Komiksowe reportaże: od szkiców z podróży do graficznych relacji wojennych

Przejadły się Wam już zdjęcia - te pstrykane bez opamiętania, pokazujące oklepane turystyczne atrakcje albo, co gorsza, fotorelacje z konfliktów zbrojnych, skupiające się wyłącznie na bardzo wąskim, najbardziej sensacyjnym wycinku rzeczywistości? A może wolicie słowa, tylko czasem odczuwacie niedosyt w obliczu suchego tekstu? Mam coś dla was: to komiksy reportażowe. Bardzo na czasie, bo do Polski przyjeżdża właśnie jeden z najlepszych autorów gatunku: Guy Delisle.

Z Guyem planuję wywiad. A Wam proponuję przegląd najważniejszych nazwisk i tytułów komiksów reportażowych dostępnych w Polsce. Żebyście mogli mówić, że lubiliście to, zanim stało się modne...

Niewysoki, nieco karykaturalny facet w okrągłych okularach, zza których nie sposób dostrzec jego oczu. Najpierw stoi gdzieś obok tłumu dziennikarzy, masy mikrofonów i kamer wycelowanych w garstkę mieszkańców. Kiedy już przedstawiciele prasy odjadą, on zostaje, siedzi na kanapie z mieszkańcami i spokojnie słucha ich historii. Joe Sacco jest dziennikarzem z krwi i kości. Kiedy mówi o swojej pracy twierdzi, że zależy mu na tym, by poprowadzić czytelnika przez meandry rzeczywistości ku zrozumieniu. Nie zamierza epatować przemocą, nie stawia wyłącznie na chwytliwe, wzruszające historie. One się przydarzają, on je utrwala. Kluczowe jednak pozostaje to, że dla czytelników staje się przede wszystkim przewodnikiem po niedostępnym, ale ważnym wycinku rzeczywistości.

Komiksy reportażowe i podróżnicze? Proszę bardzoKomiksy reportażowe i podróżnicze? Proszę bardzo

To ta sama rola, o której wiele lat temu wspominał Ryszard Kapuściński, gdy dziennikarze dopytywali go o pracę i misję reporterów. Ten sam cel przyświeca najlepszym reportażystom, którzy publikują już nie krótkie prasowe teksty, a całe książki. Nie brak nam ich w Polsce, ale tym razem to nie jest opowieść o nich, tylko o rysownikach komiksowych. "Ja tak właśnie o sobie myślę, jestem rysownikiem, a to, co robię, to komiksy” - powiedział w jednym z wywiadów Sacco. Dlaczego warto, byście sobie utrwalili to nazwisko? Po pierwsze ten urodzony na Malcie pół-Amerykanin wyniósł reportaże komiksowe na nowy poziom, właśnie dzięki łączeniu smykałki do rysowania z żyłką dziennikarską. Po drugie, zdecydował się podejmować tematy niełatwe i wymagające często narażania własnego życia, starając się przy wszystkich sympatiach i antypatiach zachować wyważony, bliski obiektywnemu ton. Sacco w swoich komiksach częściej stawia pytania niż daje odpowiedzi, a pyta o rzeczy nieprzyjemne. Często zmusza czytelnika do zastanowienia się nad sprawami etyki i moralności.

Pierwszym komiksem Sacco, jaki pojawił się w naszym domu była "Palestyna", która wciąż czeka grzecznie na polskie wydanie. Za to bez problemu możecie wciąż zdobyć wydaną po polsku "Strefę Bezpieczeństwa Gorażde" (dostępna jest na przykład w promocyjnej cenie na stronie wydawcy, Timofa). To komiks pokazujący pełnię możliwości samego autora, jak i szanse stwarzane przez medium. W chwilach, gdy nie wypada włączyć kamery, tam, skąd nie da się już przynieść zdjęć, w sytuacjach, kiedy słowa nie wystarczą, by oddać w pełni atmosferę zdarzeń - sięgamy po reportaż komiksowy.

"Strefa..." balansuje między tym, co może się Wam kojarzyć z formą typową dla komiksu - prostokątne kadry, słowa w dymkach. Dość precyzyjnie oddane najistotniejsze elementy scenerii. Z drugiej strony, Sacco pozwala sobie na wychodzenie poza ten schemat, gdy akcja nabiera tempa - obrazy i słowa dosłownie się rozsypują na całe plansze. Gruba, nieco groteskowa kreska nadaje ciężaru całości. Ważna jest treść. Sacco wszedł w świat mieszkańców jednej z najniebezpieczniejszych stref w czasie wojny, jaka rozgrywała się w Bośni w latach 1992-1995. Zamieszkiwał z nimi, jadał to, co oni, słuchał ich opowieści, niekiedy towarzyszył w różnych przeprawach. Zdobył się na to, by spotkać się z przedstawicielami drugiej, czetnickiej strony. Podjął się wysiłku poukładania pewnych zdarzeń, przybliżenia faktów tak, by czytelnik nie poruszał się po tej rzeczywistości po omacku. A trzeba przyznać, że w temacie wojen jugosłowiańskich bardzo łatwo zbłądzić w gąszczu niejasności etniczno-kulturowo-religijno-politycznych.

Kadr z komiksu Kadr z komiksu "Strefa bezpieczeństwa Gorażde", Joe Sacco, (materiały wydawcy)

Tu z miejsca przypominają mi się "Pozdrowienia z Serbii” Aleksandra Zografa (wyd. Centrala) - komiksowa relacja z drugiej strony barykady, tak bardzo odmienny w formie i treści - skupiający się na samym autorze, jego przeżyciach, emocjach i obawach, koszmarach nocnych i dziennych, subiektywnym postrzeganiu sytuacji historycznych, incydentów, nalotów, niepewności - a jednocześnie pozwalający dołożyć kolejny element do zbioru opowieści o konflikcie na Bałkanach.

Dość jednostronne są też dwa komiksowe reportaże Igorta: "Dzienniki Ukraińskie [Wspomnienia z czasów ZSRR] i "Dzienniki Rosyjskie [Zapomniana wojna na Kaukazie] (wyd. Timof) - ale w obliczu tego, co rysownik i scenarzysta chce nam pokazać, jest to uzasadniony zabieg. Igort znany wcześniej w środowisku komiksowym z albumów takich jak gangsterska opowieść o wendetcie "5 to liczba doskonała" w pewnym momencie porzucił fikcję na rzecz bardzo brutalnej rzeczywistości. Wyruszył na wschód by stworzyć komiks o Czechowie, jednak ludzie, których poznał w drodze i historie, z jakimi się zetknął na Ukrainie, a następnie w Rosji sprawiły, że zmienił plany. "Dzienniki Ukraińskie" są zapisem z systematycznego niszczenia społeczeństwa, postępującej degrengolady, braku szacunku dla godności ludzkiej. To też zbiór wspomnień konkretnych osób z okresu Wielkiego Głodu, politycznych prześladowań, wreszcie seria nienapawających optymizmem szkiców ze współczesności. Kreślone cienką kreską na pożółkłym papierze, pięknie barwione akwarelami obrazki zapadają w pamięć. Są sugestywne w swym balansowaniu między dosłownością a graniem symbolami. Nie ma tu kontrapunktów, światełek w tunelu. Nie ma też drugiej strony medalu. Podobnie rzecz ma się z "Dziennikami rosyjskimi”. Okropnie aktualna rzecz - ledwie odłożyłam bowiem jeden z tygodników opinii podejmujący temat propagandy w mediach rosyjskich, by z powodu tego tekstu wrócić do reportaży Igorta... Tym trudniejsze są te "Dzienniki..." w lekturze.

Kadry z komiksu Kadry z komiksu "Dzienniki ukraińskie" Igorta (materiały wydawcy)

Komiks zaczyna się od zabójstwa Anny Politkowskiej. Igort wyrusza śladem osób, które z nią pracowały i zdarzeń, które rosyjska dziennikarka chciała opisać bez propagandowej naleciałości obecnej w medialnym dyskursie rosyjskiej prasy. Nie udało się jej. Władze tak skutecznie broniły mrocznych tajemnic, że nie zawahały się usunąć tak głośnej postaci, jak właśnie Politkowska. Igort jednak nie zrobił komiksu o niej. Jej postać pozwala za to spiąć klamrą zbiór opowieści, które, przyznam, niekiedy przyprawiały mnie o mdłości. U Igorta są gwałty zbiorowe, jakich żołnierze dokonywali na cywilach, dziewczynkach i chłopcach, jest piłowanie zębów drutem kolczastym...  To już nie jest policzek wymierzony sennemu czytelnikowi ze stabilnego i pozornie bezpiecznego "zachodniego świata", to lewy sierpowy, po którym kręci ci się w głowie, masz w nocy koszmary, a może nawet chcesz rzucić wszystko i iść samemu wymierzać sprawiedliwość. Ale gdzie, jak, komu konkretnie? Obydwa dzienniki uzmysławiają, że kamyczek został rzucony dawno temu, a lawina, z którą mamy teraz do czynienia, jest trudna do powstrzymania.

Komiksowe zapiski podróżne mają też jasne oblicze. Może nie aż tak jasne, jak przepiękna "Portugalia" Cyrila Pedrosy (sprawdźcie koniecznie dokonania tego rysownika) - bo choć do stworzenia tego magicznego albumu autora zainspirowała własna wyprawa przez tytułowy kraj, to opowieść jest już zdecydowanie odbiegająca od kanonów reportażu, nawet takiego "wańkowiczowskiego”, w którym losy kilku realnych bohaterów składają się na opowieść o jednej postaci. Mogłabym za to polecić Wam lekturę "Dziennika podróżnego" Craiga Thompsona, ale tylko jeśli obiecacie, ze sięgniecie też po inne albumy komiksowe tego twórcy. Dziennik to taka krótka forma, którą przygotował po tym, jak ukazał się "Blankets" - przepiękny, osobisty album o dojrzewaniu, ale i o zaściankowości, jakiej zazwyczaj nie obserwujemy, słuchając relacji z USA. "Dziennik podróżny” powstawał, gdy Craig Thompson wyruszył najpierw do Francji, później zaś do Maroka zebrać materiały do kolejnego komiksu, baśniowego "Habibi(znów wszystkie trzy tytuły wydał u nas Timof). Thompson jawi się w tym swoim itinerarium z jednej strony jako gapowaty, słabo zorientowany turysta, z drugiej jako artysta, czasem może aż nazbyt wrażliwy. Zabójczo szczery, czasem irytujący infantylnością (plansza o "zrzędliwym brzuszku” cóż, nie można przejść obok niej obojętnie), wciąż pozostający genialnym ilustratorem i dość przyzwoitym obserwatorem. Cóż mogę powiedzieć? Thomson to Thompson - kocham go mimo wszystko i nie jestem osamotniona w tej miłości.

"Dziennik podróżny" Craiga Thompsona

Czy jest jednak na naszym rynku jakiś komiksowy reportażysta - podróżnik oferujący coś pomiędzy dramatem a drobnostką? Jasne! Mamy Guya Delisle! Jego "Pjongjang", "Kroniki Birmańskie" i wydane właśnie teraz "Kroniki Jerozolimskie (tym razem stawkę zgarnia Kultura Gniewu, ale uwaga, spieszcie się kupować, bo te albumy szybko znikają) pokazały, że w obrębie reportażu komiksowego jest jeszcze sporo miejsca na wypracowanie własnego języka. Delisle jest z jednej strony takim naiwnym przybyszem, facetem, który jest skłonny machać z ulicy do okien Aung San Suu Kyi, noblistki zamkniętej przez władze Birmy w areszcie domowym i liczyć, że akurat mu odmacha. Z drugiej strony w tej swojej naiwności i pozbawionemu mentorstwa tonowi jest bardziej ludzki. To nie ekspert, ani heros, to nie tropiciel i demaskator. Oto to zwyczajny facet ze szkicownikiem, który trafia w miejsca, do których nawet najlepsi dziennikarze nie są niekiedy w stanie wnieść kamery, aparatu i dyktafonu. W "Pjongjang” relacjonuje wszelkie absurdy, dziwactwa, ale i dość przerażające oblicza dyktatury północnokoreańskiej. W "Kronikach Birmańskich” i "Kronikach Jerozolimskich” jest tym trochę zagubionym, ale wciąż ciekawym świata i wyczulonym na wszelkie egzotyczne z punktu widzenia poukładanego człowieka zachodu sytuacje. Raz widzimy go,  gdy kontempluje multikulturowość na jednym z jerozolimskich placów zabaw, innym razem, kiedy trafia w sam środek jakiejś wymiany ognia i kamieni na checkpoincie przy dzielącym miasto murze bezpieczeństwa. Staje na głowie, by dobrze rozplanować poranki, kiedy musi odstawić dwójkę swoich dzieci do szkoły i przedszkola, a za chwilę absolutnie nie radzi sobie z miejscowymi zwyczajami, zakazami i nakazami, przez co po raz kolejny nie jest w stanie obejrzeć z bliska wzgórza świątynnego ważnego zarówno dla chrześcijan, żydów, jak i muzułmanów.

Kadry z komiksu Kadry z komiksu "Kroniki Jerozolimskie Guya Delisle (materiały wydawcy)

Za co lubię Guya? Poza tym, że jest przede wszystkim niezmordowanym mężem swojej żony, pracującej od lat dla Lekarzy Bez Granic (stąd te podróże z całą rodziną do najróżniejszych, niekoniecznie bezpiecznych miejsc na całym świecie) i dzielnym, choć nieco wyrodnym ojcem dwójki swoich pociesznych dzieciaków? Po pierwsze za to, że nie wstydzi się zadawać najbanalniejszych pytań, gdy tylko czegoś nie rozumie. Dzięki temu i my możemy sobie pewne zdarzenia historyczne lepiej uporządkować. Po drugie za styl. Niby prosty, kreskówkowy, przy wszystkim jednak pozwalający oddać zarówno specyfikę lokalnej architektury, jak też charakterystyczną fizjonomię poszczególnych mieszkańców. Ten sposób przedstawiania postaci i scenek działa na czytelnika zdecydowanie lepiej niż realistyczna kreska.

Z albumu na album Guy oczywiście staje się coraz lepszy. Z perspektywy "Kronik Jerozolimskich” dość stary już "Pjongjang” wygląda nieco topornie, choć gdy komiks się ukazywał potrafił zadziwiać i zachwycać. Gdybym mogła polecić wam jednego jedynego autora, od którego w ogóle warto zacząć przygodę z komiksowymi reportażami zapewne byłby to właśnie Guy Delisle. Na deser mam też dobrą wiadomość, a nawet dwie.

Delisle w Polsce!Delisle w Polsce!

Guy Delisle przyjeżdża do Polski, by spotkać się z czytelnikami, tymi, którzy już go dobrze znają, jak i przyszłymi - w Warszawie pojawił się w piątek (21 marca) w Barze Studio o godzinie 19:00, w Poznaniu zabawi natomiast dwa dni na festiwalu Pyrkon. W sobotę (22 marca) o godzinie 17:00 artysta obecny będzie na stoisku Yatta.pl, by rozdawać autografy, zaś o godzinie 19:00 opowie więcej o swoich komiksach festiwalowej publiczności. Gdyby ktoś nie zdążył - w niedzielę o godzinie 11:00 Guy pojawi się w oficjalnej strefie dedykacji i dalej będzie zapełniał wasze albumy autografami. Druga dobra wiadomość jest taka, że Guy Delisle przygotowuje coś specjalnego dla wszystkich Fochofanów i nie chodzi tylko o udzielenie mi wyczerpujących odpowiedzi na dziesiątki pytań o komiksy, dzieci i podróże, ale o tym już niebawem.

Więcej o: