Jak smakował PRL? Słodko? Gorzko? I czemu chcemy go znów konsumować?

W niedzielę w warszawskiej Stacji Muranów odbędzie się impreza zatytułowana "Wyprzedaż towarów PRL". O nostalgii, smaku kogla-mogla, powracającej modzie na design z "tamtej epoki" i kompleksach wobec Zachodu rozmawiam z organizatorami: pisarką Beatą Chomątowską i Wojtkiem Przylipiakiem, współautorem bloga Bufet PRL.

Tym, co mnie uderzyło, było zderzenie światów, do którego, dość niepostrzeżenie, doszło w nazwie imprezy. "Wyprzedaż" to słowo z czasów kapitalizmu i konsumpcji, nijak mające się do siermięgi i wiecznego niedostatku PRL-u. A jednak wychodzi na to, że chcemy konsumować PRL - a przynajmniej to, co z niego zostało.

bufetprl.combufetprl.com

Organizatorzy "Wyprzedaży towarów PRL" są gotowi ten smak przybliżyć. W niedzielę 16 marca w Stacji Muranów przy ul. Andersa w Warszawie między 12 a 17 będzie można napić się kakao i oranżady oraz zjeść blok czekoladowy, które mają spełnić tu rolę proustowskiej magdalenki. Poza tym konsumpcja odbędzie się również w mniej dosłownym sensie:

Każdy kto ma stare szklanki Społem, magnetofon Grundig, Kasprzaka, komputer Atari, matchboksy, syfon czy egzemplarze „Świata Młodych” będzie mógł ustawić swoje stanowisko sprzedaży i oddać te rzeczy w dobre ręce. Wyprzedaż towarów z epoki PRL w Stacji Muranów obejmuje wszystko, co powstało przed 1990 rokiem w demoludach i to, co można było kupić w Peweksie albo Baltonie.

Wyprzedaży towarzyszyć będzie ekspozycja sklepowa z PRL-u, wystawa kaset magnetofonowych oraz projekcja filmów 8 mm z radzieckiego projektora (m.in.: „Wilk i Zając”). W tle rozbrzmiewać będzie muzyka z gramofonu Bambino. Będzie można też zagrać na oryginalnym Commodore C64.

bufetprl.combufetprl.com

O tym skąd i po co nam ten PRL rozmawiam z moimi przyjaciółmi: Beatą Chomątowską, pisarką i założycielką Stacji Muranów oraz Wojtkiem Przylipiakiem, współautorem bloga Bufet PRL. Z rozmów wynika, że choć podziwiamy wzornictwo tamtego okresu i wzruszamy się na widok przedmiotów, które kojarzą nam się z dzieciństwem, to jednak nikt z nas nie chciałby serio wrócić do tamtej epoki. Chyba tylko po to, by znów móc spróbować czegoś po raz pierwszy. Ach, nostalgia!

Jesteś typem zbieracza? Jak zaczęło się kolekcjonowanie artefaktów z PRL-u i innych demoludów?

WOJTEK PRZYLIPIAK: W zasadzie zbierałem coś od zawsze. Najpierw jak każdy dzieciak w latach 80. naklejki od bananów i pomarańczy (przyklejaliśmy je na drzwi lodówki). Potem puszki po napojach i piwie. Sprzedawałem je nawet na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Jeden Niemiec był bliski kupienia wszystkich po zagranicznych piwach, dopóki nie doszło do niego, że to oczywiście puste puszki... W międzyczasie razem z bratem kolekcjonowaliśmy też znaczki pocztowe. Potem zacząłem zbierać rodzinne pamiątki, głównie te związane z Gdańskiem, skąd pochodzi duża część rodziny. Od kiedy pamiętam zbierałem też kasety magnetofonowe. Dzisiaj są pokaźną częścią kolekcji Bufetowej. Przedmioty z PRL-u zbieram tak na poważnie od kilku lat razem z narzeczoną Anią. Powoli wypełniają nasze mieszkanie i piwnicę. W zasadzie już wypełniły, siłą rzeczy więc na bieżąco wielu z nich używamy. Głównie sprzętów kuchennych, ale też konsoli Atari 2600 czy piłkarzyków na sprężynkach.

Co jest najcenniejszym okazem waszej Bufetowej kolekcji?

WP: Najcenniejsze w kolekcji są rzeczy, które pozostały z naszego dzieciństwa. Mamy na przykład oryginalny komputer Atari 65xe, który dostałem wraz z bratem w latach 80. Poza tym m.in.: niewykorzystane bilety na Igrzyska Olimpijskie w Moskwie w 1980 roku, Poloneza na kablu, talony, które można było wymienić na marki wyjeżdżając do NRD (też pamiątka rodzinna), cały pierwszy rocznik powojennej "Przyjaciółki", pierwszy polski walkman Kajtek, stare gramofony i szpulowca ZK-140, radzieckie gierki Elektronika. Marzy nam się z kolei kupienie samochodu z pedałami dla dzieci - duży metalowy Moskwicz, do którego się wsiada i jedzie. Poza tym zrobienie makiety kolejki ze stacją, tunelami itp

Jak pozyskujecie przedmioty do kolekcji? Szperacie po piwnicach i śmietnikach, czy kupujecie na targach staroci i allegro?

WP: Na początku szukając przedmiotów przepytaliśmy rodzinę i znajomych. Dzisiaj to głównie małe bazarki. Na aukcjach już się nie opłaca, bo rynek stał się modny i te rzeczy po prostu sporo kosztują.

Właśnie, nie masz wrażenia, że bardzo mocno wraca moda na design z "tamtej epoki"? Nie tylko na oryginalne rzeczy, ale też na odtwarzanie wzornictwa, jak robi to na przykład Pan tu nie stał.

WP: Oczywiście, moda na minioną epokę wraca. I fajnie, że dzieje się to w sferze, która wtedy była naprawdę mocna, czyli na przykład w designie mebli (oczywiście nie licząc meblościanki) czy ceramice (na przykład wyroby z Ćmielowa). Z drugiej strony dobrze jest podziwiać na przykład zabawki, bo wymagały dużo więcej kreatywności (nie wystarczyło wcisnąć jednego guzika rzeczy coś zadziałało).

Nasze pokolenie cierpi na nostalgię PRL-owską, bo to czasy naszego dzieciństwa - nie sądzisz, że w ten sposób bardzo mitologizujemy ten czas?

WP: My na blogu staramy się nie przesadzać z wybielaniem tego czasu. Prezentujemy też na przykład kartki na żywność itp. PRL to nie był słodki czas i doskonale zdajemy sobie z tego sprawę i nie można o tym zapominać. Te czasy wymagały jednak w wielu sferach kreatywności i to nas też pociąga w przedmiotach z tamtych lat.

PRL to nie tylko przedmioty - to też muzyka, filmy, książki, ale i rzeczy bardziej ulotne: smaki, zapachy, dźwięki. Jest coś za czym tęsknisz a nie da się już tego w żaden sposób uchwycić?

WP: Trudno powiedzieć czy czegoś mi tak specjalnie brakuje. Nie chciałbym wcale się przenosić w epokę PRL-u. Jedzenie kogla-mogla czy bloku czekoladowego albo kanapki z cukrem jest rock'n'rollowe, ale jednak fajnie mieć większy wybór. To, co już na pewno nie wróci, to zachwyt nad tym, jak mogliśmy zjeść zagranicznego batonika albo owoc. Nic tak nigdy nie będzie smakowało i na pewno po nas nikt już tego smaku, ale jednocześnie zażenowania, że my możemy jeść to tylko na święta, a ktoś na świecie cały czas, już tego nie zrozumie.

Olga Drenda, twórczyni Duchologii, twierdzi, że dla naszego pokolenia ważniejsze od przełomu 89 roku było to, że w telewizji pokazano "Twin Peaks" - też tak to pamiętasz? Co jest twoim wspomnieniem z PRL-u i czasów przełomu?

WP: Faktycznie mocnym wspomnieniem z czasu przełomu są programy telewizyjne. Zagraniczne seriale, jakie zaczęła puszczać telewizja polska. Pamiętam dobrze pewien program „Bliżej świata” z przełomu lat 80. i 90. Puszczano w nim fragmenty programów telewizji satelitarnej i to komentowali zagraniczni korespondenci w Polsce. Pokazywali tam pokazy mody albo jakieś fragmenty koncertów. Magia. Inny świat zobaczyłem też wyjeżdżając na przełomie lat 80. i 90. z wycieczką do Finlandii. Sam sobie wtedy kupiłem banana! Za wszystkie pieniądze jakie miałem. Niestety nie wiedziałem, że zielone nie są jeszcze dojrzałe i załamany go wyrzuciłem.

Moi trochę młodsi znajomi z podobną estymą jak my do lat 80. i historyjek z Donalda odnoszą się do lat 90. i gum Turbo oraz Yattamana w telewizji. Należy to traktować jako jedno i to samo zjawisko - ludzie wchodzący w smugę cienia wracają myślami do szczęśliwego dzieciństwa? Czy w miłości do PRL-u jest coś więcej?

WP: Myślę, że jednak lata 90. to już trochę inna bajka. Obok był co prawda jeszcze inny świat (bardziej rozwinięty), ale my już mogliśmy go odwiedzać. Dorastając w PRL nawet nie marzyłem, że wyjadę zagranicę. Nie było w ogóle takiej kwestii. A w latach 90. to się zmieniło i to był jeden z największych szoków, że można sobie gdzieś wyjechać.

bufetprl.combufetprl.com

Lubisz się babrać w przeszłości? Odkopałaś Muranów i jeszcze ci mało? Teraz za cały PRL się bierzesz?

BEATA CHOMĄTOWSKA: Nie zastanawiałam się jakoś szczególnie nad tym. Zasadniczo w życiu staram się raczej żyć - że tak powiem - chwilą teraźniejszą i nie babrać zanadto w przeszłości, ale są w niej takie momenty, które chciałabym sobie odtworzyć. Albo przenieść się w czasie i zobaczyć coś, czego zobaczyć na żywo nie mogłam. Z Muranowem tak było. A garażówka PRL-owska przyszła do mnie przez Muranów: w kontekście pewnego projektu, który i tak nie doszedł niestety do skutku, poznałam Wojtka, i okazało się, że mieszka obok w klatce koło Stacji Muranów. Jak dowiedziałam się, czym się zajmuje po godzinach, to od razu chciałam go (razem z jego dziewczyną Anią) pokazać na naszym Stacjowym blogu Twarze Muranowa. A potem razem z Łukaszem Prokopem ze Stacji wpadliśmy na pomysł, że skoro mamy takie skarby tuż obok, a robimy czasem w Stacji garażówki, to czemu nie zrobić jeszcze jednej tylko w klimatach PRL? Zwłaszcza że nie ma nic podobnego na stałe w Warszawie, takiego specjalistycznego minitargu, a Muranów jest idealnie do tego stworzony, bo był wzorcowym osiedlem robotniczym w Warszawie PRL-owskiej.

Nostalgia to uczucie, które należy pielęgnować, czy raczej z nim walczyć? Ty sobie na nucie nostalgii drugą książkę napisałaś, więc może pielęgnować...

BCH: Z nostalgią to ja mam dwojako - jak mówiłam, staram się raczej nie popadać w rozrzewnienie i nie żyć przeszłością, bo to mało konstruktywne zajęcie, tylko iść do przodu, ale przyjemnie jest czasem się tą nostalgią pobawić świadomie. To jest właśnie casus drugiej książki "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie", w której próbowałam pokazać świat, który już nie istnieje, czyli emigrację studencko-zarobkową Polaków na Zachód w latach 90., podszytą lękami, kompleksami i zarazem ogromnym podziwem wobec wspaniałego Zachodu - krainy obfitości, ale pokazać trochę w krzywym zwierciadle, bo teraz dopiero, z perspektywy ponad dekady, mam świadomość, jak żałosne były niektóre ówczesne emigracyjne uniesienia. Taki dystans dobrze robi względem własnych przeżyć, a jednocześnie pozwala nostalgicznie westchnąć do pewnych sytuacji, które już się raczej nie powtórzą, bo żyjemy w innych realiach, jak podróże stopem przez Niemcy do Holandii z braku kasy, czy koczowanie na wydmach nad Morzem Północnym.

Gdybym pisała to wtedy, na bieżąco, pewnie efektem byłaby zupełnie inna książka: albo bezkrytyczny zachwyt kulturą holenderską, albo biadolenie polskiego emigranta. I jeszcze odnośnie nostalgii: dobrze jest również sobie przypomnieć, jak to było te dziesięć lat temu, w czasach podejmowania często głupich decyzji, braku życiowych zobowiązań, pieniędzy i mniejszym dostępie do takich samych dóbr jak na Zachodzie. Przypomnieć po to, żeby nie stać się tak zwanym uszatkiem - kredycik, etacik, paputki, wszystko poważne i poukładane - i żeby się znów zachciało gdzieś - nawet jeśli nie stopem, to chociaż pociągiem - bez planu pojechać.

Prywatne zbiory RedNacz/fot Sony XperiaPrywatne zbiory RedNacz/fot Sony Xperia

Czy PRL jest tym okresem przeszłości, który lubisz najbardziej? A jeśli nie to jaka epoka jest bardziej interesująca?

BCH: PRL - przy całej bezsensowności tamtego ustroju - był dla mnie, nie da się ukryć, czasem dzieciństwa i dorastania, a wiadomo, że ten okres wzbudza w człowieku największą nostalgię. Zwłaszcza po trzydziestce. Ona nie jest związana z syfem i ogólną beznadzieją Polski pod rządami Gierka i Jaruzelskiego, tylko pewnymi aspektami tamtej rzeczywistości - tym, że ludzie nie gnali przed siebie z obłędem w oczach, że z konieczności mieli więcej czasu na rozmowy, czytanie książek, zastanowienie się nad sobą. Mam też wrażenie, że dzieci, nie objuczone masą interaktywnych zabawek, musiały rozwijać swoją kreatywność same przy pomocy często prostych narzędzi i dawało to lepsze wychowawczo efekty. To zresztą zauważyli też Izabela Meyza i Witold Szabłowski podczas swego eksperymentu opisanego w książce "Nasz mały PRL".

Polacy w tamtych czasach nie żyli po to, żeby kupować (co nie znaczy bynajmniej, że niedobory w sklepach były OK i że nie pożądali zagranicznych towarów). Ten aspekt jest ważny, bo od jakiegoś czasu kibicuję mocno minimalistom czy też zwolennikom prostego życia, jak niektórzy z nich wolą się określać, bo sama czuję przesyt tym nadmiarem dóbr. Przyznaję się też do fascynacji architekturą socrealizmu, fantasmagoryczną, przerysowaną i przez to niezamierzenie zabawną. I konkretnymi przedmiotami, gadżetami, które wtedy wydawały się ubożuchne, a teraz na tle obecnej mizerii i masówy bardzo doceniam ich design, pomysłowość projektantów, którzy kombinowali, jak mogli, żeby coś sensownego z wybrakowanej materii wykroić. Nie wiem jednak, czy sama cofnęłabym się świadomie do czasów PRL-u, bo to po krótkiej euforii mogłoby się skończyć frustracją i depresją. Raczej wolałabym zobaczyć Warszawę w dwudziestoleciu międzywojennym, to był fajny okres.

Co jest twoim wspomnieniem z PRL-u i czasów przełomu - ten wspomniany już "Twin Peaks"?

BCH: Twin Peaks, no jasne! To był rodzaj kulturowej inicjacji, życie po Twin Peaks nie było już takie samo. Kiedy upadał PRL, byłam w schyłkowej klasie krakowskiej podstawówki i polityka miała dla mnie znacznie mniejsze znaczenie niż to, że nagle na przerwach ze szkolnego radiowęzła zaczęło nadawać Radio Małopolska Fun (poprzednik RMF), pierwsze prywatne radio retransmitujące wtedy program z Francji! Oraz że pojawiły się sklepy muzyczne oferujące za niewielką opłatą przegrywanie płyt na kasety z płytotek ich właścicieli i te wszystkie albumy, które do tej pory trzeba było mozolnie nagrywać z radia na kasety, nagle stały się dostępne (swoją drogą nie mam pojęcia, jakim cudem było to wówczas legalne). I że można było oglądać w Polsce MTV!

To są takie najsilniejsze wspomnienia, bo wtedy byłam mocno wkręcona w muzykę i chciałam zostać dziennikarką radiową, która będzie mieć swój program muzyczny, jak panowie z Trójki. Pamiętam również moment pojawiania się w sklepach różnych niedostępnych dotąd towarów, na przykład zupy Campbella w puszce. Oczywiście kupiłam ją natychmiast, kultowa zupa Campbella, wiadomo, Warhol i tak dalej, i nuże zajadać, ale rozczarowanie było ogromne. To przesłodzone coś o dziwnej konsystencji ma być zupą pomidorową? Być może wówczas pierwszy raz poczułam przedsmak nostalgii za smakami PRL-u, ale tymi dobrymi, domowymi smakami, których dziś szukamy w barach mlecznych nowej generacji.

plakat

Więcej o: