Między bohaterem a nieudacznikiem - ojcowie na pełen etat

Ojciec na urlopie wychowawczym to wciąż raczej ewenement niż powszechne rozwiązanie. Odbiór społeczny też jest niezbyt zachęcający. - Oczekiwania społeczne wobec mnie były minimalne, wystarczyło, że dziecko przeżyje, a dom nie runie - wspomina jeden z moich rozmówców. Tata z dzieckiem, w domu? Wiadomo: bezrobotny albo inny nieudacznik... Posłuchajcie ojców, którzy zdecydowali się zostać z dziećmi w domu.

- Co jest dla mnie najtrudniejsze? Zajmowanie się dziećmi w pełnym wymiarze po przespaniu ledwie pięciu godzin z całej doby. Kolejny rok. - mówi mi Michał. Kiedy wraz z żoną dowiedzieli się o pierwszej ciąży, dość naturalne było, że to on, nie ona, zostanie z dzieckiem. Taka sytuacja zawodowa. Michał, mieszkaniec Warszawy, tłumacz i muzyk, mógł część swojej pracy wykonywać z domu, mógł też pracować bardziej elastycznie. Olga pracuje bezpośrednio z ludźmi i zapewnia stałe dochody. Michał nawet nie miał urlopu wychowawczego, przy drugim dziecku też. Zwyczajnie, bez umawiania się z pracodawcą zmienił tryb życia, został ojcem dwójki dzieci w pełnym wymiarze godzin. Zwyczajnie? No właśnie.

Tata? Wybór naturalny

"Rola ojca nie jest podstawową cechą mężczyzny” - wynika z badań Bogusławy Budrowskiej z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Właściwie nie jest tak podstawowa, jak rola matki dla kobiety. Mężczyzna najpierw jest mężem, pracownikiem, ojcostwo zaznacza w ankiecie dopiero na piątym miejscu.

Porozmawiałam z tymi, którzy zostali ojcami na pełen etat - zgodnie z planem, lub z zaskoczenia. Czasem tylko na kilkanaście miesięcy, czasem na stałe, dzieląc dobę między chwile relaksu (niekiedy znaczy to tyle, co tych kilka sekund między "nie gaś światła, jeszcze czytam” a kamiennym snem), pracę zarobkową i pracę wychowawczą.

Model rodziny może nowy, ale problemy bywają dobrze znane / rys. Daniel Chmielewski Model rodziny może nowy, ale problemy bywają dobrze znane / rys. Daniel Chmielewski

Dla wszystkich moich rozmówców odpowiedź na pytanie dlaczego ty, a nie żona była jedna: bo to naturalne. Żony często miały lepiej płatną, bardziej satysfakcjonującą pracę, albo zwyczajnie dusiły się w domach, dzieląc dobrze znane wielu matkom doświadczenie frustracji. Wiele kobiet aktywnych zawodowo chce mieć dzieci, kocha swoje dzieci, a jednak nie umie sobie poradzić z koniecznością zwolnienia tempa życia związaną ze spędzeniem przy potomstwie pierwszych kilkunastu, czy kilkudziesięciu miesięcy.

- "Facet to wychowawczo-pielęgnacyjny beton. Spójrzmy prawdzie w oczy: nie posiadamy instynktu macierzyńskiego, a odruchy nasze ograniczają się do drapania, kiedy swędzi, i sięgania po piwo, kiedy suszy. Wachlarz zalet wykorzystaliśmy dawno temu dla zdobycia wybranki serca i niewiele ukrytych talentów pozostało w zanadrzu. Kiedy przychodzi nam zająć się dzieckiem, możemy liczyć tylko na... Właściwie na co? Talent? Upór? Szaleństwo?” - napisał nieco przewrotnie mlody-tata.pl, jeden z autorów, ojców, blogerów zaproszonych do współtworzenia trzeciej części antologii "Macierzyństwo bez lukru”. Część moich rozmówców została z dziećmi w domu nie tylko z powodów zawodowych, czy z troski o emocjonalne zdrowie partnerek. Okazywało się, że wcale nie są betonami, a wręcz przeciwnie, mają wszelkie predyspozycje do opieki nad najmłodszymi. Działają racjonalnie, choć wcale nie na chłodno. Z troską i wyrozumiałością. - Mam spokojny charakter, większą życiową cierpliwość niż moja żona i stwierdziliśmy, że lepiej sobie z tym poradzę. Po za tym mieliśmy obydwoje wrażenie, że ja bardziej czekam na przyjście córki na świat, bardziej przeżywam, denerwuję się, oczekuję - mówi mi Rafał, pracownik działu obsługi klienta w dużej korporacji w Łodzi, ojciec po urlopie wychowawczym.

Bez paniki, ale nie bez obaw

- Jasne, że się bałem. Przede wszystkim tego, że sobie nie poradzę. Nie będę wiedział do końca, czy wszystko jest w porządku z moją córką, czy nie choruje. Bałem się tak zwyczajnie, codziennie, po ludzku, choć ciężko powiedzieć czego lub o co konkretnie - opowiada dalej Rafał. Ojcowie, owszem, rzadziej zawołają "Nie biegnij tak, bo sobie głowę rozbijesz! Uważaj! Zostaw! nie ruszaj, bo sobie zrobisz krzywdę!”. Częściej pozwalają na naukę na własnych błędach. Fraza "jak się nie wywróci, to się nie nauczy” pojawia się nie tylko w opowieściach moich bohaterów, ale również w anegdotach spisywanych przez ojców-blogerów. Ojcowie, którzy zdecydowali się zostać z dziećmi w domu pytani o swoje lęki i frustracje mówią o zupełnie innych sprawach. Na przykład o lęku o przyszłość. O to jak im będzie, tym dzieciom, w dorosłym życiu, jak one sobie tam poradzą. Po drugie ojcowie boją się tego, na co wpływu nie mają. Strach przed zbyt późno zdiagnozowanymi chorobami. Jakimi? Wiadomo, że tymi najgorszymi, bolesnymi, nieuleczalnymi. Tymi, na które nawet superrodzice i superlekarze nie zaradzą od razu. Wierzcie mi jednak, że są tacy, którzy dzielnie trzymają gardę nawet w obliczu najgorszego. Nie wierzycie? Zajrzyjcie na bloga Ojca Raj. Jego opowieść to temat na zupełnie inny długi wpis, a może nawet rozmowę.

Wyzwania? To jest niezbędne minimum!

- Najtrudniejsze jest, żeby tworzyć rodzinę. Skoro jesteśmy trójką, to żeby to działało jako pełnoprawny, trójkątny model. Żebyśmy nie zostali satelitami dziecka, któremu poświęcamy wszystko, bo dość szybko okaże się, że nie mamy już ze sobą nic wspólnego i po wychowaniu córki możemy się rozejść - mówi Daniel, wcześniej pracownik korporacji z Warszawy, rysownik komiksowy. Momenty zwątpienia miał nie on, a jego żona, Olga.

- Jak się mówi o ojcowskich urlopach, nie widzi się drugiej strony medalu. O ile wzbogaciłem swoje życie duchowe i intelektualne, to wciąż nie nauczyłem się gotować. Nie ogarniam administracji domu. Jak próbuję zrobić przelew z jednego konta na drugie, to on gdzieś ginie, z wieloma zadaniami radze sobie tak kiepsko, jak sobie radziłem wcześniej. Zmywanie, sprzątanie, drobne naprawy, to oczywiście robiłem. Obierałem ziemniaki, żeby Olga miała surowce do obiadu, dzięki temu, że ja to robiłem, gdy Olga była w pracy, to mieliśmy potem znacznie więcej czasu dla siebie popołudniu i wieczory wolne od obowiązków. Co nie zmienia faktu, że Olga musiała w pracy zajmować się przelewami, rachunkami, było to ciężkie i wkurzające, że znikają nasze pieniądze bez szans na odkładanie czegoś na nasze przyszłe życie. - mówi Daniel.

W jego firmie wieść o urlopie wychowawczym przyjęto entuzjastycznie. Dla niektórych kobiet stał się prawdziwym bohaterem. Sam przyznaje, że to trochę naiwne. W zasadzie, kiedy kontynuujemy ten wątek otwieramy małą puszkę Pandory. - Dla ludzi wokół to, że facet zostaje w domu to jest bohaterstwo. Wystarczy, że dziecko przeżyło, a dom nie spłonął. To ta najniższa poprzeczka, to tak, jak kobieta, która się cieszy ze swojego męża, że dobry, bo jej nie bije. Pół stopnia wyżej od patologii wystarczy, by odnieść sukces na polu ojcowskim - ostro ocenia Daniel. Dodaje, że choć całym sercem jest za partnerstwem w związku, gdyby przyszło do wypełnienia tabelek, zapewne okazałoby się, że wciąż jest w tyle za swoją żoną. - Oczekiwania społeczeństwa wobec mnie były minimalne. Płynąłem więc na fali poczucia, że jestem zajebisty, bo jako ojciec na wychowawczym robię to niezbędne minimum, a z kolei moją żonę przerażało, że przez niemal rok ja nawet nie nauczyłem się robić głupiej jajecznicy, Ale co z tego, że jajecznica, cały świat mówi, ze jestem super! - stwierdza ironicznie.

Napoleon na wychowawczym. W rolach głównych Daniel i mała GretaNapoleon na wychowawczym. W rolach głównych Daniel i mała Greta

Wielkie zwycięstwa, drobne frustracje

Grzegorz może powiedzieć, że robi zdecydowanie więcej. I nie chodzi już o gotowanie zupy. Zaczynał nieśmiało. Od decyzji, że rezygnuje z pracy na rzecz wychowywania dziecka przeszedł drogę do bycia przewodniczącym przedszkolnej Rady Rodziców i członkiem zerówkowej Trójki Klasowej. Nie jest już pracownikiem "solidnej firmy z tradycjami” z Poznania, w której spędzał średnio 13 godzin za pensję niższą niż dochody niani, wciąż pozostaje jednak muzykiem grającym w popularnej punkowej kapeli. Jak sam mówi nie jest takim supertatą na jakiego może wyglądać, bo nieraz znika na całe weekendy odpocząć w trasie koncertowej, ale za to jak się trafiają plenerowe imprezy (ot, taki Jarocin) jadą tam całą trójką: z żoną pracującą w dużej firmie (od- do, stała pensja) i z synem (w wieku szkolnym).

- Zanim zostałem ojcem na pełen etat, snułem wielkie plany, że oprócz wspaniałej ojcowskiej opieki, którą roztoczę nad słodkim maleństwem, będę miał mnóstwo czasu na tzw. samorealizację, czyli robienie „swoich rzeczy” - relacjonuje Grzegorz. Wyjaśnia jednak, ze "słodkie maleństwo” szybko sprowadziło go na ziemię. Karmienie, przebieranie, zabawianie i ogólne się-zajmowanie. Żadnego "szybko i rach-ciach”. W zamian za to, jak sam to ujmuje "powolność i powtarzalność, przy której mistrzowie buddyjskiej medytacji dostaliby szału". Wreszcie wisienka na torcie wczesnorodzicielskich frustracji: - Plac zabaw, na którym można się rozerwać na strzępy, rozmawiając o zupkach i pieluszkach, z babciami i nianiami, które patrzą na ciebie z politowaniem. No bo jak, tata z dzieckiem? Wiadomo: bezrobotny albo inny nieudacznik. Albo jeszcze gorzej! - mówi Grzegorz.

Daniel place zabaw sobie odpuścił. Siedząc "w domu” z córką doszedł do wniosku, że warto przede wszystkim obserwować co dziecko lubi, a czego nie. Narzucanie na siłę utartych schematów, że skoro maluch to plac zabaw, że skoro ma roczek, to odpowiednie będą takie, a nie inne zabawki nie miało sensu. Skoro zamiast na podwórko i do piaskownicy, wolał zabrać córkę do ogrodu przy muzeum, gdzie potrafiła przez dwie godziny układać wieże z kamieni i turlać się po trawie, ominęło go też sporo z tych drobnych prztyczków od społeczeństwa. Michał ich nie uniknął. - Wyobraź sobie, że w przedszkolu panie rozmawiają z żoną, to jej podają wszelkie papiery, chociaż to ja codziennie odprowadzam i odbieram starsze dziecko - mówi z przekąsem.

O dyskryminacji młodych ojców pisał, znów nieco ironicznie, Piotrek, autor bloga Tata to mama. Faktycznie świat przewijaków, małych toalet i przebieralni to często też świat w którym ojciec sam z małym dzieckiem ma kłopot. Można się obrażać, można zwrócić uwagę właścicielom lokalu, doraźnie zaś moi rozmówcy zdradzają swój sekret - zamiast frustracji improwizacja. A w ostateczności? - Ja nie zamierzam mieć oporów, kiedy moja córka wyrośnie juz z pieluch, ale wciąż będzie potrzebowała pomocy w toalecie, zamierzam wchodzić z nią do damskiej ubikacji - oświadcza stanowczo Daniel.

Gorzej jest na basenie, na szczęście placówki przyjazne dzieciom (oferujące coś ponad jeden basen sportowy) najczęściej przeznaczają jedno pomieszczenie na szatnię koedukacyjną dla rodziców z dziećmi, tak, by ojciec z córką nie musiał wspinać się na wyżyny kreatywności, by pomóc małej, wymagającej wsparcia osóbce w przygotowaniu przed i ubraniu się po zajęciach.

Co po dziecku?

Żeby nie było, że tylko frustracje i żale. Gdzie tam! Wszyscy moi rozmówcy są szczęśliwi, że mieli okazję towarzyszyć na taką skalę swoim dzieciom w tych pierwszych, bardzo ważnych miesiącach i latach życia. - Kiedy patrzę na nasze życie "przed Gretą”, zdaję sobie sprawę ile czasu zmarnowaliśmy, jak niewiele robiliśmy, choć wydawało się nam, że jest OK. Z perspektywy czasu po prostu wydaje się, że mogliśmy z tamtego czasu mieć więcej. Dziecko pomogło mi w organizacji pracy - przyznaje Daniel. Dopowiada jeszcze: - Nawet jeśli spłukaliśmy się ze wszystkich oszczędności, to było warte każdego grosza. To się nie wróci, ten czas z Gretą, początki, kiedy wszystko poznawała, teraz wyrobiła sobie zbiory wzorców, wszystkie klocki już są w przestrzeni, przyszedł czas na składanie ich w całość. Dla mnie patrzenie na to, jak rozwija się umysł małego człowieka było niesamowitym uczuciem. Mogłem przełożyć to na cały proces życia, na wszystkie moje związki, problemy twórcze. Wszystko było dziwną, podobną dziecięcej próbą ogarnięcia świata na każdym etapie. Obserwowanie dziecka pozwala zrozumieć to, że nie ma progu, na którym możemy powiedzieć, że już jesteśmy dojrzali, że świadomie działamy. My non stop bijemy głową w mur, tylko skracamy dystans do siebie z każdą dekadą wierząc coraz mocniej, że "tak, teraz działam zgodnie z moimi mechanizmami, teraz mi się uda”.

Nie tylko Daniela zadziwiło to dziecięce uczenie się świata. Rafał przyznał, że córka, jej zachwyt wszystkim wokoło i beztroska radość okazywały się zaraźliwe. - Miałem wrażenie, że świat jest najpiękniejszym miejscem we wszechświecie. I to tak zwyczajne miejsce. Mieszkanie w blokach, park, ulica, każdy kamień, listek, zabawka. Cokolwiek I jeszcze ta nieustanna chęć poznawania otoczenia i ludzi. Chciała widzieć i wiedzieć jak najwięcej - wylicza Rafał. Co jeszcze dało mu wychowywanie dziecka? - Wiem, że to naiwne i oklepane, ale naprawdę, dał mi poczucie, że wielu rzeczy nie zauważymy na co dzień. Doroślejemy zapominając o tym jak przedziwne potrafią być rzeczy dobrze nam znane.

Grzesiek mówi, że satysfakcja jest ogromna. I ta świadomość, że wychowywanie dziecka to cholernie męcząca robota. - Kiedy słyszę, jak ktoś mówi: „żona nie pracuje, siedzi w domu z dzieckiem” to nóż mi się w kieszeni otwiera. Bo owo „siedzenie w domu z dzieckiem” to ciężka tyra, a kto nie wierzy niech posiedzi i się sam przekona!

Powrót do pracy

Jedną z obaw dręczących kobiety decydujące się na urlop macierzyński, następnie zaś wychowawczy, jest strach przed utratą pracy, spadkiem kompetencji, czy kolokwialnie mówiąc "wypadnięciem z obiegu”. Moi rozmówcy nie podzielali tych leków. Maciej z Lublina, wcześniej pracownik dużej korporacji, rysownik komiksów, decydując się na urlop wychowawczy wiedział już, że właściwie nie chce wracać do pracy.

Czas spędzony na wychowywaniu małego Mikołaja i przygotowywaniu go do pójścia do przedszkola poświęcił na kończenie swoich albumów komiksowych, wreszcie zaś podjął decyzję, że nie chce marnować reszty życia w dotychczasowej firmie. Ryzyko związane z odejściem ze stanowiska w jego wypadku opłaciło się. Znalazł pracę bliższą jego kwalifikacjom w ośrodku kulturalno-edukacyjnym, gdzie prowadzi warsztaty i przygotowuje komiksy. Michał nie wracał do pracy, bo z niej nie odszedł. Tyra nieustannie.

Nie jest łatwo być ojcem...Nie jest łatwo być ojcem...

- W jednym oknie robię tłumaczenie, w drugim piszę zamówiony scenariusz. W trzecim prowadzę zagraniczną korespondencję z typem z serwisu aukcyjnego, bo mój kolega Amerykanin gorzej pisze ode mnie. Tymczasem syn gryzie mnie w nogę, a córka zeskakuje na mnie z oparcia kanapy - opisuje swoją zawodową codzienność. Momenty, kiedy musi wykonać szybko jakieś zlecenie, zamiast zajmować się dzieciakami, nieco posprzątać, czy ugotować obiad, momenty, kiedy zamiast zabawy, czy spaceru wciska im bajkę na repeacie pozostawiają u niego moralnego kaca. Jednak robota to robota.

Rafał powrotu do pracy żałował. - Szkoda mi było trochę czasu na pracę. Wiem, że będąc z córką spędzę go pełniej i pożyteczniej - przyznawał. Daniel może powiedzieć o zupełnie innym doświadczeniu. Przed decyzją o urlopie wychowawczym miotał się. - Po kilku latach pracy w korporacji czułem, że głupieję z roku na rok. Miałem poczucie, że po studiach złapałem pierwszą lepszą posadę i cały czas myślałem, że powinienem rzucić wszystko i założyć studio graficzne, a nie tylko to odbieranie telefonów - wspomina. Spędzając dnie na wychowywaniu córki miał też chwilę, żeby rozeznać się w rynku pracy, sprawdzał oferty, szukał idealnych rozwiązań. Po urlopie wychowawczym wrócił do tej samej firmy, ale z zupełnie innym nastawieniem i nową energią. Zamiast nerwów towarzyszy mu poczucie stabilności i spokój. Przydają się po wyjściu z pracy, wreszcie wracając do "swojej korpo” nie złożył wymówienia ze stanowiska aktywnego taty.

Więcej o: