Sen w płynie, czyli niewynaleziony lek na bezsenność

Marzy mi się taki wynalazek, za który błyskotliwy naukowiec dostanie wszystkie możliwe Noble i gwiazdę nazwaną na cześć jego imienia. Sen w płynie. Wypijam łyczek i jestem wyspana. Taki prosty specyfik. Jedna mała pigułka i znikają wory pod oczami, zmęczenie i jestem rześka jak wiosenny poranek. Wszystkie matki to kupią.

Nie chcę żadnych leków z pochodnymi pseudoefedryny, kofeiną czy jakimiś niedozwolonymi substancjami chemicznych wyekstrahowanymi pokątnie w garażu dziadka. Potrzebuję lekarstwa, które zastąpi mi sen. Skoro na bezsenność dobrych leków nie ma, a te których próbowałam sprawiają, że czuję się jak glon, to może chociaż sen w syropie. Sen bezpieczny, przyjemny i efektywny. Wyobrażam sobie tabletki z różnymi rodzajami snów na dowolne okazje. Erotyczne i relaksujące, sny o lataniu i o podróżach, mogą być nawet horrory dla fanów tego rodzaju wrażeń. Tylko niech ktoś to wymyśli.

Bezsenność dręczyła mnie od dziecka. Byłam dziewczyńską wersją Tylera Durdena. Im bardziej byłam niewyspana, tym bardziej dręczyła mnie bezsenność. Choć miało to swoje pewne dobre strony - kilogramy książek przeczytanych przy nocnej lampce oraz błędny wzrok następnego ranka i blada twarz z podkrążonymi oczami. Oznaczało to, że w czasach liceum zerowym wysiłkiem osiągałam wielce pożądaną charakteryzację na fankę The Cure, którą faktycznie byłam. Podejmowałam też próby dogadania się z księżycem metodą wpatrywania się w czarny prostokąt okna. Zaliczyłam kilometry spacerów po zimnej podłodze. Miliardy dziwnych myśli i pomysłów spłodzonych o czwartej nad ranem. Najosobliwszej godzinie nocy zawieszonej gdzieś pomiędzy dogorywającą imprezą a niepewnym początkiem nowego dnia.

Bezsenność jest jak złowróżbny pocałunek do końca życia, sprzedany przez złą wróżkę, której nikt nie zawiadomił o proszonym obiedzie. Będzie się ze mną droczyć i bawić w grę o nieznanych zasadach. Nigdy nie wiem kiedy mnie dopadnie. W pełni, w nowiu czy na pustkowiu.

Kładę się odpowiednio późno starając się dopełnić rytuałów ułatwiających dziecinnie prosty proces zaśnięcia. Ale po seksie wcale nie chce mi się spać. Godzinę później przewracam się dwudziesty raz na kolejny bok. Bezskutecznie i bezowocnie, próbuję odnaleźć w łóżku to magiczne miejsce, które sprawi, że trafię wprost w objęcia Morfeusza. Sen nie przychodzi, nie spływa ani nie kołysze. Mój sen mnie osrywa. Nie pojawia się nawet jego młodsza, siostra drzemka. Zamiast niej skrada się poirytowanie. Wtedy zwykle robię się głodna. Więc w kolejnej godzinie, kiedy wiem, że noc spisaną mam na straty udaję się do oazy mrocznych przyjemności - do lodówki. Wiem jakie to niezdrowe i nierozsądne. Ale jestem wkurwiona i mam to w dupie. To znaczy w dupie będę to dopiero miała, bo nic tak się nie kumuluje w pośladkach ja nocne Polaków kanapki. Bo te podstępne dziady nie zgromadzą się w cyckach, tylko właśnie w zadku.

Napełniwszy żołądek włączam nocnego szwędacza albo komputer. Przyglądam się z lekką zazdrością domownikom, poprawiam im kołdry. Głaszczę i przytulam. Wącham główki swoich dzieci - pachną słodkim snem o beztroskiej przygodzie. Owijam się kocem i czytam książki albo udowadniam, że ktoś w internecie nie ma racji. Gdzieś tak około trzeciej z bolesną świadomością nieuchronności budzika, który zadzwoni za dwie i pół godziny podejmuję próbę zaśnięcia. Nie działa. Leżę i wpatruję się w odległe konstelacje niewidzialnych punktów na suficie. Próbuję przypomnieć sobie poszczególne fazy mejozy i analizuję przypadek odrębności mitochondrialnego DNA. Leżę z narastającym poczuciem niewyspania, które będzie mi towarzyszyło w pracy. Podobnie jak w liceum, nie musze nakładać cieni na powieki. One już tam są i opowiadają historię moich nocy. Odpływam zwykle o piątej, na pół godziny. I to i mi wystarcza. Pół godzinny na dobę, czasem przez tydzień. Czy jestem już zombie?

Wasza niewyspana Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: