Jak dobrze, że są tak daleko. Rzecz o mrocznej, kartograficznej pornografii "Atlasu Wysp Odległych?

Popełniłam okrutny błąd. Dałam się zwieść urzekającej oprawie graficznej i naiwnej wierze, że oto nabywam książkę idealną dla całej rodziny. Zamiast tego mam piękną, choć okrutną publikację o rajskich miejscach i ludziach zamieniających je w piekło na ziemi.

Najpierw słychać ogłuszający warkot silników okrętowych. Spokojnym wcześniej statkiem zaczyna bujać. Intensywny, unoszący się nad przystanią portowo-rybny zapach na szczęście szybko ulatuje. Słony aromat morza, znacznie łagodniejszy, wciąż jest wyczuwalny. Na wodzie tłoczno. Mikre motorówki są jak białe muchomorze plamy na tle rudych burt kontenerowców wpływających do portu. Gdzieś w tyle zostaje miasto ze swoim gwarem, zaś na horyzoncie majaczą sine góry wyłaniające się z niebieskoszarej wody. Te góry zwą Wyspami Książęcymi. Nie bez powodu - za czasów Bizancjum i za panowania Ottomanów zsyłano tu na wygnanie przedstawicieli rodów panujących. Dziś te wyspy-góry są absolutnie niegroźne. Stanowią miłą ucieczkę przed zgiełkiem wielkiego Stambułu, pozostając wciąż w zasięgu taniego, ledwie godzinnego rejsu miejskim promem.

W drodze na bezpieczną wyspę bliską, HeybeliadęW drodze na bezpieczną wyspę bliską, Heybeliadę

Wydawało mi się, że to doskonały pomysł, by w ten rejs i w podróż wziąć w ciemno niedawno przetłumaczoną na język polski publikację Judith Schalansky, czyli "Atlas wysp odległych". Więc, jak już wspominałam - popełniłam błąd okrutny. Wszystko przez to, że lubimy z dziećmi czytać mapy, z tego czytania często biorą się przedziwne pomysły na realne wyprawy oraz wiele przyjemności z wypraw wyobrażonych. Dość naiwnie wierzyłam więc, że kartografia i historia, ubrane w zasadniczo niegroźną, pełną wręcz obscenicznych zbliżeń najmniejszych wysp, wysepek i atoli szatę graficzną, dostarczą nam uciech stu i miliona pretekstów do marzeń i rozważań. Z dziećmi. Jasne. Głupia ja. Historia nigdy nie była dla dzieci, a kartografia tylko dopełniła zbrodni na tym moim ocenianiu książki po okładce. Nie warto też było zrywać ze szczytnym zwyczajem samodzielnego testowania książek przed przyswajaniem ich z dziećmi własnymi.

Kapitanie, straciliśmy z oczu Przylądek Jakiejkolwiek Nadziei...Kapitanie, straciliśmy z oczu Przylądek Jakiejkolwiek Nadziei...

Lojalnie więc uprzedzam - Schalansky przygotowała publikację przeznaczoną dla odbiorcy zdecydowanie dorosłego. I nie chodzi o same wyspy.
Małe, marginalizowane w rozliczeniach zysków i strat, spychane na obrzeża map, traktowane po macoszemu przez kronikarzy, lekceważone przez uczniaków, bagatelizowane przez starszych, nieosiągalne dla większości z nas - wszystkie, bez wyjątku sportretowane tu geologiczne bohaterki wyglądają na zbliżeniach wyjątkowo korzystnie. Jedne przyjazne, pełne bujnej roślinności i przedziwnych stworzeń, inne srogie w całej swej opustoszałej skało-lodowatości. To nie wyspy są problemem tego atlasu, a ludzie. Może przez to, że do pierwszej lektury przystąpiliśmy dość odważnie - na głos, w towarzystwie dzieci, może to przez to właśnie tak nam się narzuciło ludzkie okrucieństwo. Wiadomo, jedna "kurwa” w piosence przesłuchiwanej przy małoletnim potomstwie razi bardziej niż sto najgorszych przekleństw wypowiedzianych przy koleżeńskiej rozmowie o polityce. Więc teksty o gwałtach, kanibalizmie, masowym umieraniu dzieci i o samosądach jakoś tak wpadały same, samiusieńkie, a te inne, miłe i sprzyjające jakoś zniknęły w wodach oceanów i mórz. Od Świętej Kildy (tej od trupów noworodków), przez Macquarie, gdzie ptaki zeżarły pana kadeta i Fangatufa, na której w rajskich okolicznościach, mili reprezentacji cywilizacji Zachodu postanowili zdetonowac najwieksza bombę wodorową w historii Ziemi w celu samosprawdzenia i podpompowania własnego ego, po wyspę Clippertona (rzezie, gwałty, wreszcie lincz). A są tu przecież także uchwycone w powiększeniu miejsca fantastyczne - Południowe Wyspy Keelinga, którymi zachwycił się będąc tu osobiście w 1836 roku Karol Darwin, czy występujaca w roli ornitologicznego skarbu wyspa Svalbard. Tak się jednak składa, że poetyka opisów wykonanych przez Judith Schalansky często dryfuje w stronę okrucieństwa i niepokoju. Ludzie strzelają do ptactwa. Ptactwo pożera ochłapy ssaków morskich. Ludzie zżerają ludzi. Świnie zżerają kraby.
Przy całej więc swej łagodnej, pastelowej oprawie, atlas zaczął jaiwić mi się jako dość ponura kronika zdarzeń. A może to wszystko przez to, że w podróż na te wyspy ruszyłam porzucając Chłopca - wiecie, tego z ":Drogi” McCarthy`ego? Albo to z powodu stambuslkiej melancholii, która spadła na nas wraz z pierwszą od wielu lat mgłą i wcale nie pierzchła po tym, gdy już wyszło słońce? Nie wiem, nie przypuszczałam jednak, że mapy mogą mnie zepchnąć na kurs ku Wyspom Rozczarowania - nie tym fizycznym, leżącym 3990 km od Hawajów, tym, które tak bardzo nie ucieszyły Magellana, ale tym drugim, metaforyczym, tym, gdzie niewiele dobrego chce się myśleć o ludzkości. Ale mapy ładne, polecam.

Lojalnie więc uprzedzam - Schalansky przygotowała publikację przeznaczoną dla odbiorcy dorosłego. I nie chodzi tu o same wyspy, o nie! Te małe, marginalizowane w rozliczeniach zysków i strat, spychane na obrzeża map, traktowane po macoszemu przez kronikarzy, lekceważone przez uczniaków, bagatelizowane przez starszych, nieosiągalne dla większości z nas - wszystkie, bez wyjątku sportretowane tu geologiczne bohaterki wyglądają na zbliżeniach wyjątkowo korzystnie. Jedne przyjazne, pełne bujnej roślinności i przedziwnych stworzeń, inne srogie w całej swej opustoszałej skało-lodowatości.

To nie wyspy są problemem tego atlasu, a ludzie. Może przez to, że do pierwszej lektury przystąpiliśmy dość odważnie - na głos, w towarzystwie dzieci, może to przez to właśnie tak nam się narzuciło ludzkie okrucieństwo. Wiadomo, jedna "kurwa” w piosence przesłuchiwanej przy małoletnim potomstwie razi bardziej niż sto najgorszych przekleństw wypowiedzianych przy koleżeńskiej rozmowie o polityce. Więc teksty o gwałtach, kanibalizmie, masowym umieraniu dzieci i o samosądach jakoś tak wpadały same, samiusieńkie, a te inne, miłe i sprzyjające rozmarzeniu jakoś zniknęły w wodach oceanów i mórz.

Raj na ziemi, piekło teżRaj na ziemi, piekło też

Odbijamy się więc od brzegów Świętej Kildy (tej od trupów noworodków), przepływamy obok Macquarie, gdzie ptaki zeżarły pana kadeta i Fangatufa, na której w rajskich okolicznościach, mili reprezentanci cywilizacji Zachodu postanowili zdetonować największą bombę wodorową w historii Ziemi w celu samosprawdzenia i podpompowania własnego ego, pozostawiając wreszcie w tyle Wyspę Clippertona (rzezie, gwałty, a do tego lincz). A są tu przecież także uchwycone w powiększeniu miejsca fantastyczne - Południowe Wyspy Keelinga, którymi zachwycił się będąc tu osobiście w 1836 roku Karol Darwin, czy występująca w roli ornitologicznego skarbu wyspa Svalbard. Tak się jednak składa, że poetyka opisów wykonanych przez Judith Schalansky często mimowolnie dryfuje w stronę okrucieństwa i niepokoju. Ludzie strzelają do ptactwa. Ptactwo pożera ochłapy ssaków morskich. Ludzie zżerają ludzi. Świnie zżerają kraby. Przy całej więc swej łagodnej, pastelowej oprawie, atlas zaczął jawić mi się jako dość ponura kronika zdarzeń i spis miejsc ambiwalentnych - pięknych a zarazem ociekających krwią.

A może to wszystko przez to, że w podróż na te wyspy ruszyłam porzucając Chłopca - wiecie, tego z "Drogi" McCarthy`ego? Albo to z powodu stambulskiej melancholii, która spadła na nas wraz z pierwszą od wielu lat mgłą i wcale nie pierzchła po tym, gdy już wyszło słońce? Nie wiem, nie przypuszczałam jednak, że mapy mogą mnie zepchnąć na kurs ku Wyspom Rozczarowania - nie tym fizycznym, leżącym 3990 km od Hawajów, tym, które tak bardzo nie ucieszyły Magellana, ale tym drugim, metaforycznym, tym, gdzie niewiele dobrego chce się myśleć o ludzkości. Ale mapy ładne, polecam.

Więcej o: