich osób.

Z wykopaliska zbieraczy starzyzny duchologicznejZ wykopaliska zbieraczy starzyzny duchologicznej

Jakie jest Twoje najfajniejsze duchologiczne wykopalisko?

Myślę, że te najlepsze wciąż są przede mną. Największym odkryciem jak dotąd, było poznanie miasta Sieradz. Znane mi było wcześniej przelotnie, z przejazdów autokarem, a dzięki Duchologii zaprzyjaźniliśmy się. Już wyjaśniam jak to możliwe. Wszystko zaczęło się od opublikowania świetnego zdjęcia wielce zakłopotanego pana siedzącego w pozie "myślicielskiej” pod znakiem "Sieradz wita". Okazało się, że to zdjęcie oczarowało Sieradzan i zostali wiernymi fanami mojej strony. Sama chciałabym najbardziej dotrzeć do zdjęć, które najpewniej nie istnieją, bo ludziom nie chciało się marnować na nie kliszy. To zdjęcia witryn sklepów i szyldów ze słowami, których się już nie używa: konfekcja, galanteria, dziewiarstwo. Teraz sklepy mają swoje autorskie nazwy, żadne"odzież, obuwie", tylko "Super boutique", "Angelique”. Chciałabym prześledzić, ocalić, znaleźć nazwy usługowo-handlowe, chodzi też o szyldy takich punktów z miejsc, w których mieszkałam w dzieciństwie.

Czyli gdzie konkretnie?

Dorastałam w Katowicach, w dość niezmiennej dzielnicy - na Ligocie. Tam wiele rzeczy przez długie lata wyglądało dokładnie tak, jak w czasach mojego dzieciństwa. Przetrwały graffiti z lat 70., gdzie ktoś pisał "Lucy in the sky with diamonds" na murze. Niestety wszystkie zaczęły znikać pod koniec lat dziewięćdziesiątych, a ja zwyczajnie jestem gapą, że tego nie sfotografowałam. Na przykład serwisu fotograficznego, który zamiast wystawy miał ilustrację namalowaną od wewnątrz. Obrazek wyglądał dość upiornie: kruszący się facet z aparatem, który nie miał twarzy. Został zmyty wraz ze zmianą właściciela - teraz jest tam sklep monopolowy. Obok przez szereg lat działał sklep dziewiarski, gdzie sprzedawano podkoszulki z dzianiny o bardzo charakterystycznym zapachu, który dziś jest już nie do odtworzenia, odszedł razem z socjalistyczną Polską. Podkoszulki miały też etykietki z ceną w kolorze jodyny. Na ścianach była wymiotnie brązowa boazeria, a na niej plakat z Rambo. I właśnie wnętrze tego konkretnego sklepu chciałabym zatrzymać w pamięci.

Dawno, dawno temu w odległej Ligocie...Dawno, dawno temu na odległej Ligocie...

Wiesz, że dla mnie Katowice też są miejscem nawiedzonym przez duchy? Za każdym razem, gdy tam wracam mam poczucie istnienia podwójnej przestrzeni: tego, co jest teraz, czyli coraz bardziej nowoczesnego miasta i miejsca, które było tu trzy dekady temu...

Tamte stare Katowice z szemranymi kioskami i sklepami w bramach odchodzą na zawsze w świat duchologii. Ktoś postanowił zrobić tu porządek, co oczywiście jest dobre, bo pomaga przezwyciężyć stereotyp miasta złą sławą owianego. Przestrzeń odzyskiwana jest dla jego mieszkańców. Z drugiej strony nasze wspomnienia będą trafiać w nicość.

Trudno też odnaleźć zdjęcia, jak mówisz, nikt nie chciał marnować klisz na banały i brzydactwa. Teraz nie ma takich problemów - mnóstwo osób fotografuje rzeczy pozornie nieistotne: krzesła, hydranty, talerze, kubki, wnętrza knajpek, osiedlowych sklepów, podwórka, łazienki, kaloryfery, śmietniki i obszarpane słupy ogłoszeniowe... Cieszy cię ten trend?

Stanowczo protestuję przeciw naśmiewaniu się z ludzi, którzy postanawiają "zinstagramować" wszystko dookoła. Uważam, że należy fotografować co tylko się da: etykietki od produktów spożywczych, reklamy, okładki gazet i tygodników. To robota archiwistyczna, która może przydać się archeologom i etnografom badającym w przyszłości nasze czasy. Archeolog dziś cieszy się, gdy znajdzie sprzączkę od buta sprzed dwóch tysięcy lat, a kto te setki lat temu przejmowałby się sprzączką od buta? Fotografowanie to bardzo potrzebne zajęcie. Kiedy zaczęłam się zajmować Duchologią, najbardziej cieszyły mnie widoki miast - pamiątki z wycieczki, albo amatorskie filmy nakręcone przez kogoś, kto kupił kamerę pod koniec lat osiemdziesiątych i postanowił na próbę nakręcić widok z balkonu, albo wnętrze mieszkania.

To ciekawe, że tak dramatycznie złe filmy, jak pierwsze wprawki z kamerą, filmowanie stołu ze szwedzkim bufetem podczas pierwszej zagranicznej wycieczki, utrwalanie i komentowanie spotkania rodzinnego z offu- że wszystko to z czasem nabiera nowej wartości. Mówisz, że warto zbierać te wszystkie komunie, te "skamerowane" stoły świąteczne i ciocię ze straszną fryzurą?

Na ostatnim festiwalu w Łodzi była świetna wystawa poświęcona fotografii potocznej. Ktoś odkrył archiwum fotografii rodzinnej, to były bardzo dobre zdjęcia scenek z życia na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: turnusowy klimat, wyprawy na narty, ośrodki wczasowe, jazda PKS.

Skoro już rozmawiamy o zdjęciach, muszę spytać kto jest Twoim ulubionym fotografem?

To się oczywiście bardzo zmienia. Najbardziej lubię fotografię dokumentalną moim ulubionym fotografem jest Gianni Berengo Gardin, który nieco stylizował swoje zdjęcia. Miał ambicje uchwycenia włoskiego ducha i robił to wszystko z dużym humorem. To fotografia dokumentalna niepozbawiona ciepła i uroku, podobna do tego, co robił Elliott Erwitt, ale w wersji europejskiej. Z młodszego pokolenia - Ryan McGinley, Kuba Dąbrowski. Cały czas oczywiście odkrywam coś nowego. Myślę, że postanowiłam pisać o fotografii, bo sama nie umiem robić dobrych zdjęć, ale bardzo chciałam być blisko tego tematu (śmiech). To przydało się duchologii, bo pewna znajomość polskiej fotografii dokumentalnej pozwoliła dotrzeć do ciekawych zdjęć, warto pamiętać, że nasze zdjęcia reportażowe zawsze były rewelacyjne.

Właśnie, mamy szczęście do dobrych fotoreporterów prawda?

Tak, wydaje mi się, że nadal tak jest. Na Duchologii sporo jest dobrych zdjęć z PRL-owskiego okresu. Oko było wówczas chyba bardziej wyczulone na absurd, a może właśnie to się pchało przed obiektyw. Jedną z pierwszych rzeczy, które trafiły na Duchologię, były zdjęcia Davida Hlynsky'ego, który wyjechał na wymianę studencką do Polski. Kanadyjski fotograf utrwalał witryny sklepowe, co jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych projektów. To były witryny, na których nie było prawie żadnych towarów do pokazania, a mimo to starano się, by były zdobne, drapowano więc firanki a po środku kładziono samotny chlebek.

Dobra luksusowe, sprzedaż kredytowa, fot. Zbigniew WoźniakDobra luksusowe, sprzedaż kredytowa, fot. Zbigniew Woźniak

Byłaś typem zbieracza: gromadziłaś gazety, pocztówki, broszury - tak na wszelki wypadek?

Niestety, nauczyłam się tego dopiero teraz. Po prostu jedną z rzeczy, które najbardziej lubię, to robienie porządków i wyrzucanie rzeczy, a teraz nauczyłam się, że nie powinnam tego robić, dlatego, że potem będę musiała iść do antykwariatu i odkupić te wszystkie przedmioty.

W dzieciństwie też nie miałaś natury kolekcjonerki? Nie wciągnęły cie karteczki, naklejki?

Nie. Kiedy byłam dzieckiem, tak do 15 roku życia, zawsze było mi wstyd za poprzedni etap rozwoju. Kiedy zaczynałam interesować się dinozaurami, a porzucałam samochody - musiałam pozbyć się wszystkiego, co było związane z poprzednim etapem zainteresowań. Tak samo z muzyką. Jeśli interesował mnie nowy gatunek to musiałam natychmiast zrobić miejsce, oddawałam więc znajomym wszystkie kasety z wcześniej zebrana muzyką, dlatego nie mam zbyt dużego własnego archiwum z młodości. Dopiero później zostałam zbieraczem starzyzny.

Czy byłaś w szkole kujonem?

Nie, odrobiłam kujoństwo wcześniej. Nauczyłam się czytać zanim poszłam do pierwszej klasy. Zaczęło się od "Świata Młodych”. Patrzyłam, jak czyta go mój kuzyn i bardzo chciałam wiedzieć o co tam chodzi, więc prosiłam, żeby wyjaśniał mi literki. W ten sposób opanowałam znajomość alfabetu w wieku lat trzech. W związku z tym na samym początku w szkole nie miałam nic do roboty. Pochłonęłam za to mnóstwo książek z biblioteczki w domu moich rodziców i mojej babci, często niewiele rozumiejąc z ich sensu.

W szkole może się nudziłaś, teraz za to jesteś jedną z takich osób, które potrafią odnieść się z sensem do wielu tematów...

Chyba tak jest, ale to może wynikać z faktu, że ja mam swoje fazy zainteresowań. Zdarza mi się przez kilka miesięcy wsiąkać bez reszty w jakieś zagadnienie. Ta umiejętność bardzo mi się przydaje w pracy, bo dzięki temu mogę być troszkę takim Johannesem Factotum, człowiekiem od wszystkiego... i niczego (śmiech). Są oczywiście takie tematy których nie podejmuję, bo się zupełnie nie znam, na przykład moda. To dla mnie trudny temat, nie kumam bazy, że tak powiem. Lubię nosić ładne ubrania, ale nie umiem tego usystematyzować, nie wiem, jak nazywają się różne kroje albo style.

Kolejną twoja pasją jest muzyka. To bardziej praca, czy hobby?

(śmiech) Zawsze chciałam pisać o muzyce. Kiedy byłam smarkulą, moim idolem był ówczesny dziennikarz "Brumu” i "Plastiku”, Rafał Księżyk. To jego teksty zachęciły mnie do poznania świata dziwnych dźwięków. Po przeczytaniu jego artykułu o muzyce industrialnej stwierdziłam, że moim nowym ulubionym zespołem będzie Throbbing Gristle. Oczywiście była to zabawna sytuacja, bo miałam wtedy 13 lat i nigdy wcześniej nie słyszałam utworów tej grupy, więc była to trochę edukacja muzyczna a rebours - najpierw lubiłam jakiś zespół "na piśmie”, a potem dopiero kupowałam płyty, co wówczas było możliwe dzięki komisom i zamówieniom pocztowym. W pisaniu o  muzyce zaś zapragnęłam być "genialnym dyletantem”, to oczywiście górnolotny wniosek po zapoznaniu się z wypowiedziami Einsturzende Neubauten.

Nie zatraciłaś się nigdy w w morzu terminologii muzykologicznej?

Pisząc teksty mam z tyłu głowy myśl, że chciałabym, żeby ten tekst był komunikatywny. Żeby było tak, by osoba, która weźmie go do ręki będzie mogła zaciekawić się i zrozumieć o co chodzi nie znając zbytnio ani zespołów, ani zjawiska. To jest dla mnie najważniejsze. Czytelność. Nie wiem do jakiego stopnia sobie z tym radzę.

Piszesz wyłącznie o tej muzyce, która Cię najbardziej fascynuje?

Tak, choć pisanie o każdej muzyce byłoby całkiem ambitnym zadaniem, gdybym dostała do zrecenzowania płytę dajmy na to zespołu Korn, który nigdy mnie nie fascynował i słuchanie go przychodzi mi z pewnym trudem, byłoby to pewne wyzwanie powiedzieć  o takim albumie kilka sprawiedliwych słów.

Jaka muzyka sprawia ci najwięcej przyjemności?

Jak zwykle trudno mi jest jednoznacznie określić taką muzykę. Wspominałam już, że moje fascynacje, choć intensywne i dogłębne - są przelotne. Obecnie już nie wyprzedaję kolekcjo, po prostu przeszłam od bycia handlarzem starzyzną, do bycia jej kolekcjonerem (śmiech) Obecnie najlepiej wypoczywam słuchając białego szumu z kolekcji, które znalazłam na Spotify. (śmiech). To oczywiście bardzo trudne pytanie. Jestem w stanie znaleźć dużo przyjemności w przeróżnych rodzajach muzyki, wystarczy by dźwięki zgrywały się z moimi falami mózgowymi. Zawsze też kiedy słyszę pytanie "Czego słuchasz?” mam ochotę powiedzieć "proszę sprecyzować, czy chodzi może o to, czego słucham w tym tygodniu?”. Na przykład Samuela Kerridge "A fallen empire”, to takie ponure, industrialne techno.

Masz zadanie Masz zadanie "Last Minute"? Hermelin działa niczym komputer (real time)

Największa przygoda Twojego życia?

Ja nie jestem przygodową osobą. Mój tryb życia można nazwać trybem życia młodego emeryta, głównie siedzę w domu i dłubię przy kolejnych zleceniach, czytam i słucham muzyki, czasem wychodzę na spacer, zbieram starzyznę i piję kawę inkę. Moje życie to na przykład wyprawa na pocztę. Mój mąż również pracuje w domu komponując muzykę, więc możemy nudzić się razem i robimy to chętnie..

Czy wiesz, co będziesz robić za 10 lat?

Nie mam pojęcia. Dekadę temu wyprowadziłam się z Katowic do Krakowa i mam wrażenie, że to było bardzo dawno temu. Nie zastanawiałam się wtedy, co się będzie działo za następnych dziesięć lat.

To ciekawe, bo nasi rodzice będąc w naszym wieku mogli mniej - więcej przewidzieć, co będą robić za następną dekadę.

Wybory zawodowe moich rodziców sprzyjały takiemu myśleniu. Lekarz wie, że będzie robił kolejną specjalizację, a naukowiec ma w planach dalsze badania. Specyfika naszego zawodu, bo przecież nasze (moje i Twoje) zajęcia są zbliżone jest taka, że jesteśmy tam, gdzie nas poniesie.

Lubisz taki stan rzeczy?

Tak, myślę, że gdybym musiała wrócić do pracy, która zaczyna się i kończy o określonej godzinie, to byłoby mi trudno. Kiedyś sobie wyobrażałam, że to jest praca moich marzeń. Ta myśl pojawiła się pod wpływem czytanki z podręcznika do języka niemieckiego. Tekst opowiadał o osiemdziesięcioletnim pracowniku fabryki gwoździ, który codziennie  z uśmiechem uruchamiał swoją maszynę i był tak bardzo dumny z tego, że produkuje takie piękne, równe gwoździe, że zaniechał pójścia na emeryturę, bo nie mógł bez nich żyć. Wtedy pomyślałam, że może robiąc codziennie to samo można osiągnąć taki stan spokojnej radości, a potem okazało się, że jednak nie umiem robić codziennie tego samego. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak świadczyć usługi pisarskie dla ludności.

Pani od Duchologii, czyli Olga Drenda we własnej osobie.Pani od Duchologii, czyli Olga Drenda we własnej osobie.

Więcej o: