Klub Książki Focha zaprasza na spotkanie z "Drogą? Cormaca McCarthy`ego

Kochani, to paraliżujący zaszczyt inicjować ten cykl. Z trzech powodów. Mam Was - ludzi, od których wyszła ta idea, i tych, którzy trafią na ten tekst mniej lub bardziej przypadkowo. Mam książkę, nie byle jaką, niektórzy mówią nawet, że doskonałą, i mają na to papiery, i nagrodę Pulitzera. I mam jeszcze całkiem niedoskonałą siebie, żadnego tam literaturoznawcę, jedynie małego, marudnego filozofa.

Musicie jednak wiedzieć, że propozycję ruszenia w "Drogę" przyjęłam z radością, którą dość szybko zastąpiła wątpliwość. Pierwsze z uczuć wynikało z dodatkowej motywacji, by wreszcie sięgnąć po tytuł, który umknął w długiej, nieustannie przyrastającej niczym nasz wszechświat, kolejce lektur do przeczytania. Drugie - ze zwyczajnego przytłoczenia oczekiwaniami. Dzieci mają już to do siebie, że czasem zamiast robić, co do nich należy najlepiej jak potrafią - panikują, że są zwyczajnie nie dość dobre. Na szczęście książka porwała mnie nie pytając o wątpliwości. Pożarła, wymiętosiła, niekiedy irytowała, czasem bez reszty pochłaniała, wreszcie wypluła - znów z mieszanymi uczuciami.

Świat po apokalipsie. Kadr z filmu Świat po apokalipsie. Kadr z filmu "Droga" będącego ekranizacją książki McCarthy`ego

Ciekawa sprawa z tą "Drogą" - wskoczyłam na nią niczym na dobrze znany szlak. Oto bowiem mamy świat zniszczony przez katastrofę i spustoszony przez tych, którzy ją przetrwali. Niewiele już zostało: wieczne zasypane popiołem pustkowia, wypalone lasy, które upadają z trzaskiem, czarna woda, bezimienni ludzie w świecie, w którym przedmioty dawno straciły swą wartość, czas przestał mieć znaczenie, dawny porządek to współczesna bujda, piękne sny zwiastują kapitulację, zło jest jeszcze bardziej złe, a dobro? No właśnie, o tym sobie jeszcze porozmawiamy. Ale po kolei.

Nie jestem wielkim koneserem, nie znam wszystkich kanonicznych dzieł, ale zwyczajnie lubię nurt postapo. Im mniej jest to naszpikowana wynalazkami i walką z mutantami opowieść, tym bardziej mnie fascynuje. Spotykając ojca i syna miałam nieodparte wrażenie, że spotkam może nawet tych samych druhów w niedoli, co na pierwszych stronach komiksowej serii "Żywe trupy". Zresztą McCarthy pozwala ojcu dość szybko wypowiedzieć to już dobrze znane stwierdzenie, że oto właśnie główni bohaterowie są chodzącą śmiercią.

Ojciec i syn, idący na południe, wieczni koczownicy, którzy zdają się mieć nie nadzieję, a cel. Czujni, ostrożni, gotowi. Konsekwentnie brnący przez ponure, zapomniane przez Boga krainy. Co do tego ostatniego - McCarthy nie pozwala zapomnieć o chrześcijańskich tropach. Ojciec książkowy, niczym biblijni "doświadczani" ojcowie, by przywołać tu dwóch najlepiej kojarzonych, Abrahama i Hioba - raz złości się, innym razem kwestionuje, wątpi, wreszcie, nie spodziewając się już nawet odpowiedzi od swego Stwórcy - stara się nadać nowy sens sytuacji, w jakiej się znalazł. Musi być gotowy do ostatecznych poświęceń. Książka nie powstałaby też, gdyby sam autor nie został w dość późnym wieku ojcem. To ważny wątek.

Jak ojciec z synem. Kadr z filmu Jak ojciec z synem. Kadr z filmu "Droga" będącego ekranizacją książki McCarthy`ego

Czas na dobro. To jemu dość żmudnie nadawany jest tu nowy desygnat. W świecie, w którym cenna jest każda kropla oleju wyciśnięta z wygrzebanej ze śmieci butelki, wykopana puszka, każdy kęs zżutego siana, w drodze, którą przemierza się we dwóch, nie ma miejsca na altruizm, jest za to utylitaryzm. Dobro to nie powierzchownie rozumiany humanitaryzm, nie oznacza empatii, dobro to nie jest odstąpienie ostatniego kęsa nieznajomemu, ani pomoc tym, których czeka długa i bolesna śmierć. Zło? Och jest cudownie straszne, niekiedy zdaje się być nieuchronne i zaborcze. Ale spokojnie, Cormac McCarthy wie, gdzie się zatrzymać, by nie popaść w krwawą groteskę.

Jest w tej książce wszystkiego tyle, ile trzeba, by nie przesadzić i nie zburzyć tej okrutnej wizji. Groza kiełkuje powoli, bardziej się sączy, niż uderza nas z zaskoczenia, opisy okrucieństwa są sugestywne. Mieszane uczucia początkowo budził sam język. Aż poczułam jak tężeją niektórym mięśnie, jak się jednostki wybrane spinają, żeby się oburzyć - piszę szczerze, tak było, zaczynałam czytać i kilka razy zgrzytnęłam zębami. Irytowały niektóre porównania - ale to już problem mój przecież, nie autora. Koniec końców dałam się prowadzić przez ten świat, gdzie z nieba spada czasem śnieg, który "niknie niczym ostatnia hostia chrześcijaństwa". Potem już te dość ponure, ale piękne, poetyckie, a jednocześnie oszczędne opisy, połączone z niekiedy wręcz boleśnie ascetycznymi równoważnikami zdań godnymi reporterów wojennych, pochłonęły mnie bez reszty.

A teraz ręce w górę, ile razy słysząc o powieści drogi słyszeliście wyświechtane zdanie "droga to metafora życia"? Darujemy je sobie, dobrze? Dla mnie "Droga" jest o śmierci, o kryzysie, ostatecznościach i doświadczeniach granicznych. O rodzicielstwie, które ma ocalić w dzieciach dobro mimo wszystko, a jednocześnie przygotować je do samodzielnego życia bez złudzeń w nieprzyjaznym świecie. Jeśli jeszcze nie próbowaliście zmierzyć się z "Drogą" - zachęcam. Jeśli dobrze poszukacie, znajdziecie tam piękno. Za to bez kłopotu uda się Wam spotkać mrok. Jeśli będziecie chcieli podjąć trud zadawania sobie pytań o granice człowieczeństwa, o wartości i sens istnienia - śmiało, róbcie to.

TERAZ BĘDĄ SPOJLERY

W zasadzie jeden, ten najważniejszy. Jeśli jest coś, co mnie rozczarowało to finał. Przez 250 stron pisarz konsekwentnie odziera ten świat ze złudzeń i nadziei, pokazuje jak niewiele dzieli nas od wielkiego skoku w przepaść, do świata w którym pożera się członków rodziny, gdzie przechowuje się innych "na zapas", gdzie oko za oko i ząb za ząb to czasem za mało. A potem taki piękny finał? Kilka dni po lekturze już mi przeszło, cóż innego mógł zaoferować pisarz. Zabić wszystkich? Tego bym chciała? To strasznie gówniarskie jednak. Wiadomo, że śmierć prędzej czy później przyjdzie do chłopca. To nie jest Romero, który dobija bohatera ocalałego z zombie apokalipsy w sposób banalny, a jednocześnie pozbawiający złudzeń. To McCarthy. Po co miałby gasić ostatni płomień na spalonej ziemi w sposób tak dosłowny. Czyż nie?

Jestem ciekawa czego jeszcze doszukaliście się w tej książce - bo ona przez swą oszczędność i poezję, zostawia czytelnikowi całkiem sporo miejsca na dokładanie własnych wniosków. Wreszcie jestem ciekawa, czy dla Was to była Ważna Książka, jedna z tych książek, po przeczytaniu których na świat, relacje międzyludzkie, rodzicielstwo patrzy się już inaczej? Ach no i mój ulubiony wątek - bo, jak śmieją się niekiedy znajomi patrząc na to, co robię i czego się uczę, jestem trochę takim preppersem. Może nie gromadzę w piwnicy zapasów na wypadek atomowej zagłady, ale mam gdzieś w sobie tę świadomość, że warto być gotowym na drastyczną zmianę. Na Koniec.

No. To Lu. Pogadajmy może, bo monologi są męczące.

Czekamy też na Wasze teksty o "Drodze" - najlepsze opublikujemy, zaś autorów będziemy nagradzać kodami na e-booki z Publio. A jeśli nie czytaliście jeszcze książki, możecie ją kupić przez najbliższy tydzień w promocyjnej cenie >>

Więcej o: