Pięć rzeczy, dzięki którym przetrwałam ten tydzień

To był tydzień z cyklu: "choroby, wojny, rozpacz" - gdzie człowiek nie spojrzał, tam już czekał nań wykopany dół. W domu i w zagrodzie, na wschodzie i zachodzie - wszędzie źle i nić czarna się przędzie.

Na szczęście mateczka popkultura spieszy z pomocą i - zamiast z bezsilności wbijać sobie paznokcie w udo - można się rozśmieszyć, pocieszyć, skierować myśli na inne tory albo po prostu zająć czymś ręce, skoro głowa jednak wciąż zajęta niewesołymi myślami. Gdyby komuś potrzebna była szybka akcja ratunkowa, to dzielę się moimi szalupami, dzięki którym przepłynęłam ten niewielki odcinek czasu we względnym zdrowiu. Ku wiośnie! Ku pokrzepieniu serc! Na zdrowie!

1. Jimmy Fallon

Lubię go od zawsze - oglądałam go w "Saturday Night Live" i w "Late Night", ale odkąd zastąpił Jaya Leno w "Tonight Show" Fallon po prostu przechodzi samego siebie! Rzeczy, które robi ze swoimi gośćmi są przezabawne, urocze i wymagające tyleż samo talentu ze strony prowadzącego program, jak i zaproszonego "celebryty". Normalnie w tym miejscu westchnęłabym, że jaka szkoda, że w polskiej telewizji nie ma takich fajnych programów i tego luzu, wdzięku, kreatywności (o talencie nie wspominając) - ale tym razem nie chce mi się. Giń, polska telewizjo. Ja zaś będę kontentować się kanałem Jimmy'ego na YouTube'ie. I rżeć, jak przy tych trzech numerach:

Rapowe kawałki w wersji country? Kupuję to! To akurat staroć, ale miło, że Jimmy przypomniał, bo wciąż śmieszy.

Bitwy na "lip-sync", czyli symulowane wykonania utworów, to jeden z flagowych okrętów Jimmy'ego. Wciąż najlepszy jest John Krasinski (wzruszam się na samo wspomnienie jego "wykonania" piosenki Katy Perry "Teenage Dream"), ale ten pojedynek z Paulem Ruddem też daje radę!

Historia rapu to kolejny "format", który Jimmy przeniósł ze swojego poprzedniego programu, ale naprawdę nie wyobrażam sobie, że mogłoby mi się to znudzić. Nie tylko dlatego, że kocham Justina Timberlake'a - po prostu przypominam sobie mnóstwo rapowych kawałków, których dawno nie słuchałam, a do których dobrze czasem wrócić. I got 99 problems but a bitch ain't one.

2. Beck

Nie samym rapem człowiek żyje, więc w tym tygodniu koiłam skołatane to i owo nową płytą autorstwa jednego z moich ulubionych ludzi. "Morning Phase" Becka jest dokładnie tak melancholijna, łagodna i ładnie smutna, jak było mi potrzeba. Jak napisał recenzent z "Rolling Stone'a":

(...) to płyta o tym, co zrobić gdy świat sprawia wrażenie totalnie przejebanego miejsca.

Słuchanie Becka nie jest najgorszym wyborem w takiej sytuacji.

3. Frank Underwood

WRESZCIE miałam czas, by zacząć oglądać drugi sezon "House of Cards", choć byłam nieustająco tak zmęczona, że potrafiłam ZASNĄĆ w trakcie odcinka. Rzecz niebywała! Tym bardziej, że jestem z tych, co wywieszają na drzwiach ten komunikat:

https://www.facebook.com/HouseofCards

No ale przecież nie o spanie chodziło! Eh, nikomu już nie można ufać - nawet sobie. Draństwa Franka Underwooda wciąż jednak fascynują, brzydzą i wywołują dreszcze, choć przyznam, że równie dużo uwagi co zawiłościom intrygi, poświęcam kontemplacji strojów jakie nosi przepiękna Robin Wright. Żeby nie było jednak tak płasko i bezrefleksyjnie - "HoC" to jeden z tych seriali, które prowokują do rozmyślań nie tylko o odwiecznych mrokach ludzkiej natury, ale też o przemianach kulturowych i końcu pewnej epoki. Niektórzy wieszczą, że Frank do spółki z Walterem White'em zniszczyli cały dawny system oparty na dominacji wielkich studiów filmowych. Teraz talent i kasa będą płynąć tylko w jednym kierunku: do nowoczesnej, cyfrowej telewizji, która będzie nam dostarczać nowych, odważnych, porywających rzeczy, a Hollywood zadławi się wysokobudżetowymi sequelami i franczyzami. Niech zacznie się rzeź.

4. Kicia Rożek

Skoro mowa o wysokobudżetowych produkcjach, to z czystym sumieniem polecam animację "Lego Przygoda". Szerzej o filmie pisała już Agata, ja mogę tylko potwierdzić jej słowa, że ładne to i miłe, zaś piosenka "Życie jest czadowe" rozbrzmiewa w moim domu od samego rana. Tu w wersji oryginalnej (rapujący Andy Samberg ZAWSZE na plusie) z przeuroczym klipem:

Ponieważ moje dzieci lekko oszalały na punkcie jednej z bohaterem filmu: Kici Rożek (skrzyżowanie kotki i jednorożca -  bezwzględna słodycz), to miałam pretekst, by kupić sobie (im, im!) fajny zestaw klocków. I teraz urządzam sobie takie zabawy. Przy ognisku.

LegoŻycie jest czadowe/fot. Sony Xperia

Bo Lego to jednak kupa radości jest. I ten wyraz podziwu w oczach córek, gdy wyczarujesz im kolorowy, szalony, architektonicznie nieprawdopodobny zamek Kici! Następny poziom: poczytamy "Kabaret Kici Koci".

W mym półgrobie
Piszę Tobie
Zamówione tango
Póki żyłem
Nie zdążyłem
Teraz za to mam go

5. Likier czekoladowy

Nie ma co udawać - czasem tylko takie combo: alkohol i czekolada są gwarantem zachowania wewnętrznego pionu i równowagi. No to chlup!

foch.plKicia nie zna umiaru/fot. Sony Xperia

Więcej o: