Ja vs klinomania, czyli wiosno, przyjdź i daj żyć

Wiosna nadchodzi. A ja nie mam nawet siły jej powitać. Czuję się codziennie jak po grubszej imprezie, z tą różnicą, że na imprezy nie chodzę, bo nie mam siły. Od momentu, gdy rano zwlokę się z łóżka, marzę o jednym - by się znów położyć. Okazuje się, że to ma swoją nazwę.

Jest ponoć taka choroba, choć równie dobrze może być to żarcik internetów. Próbowałam zweryfikować w medycznych podręcznikach, ale albo zbyt to nowe, by było w tych sprzed paru lat albo zwyczajnie nie istnieje pod taką nazwą, co mnie tylko przekonuje do tego, by nazwę tę utrzymać i rozpropagować. Bo to epidemia. Mam wrażenie, że trzy czwarte osób w moim otoczeniu cierpi z powodu tego schorzenia.

Klinomania, bo o niej mowa - to choroba, która polega na tym, że człowiek ma przemożną potrzebę, by leżeć. Wynika to najczęściej z problemów życiowych, dotyka histeryków i hipochondryków. Przeradza się w nawyk. Nie mam problemów, które kładłyby mnie na łopatki (uff), bywam histeryczna, jak każda szanująca się kobieta - czasem. Nie jestem hipochondryczką, raczej chojrakiem, któremu nic nie dolega i dolegać nie będzie. Więc może ja po prostu potrzebuję leżeć i tyle?

Zima w tym roku była jakaś żadna, obyło się bez płakania, że zasypało, że zimno i paskudnie. Mi trochę smutno, bo lubię jak zima jest zimą, ale ma umiar - czyli potrzyma kilka tygodni, a potem grzecznie się oddali. A, ważne. Trzymając jest łaskawa, czyli mrozi i sypie, ale nie robi odwilży co chwila i nie irytuje huśtawką temperatur, która sprawia, że jednego dnia zamarzam, a drugiego mam mokre plecy w ciepłym paltociku - pokonując ten sam dystans z domu do pracy. No i żeby jeszcze butów nie trzeba było szorować z soli i pastować codziennie. To by była zima idealna. Tylko puch biały i piękno.

Dzień jak co dzieńDzień jak co dzień

Zima nie dopisała, nadchodzi (i tak) wymarzona wiosna. I co się dzieje? Ptaszki zaczynają ćwierkać z rana (kochać, gdy tak błogo budzą w tygodniu pracy; strzelać, gdy robią to w weekend), słońce świeci intensywniej, czasem nawet tak naprawdę, przez parę godzin, a nie ściemniacko przez ułamek chwili. A ja sunę przez tę rzeczywistość jak we śnie. Chodzę spać z kurami - zasypiam o 21.50 oglądając film, względnie o 21.30 czytając wcale nie nudną książkę. Rano ostentacyjnie lekceważę budzik, który uruchamia radio o 7. Lecą sobie wiadomości, a ja dalej śpię. Tuż przed 8 zrywam się w popłochu, że dzień się zaczął i trwa beze mnie. I że już jestem spóźniona. Poranna kawa daje kopa na jakieś dwie godziny, spacer do pracy lekko orzeźwia, a potem, tak od 12 zaczyna się powolny zjazd. W okolicach godziny 15 marzę już tylko o drzemce, łóżku, poduszce. I tak od kilku tygodni.

Myślałam - pochodzę na fitnessy i baseny! Wydzielą mi się endorfiny, będę miała więcej energii! Ale gdzie tam... W weekendy jeszcze jakoś mi się udaje wywlec i zawlec, bo jestem w stanie wstrzelić się w ten moment energetyczny przed południem. Ale w tygodniu? Żebym po wyjściu z pracy miała jeszcze energię na cokolwiek poza dowleczenie się do ŁÓŻKA??? Nie ma mowy.

Zaniepokoiłam się na poważnie, że moje życie towarzyskie obumarło. Nigdzie nie bywam, a jak już się wybiorę, to niepokojąco wcześnie zaczynam wymyślać wymówki, które pozwolą mi elegancko udać się w stronę mojej poduszeczki, ukochanej, takiej mięciutkiej...

Wiosno, cóżeś mi uczyniła?! Przyjdź i przynieś mi sił witalnych! Nie tylko mnie, bo takich zombiaków dookoła wielu. Czy też padliście ofiarą klinomanii?

Więcej o: