Birma, Korea Północna, Chiny, Izrael - Guy Delisle podąża za żoną i tworzy niezwykłe komiksy

O swoich komiksowych relacjach z Birmy, Korei Północnej czy Jerozolimy mówi, że to pocztówki z podróży albo anegdoty opowiadane znajomym. Jego albumy są czymś zdecydowanie cenniejszym - dają wgląd w świat poplątanych relacji społecznych, konfliktów religijnych i reżimowej rzeczywistości. Guy Delisle potrafi w prosty sposób opowiadać o trudnych sprawach, a nam zdradza, jak to jest żyć na walizkach, być wyrodnym ojcem oraz mężem pracowniczki organizacji Lekarze Bez Granic.

Gdzie się podziewają Twoje dzieci? Pytam, bo w Twoich komiksowych reportażach, zwłaszcza w "Kronikach Jerozolimskich”, zawsze krążą obok ciebie.

Teraz są ze swoją mamą. Ja zajmuję się dziećmi wtedy, kiedy moja żona jest w pracy, na misji z Lekarzami Bez Granic albo na wykładach uniwersyteckich. W innym wypadku role się zmieniają. Oczywiście u nas oznacza to niekiedy, że ja zajmuję się nimi nieustannie przez rok - jak choćby podczas naszego pobytu w Izraelu utrwalonego w "Kronikach Jerozolimskich. Tak po prostu wygląda moje podążanie za żoną oraz próby zajmowania się swoimi sprawami w czasie, kiedy dzieci są w szkole i przedszkolu. O ile w Birmie udało mi się pogodzić opiekę nad dzieckiem z rysowaniem, o tyle w trakcie naszej obecności w Jerozolimie było to nie lada wyzwaniem. Na miejscu okazało się bowiem, że szkoła nie funkcjonuje w piątek, zajęcia przedszkolne kończą się tuż przed trzynastą, obie placówki są od siebie mocno oddalone. Tym samym sporo czasu zjadały mi przejazdy. Zdałem sobie więc sprawę, że muszę odpuścić i na rok odłożyć plany intensywniejszej pracy. Przez moment wydało mi się to przerażające, a potem się oswoiłem.

Dla nas twoja sytuacja wciąż wydaje się niezwykła, a czy w Kanadzie model rodziny, w którym to ojciec jest bardziej zaangażowany w opiekę nad dziećmi jest powszechny?

Nie, nie wydaje mi się. Myślę, że to wszystko przez to, ze ja mam ruchome godziny pracy, a żona wciąż ma sztywny plan dnia. Nawet teraz, kiedy mieszkamy we Francji, to ja jestem bardziej mobilny, a ona z racji pracy na uniwersytecie nie może sobie pozwolić na "urywanie się” na zebranie, do lekarza czy w innych sytuacjach. W Jerozolimie miałem sąsiada, Duńczyka, którego żona pracowała w Czerwonym Krzyżu i on działał podobnie. Fajnie, że się spotkaliśmy, bo we dwóch łatwiej znosiliśmy tę naszą przerwę w aktywności zawodowej. Poza tym stopniowo, przez lata oswajałem się z pracą w terenie. Najpierw tylko we dwoje byliśmy z żoną w Etiopii przez rok, tam rysowałem swój "Pjongjang", potem w Birmie byliśmy już z jednym dzieckiem - musiałem więc nauczyć się godzić swoje zajęcia z obowiązkami ojca, wreszcie był wyjazd do Jerozolimy i tam miałem dwójkę, stąd też teraz zdecydowaliśmy, że czas przestać podróżować w ten sposób. To jest dla mnie jak poker, nigdy nie wiem, co będę robił przez następny rok. Może się okazać, że nic, jak w Jerozolimie.

A jednak się udało. Twój najnowszy, wydany właśnie w Polsce album jest całkiem pokaźny, chyba najgrubszy ze wszystkich.

Jest duży, bo w Jerozolimie spędziłem rok, było więc całkiem sporo do opowiedzenia. Jest też obszerny, bo miałem wiele do powiedzenia o sytuacji religijnej, która jest nieco szalona. Wątkiem wartym szerszego wyjaśnienia był też trwający tam od wielu lat konflikt. W tym wszystkim było też moje życie, wraz z usilnymi próbami zorganizowania się w tym jerozolimskim chaosie. Sporo było więc tematów do rozwinięcia tak, aby pokazać kontekst konkretnych sytuacji, w jakich sam się znalazłem. Zazwyczaj ludzie dostają kilka krótkich informacji o aktualnych zdarzeniach...

Dokładnie, w wiadomościach zazwyczaj pewne tematy prezentowane są najczęściej powierzchownie.

Zależało mi, żeby pokazać więcej. Może nie wszystko od początku, bo to temat na inną historię. Ważne jednak, aby pokazać codzienność oraz to, jak pewne decyzje na szczeblu państwowym przekładają się na komplikacje w życiu konkretnych przedstawicieli danego społeczeństwa. Dlatego też lubię pracować z notatkami, na spokojnie. Nie umiałbym pracować, gdyby na ulicach działa się rewolucja, a ja miałbym na bieżąco relacjonować obrazem i słowem.

Kiedy stawiałeś pierwsze kroki jako zawodowy rysownik, czułeś, że któregoś dnia zostaniesz autorem komiksowych reportaży z miejsc skomplikowanych geopolitycznie?

Nie, to przyszło z czasem i wynikało przede wszystkim z próbowania swych sił w różnych tematach. Przełomowy dla mnie był komiks "Shenzhen". Najpierw robiłem notatki podczas podróży, by nie zapomnieć o różnych zdarzeniach. Po powrocie do domu narysowałem kilka krótkich historyjek myśląc, że to będzie najlepszy sposób na zrelacjonowanie innym, jak wyglądał mój pobyt w Chinach. Te krótkie komiksy zostały wydrukowane w prasie, czytelnicy je polubili, zrobiłem następna porcję odcinków podróżniczego komiksu. Wreszcie pojawiła się myśl, że warto wszystko zebrać w książkę i tak ukazał się album "Shenzhen". W taki sam sposób pracowałem nad "Kronikami Jerozolimskimi" - najpierw zbierałem notatki, a potem zastanawiałem się, czy jest w tym jakaś historia. Dlatego jadąc, nawet nie byłem pewny, czy powstanie z tego komiks.

Guy Delisle w Warszawie

Przygotowujesz się do swoich podróży, czy dopiero na miejscu zgłębiasz lokalną historię?

W Jerozolimie byłem rok. Każdego popołudnia robiłem notatki. Czasem nic się nie działo, więc gdy potem czytałem swoje zapiski okazywało się, że te najnudniejsze trzeba odrzucić, czasem jednak w prostych spotkaniach i zdarzeniach tkwił potencjał, dawały dobry pretekst do tego, by powiedzieć coś więcej o trudnych sprawach. Miałem na miejscu kilku ekspertów - pracowników organizacji pozarządowych, lekarzy i dziennikarzy z różnych krajów, którzy byli na miejscu już od kilku lat, ba, niektórzy byli świadkami Pierwszej Intifady, potrafili udzielić odpowiedzi na trudne pytania. Nie przygotowywałem się więc do tego wyjazdu, nie czytałem wcześniej żadnych książek i opracowań. Dopiero po powrocie starałem się uzupełnić wiedzę: być na bieżąco z wydarzeniami, czytać gazety, książki i komiksy poświęcone wydarzeniom w Strefie Gazy i w Palestynie. Nie zawsze jednak pracowałem w ten sposób. Jadąc do Korei Północnej wiedziałem już, że na miejscu niewiele się dowiem, musiałem więc przyswoić jak najwięcej potrzebnych danych przed wylotem do Pjongjang.

To, co jest w twoich komiksach bardzo cenne, to sposób opowiadania. Nie występujesz z pozycji mistrza, który naucza maluczkich, nigdy nie chciałeś być takim wszystkowiedzącym mentorem?

Ja po prostu w swoich komiksach reportażowych staram się wyważyć między byciem sobą, a byciem przewodnikiem po trudnych tematach. Są sprawy, o których czuję, że muszę opowiedzieć w tonie niemal nauczycielskim. Czasem mam wrażenie, że coś muszę opisać i wyjaśnić, bo dla mnie to przedziwne. Na przykład "Cud świętego ognia” w Bazylice Grobu Pańskiego. Dla mnie to magia, ale to się dzieje co roku - co roku świeczka w bazylice sama się zapala właśnie w Wielką Sobotę. Prawosławni wiedzą o tym, ale jest wielu ludzi na świecie, którzy nie mieli nawet pojęcia o tej historii - właśnie takie rzeczy wydają się dobrym materiałem na opowieść. Moje albumy to trochę takie historie, które normalnie opowiadałbym znajomym z pracy podczas przerwy na kawę. Anegdoty, czasem śmieszne, czasem straszne, z odrobiną wyjaśnienia, żeby wiedzieli dlaczego pewne rzeczy są nawet bardziej niesamowite, niż można podejrzewać. Wszystkie komiksy takie jak "Pjongjang”, "Kroniki Birmańskie”, "Kroniki Jerozolimskie” to takie nieco dłuższe pocztówki z podróży, które wysyłam do rodziny. Coś w stylu "byłem tutaj, zdarzyło się to, widziałem tamto, a wszystko dlatego, że...” - tak naprawdę robię niewiele ponad to. Chcę, by każdy mógł wysnuć własne wnioski. Ja mam tylko zrelacjonować zdarzenia. Ktoś mi kiedyś powiedział, że pracuję jak antropolog: jadę gdzieś i zbieram okruszki rzeczywistości. To mi się podoba, miło to słyszeć. Czytałem sporo książek antropologicznych, zawsze wydawało mi się, że to musi być ciekawa praca. Kiedy tak jadę gdzieś na rok i codziennie zbieram wrażenia skrawek po skrawku, na koniec mogę z tych drobnych elementów ułożyć wielki obraz.

I ten obraz, w przeciwieństwie do wielu relacji, nie jest oddawany za pomocą realistycznej, dosłownej kreski. Kiedy pracowałeś nad pierwszymi reportażami komiksowymi takimi jak "Shenzhen" czy "Pjongjang" myślałeś o technice, jaką posłużysz się, by zilustrować te historie?

Wybór techniki okazał się naturalny. Moje komiksy są jednak nieco humorystyczne, dlatego rysuję kreskówkowo - dla mnie to taka gra symbolami. Oczywiście jeśli chodzi o architekturę staram się oddawać ją wiernie i precyzyjnie, bo tak lubię. Lubię też, by obrazki były proste, czytelne, a kreska czysta, bo moje teksty też są dość proste. Wolę równowagę, nie potrafiłbym spokojnie tworzyć ilustracji wiedząc, że proste obrazki uzupełnione zostaną poetycką albo ciężką treścią. Moje teksty są szybkie, ilustracje też, to dobrze, bo robię komiksy na kilkaset stron. Nie chciałbym spędzić dziesięciu lat tworząc jeden album. Kiedy pracuję nad kolejnym komiksem spędzam zazwyczaj jeden dzień nad pojedynczą planszą. To dobre, bo na koniec tygodnia mam już pięć stron, nie zapominam co rysowałem wcześniej.

Mówisz o poczuciu humoru, ale nie zawsze jest śmiesznie. Pamiętam sceny z najnowszego komiksu - choćby te , kiedy pojechałeś obejrzeć checkpoint przy murze oddzielającym dzielnice palestyńskie. Nie miałeś myśli, że te Twoje wyjazdy są jednak zbyt niebezpieczne?

Podczas Drugiej Intifady na ulicach Jerozolimy wybuchały bomby, ja już tego nie doświadczyłem, więc czułem się bezpiecznie. Wciąż jednak dało się odczuć napięcie, niepewność, nerwy. Wojskowi z bronią doskonale widoczni w różnych punktach miasta. Wiedziałem, że są tam po to, żeby mnie chronić, mimo wszystko nie czułem się zbyt bezpiecznie. Samopoczucia nie poprawiała świadomość, że w tym samym czasie, kiedy ja zostaję z dziećmi w Jerozolimie, w Strefie Gazy trwają walki. W tamtym roku zginęło tam niemal półtora tysiąca ludzi. Napięcia były więc silne. Z drugiej strony, choć Strefa Gazy jest ledwie kilkadziesiąt minut jazdy od Jerozolimy, życie w mieście toczy się dalej. Tak jakby ten mur oddzielający terytoria gwarantował ludziom z Jerozolimy jakiś spokój. Chodzili więc do kawiarni, do kina. W Tel Awiwie to było jeszcze bardziej wyczuwalne. Trudno było poznać, że nie tak daleko od tego miasta ludzie walczą o swoje domy i umierają. Tel Awiw to plaże, nocne kluby, koncerty, drinki.

Fragment Fragment

Nie miałeś myśli, że to bardzo zły pomysł, że przyjechałeś tam z dzieciakami?

Pomyślałem o tym podczas naszego pierwszego miesiąca w Jerozolimie. Sytuacja nie była zbyt stabilna, było trudno ustawić wszystko, ale tak się już dzieje, kiedy podróżujesz z rodziną, masz dużo więcej rzeczy do zaplanowania na początku. Zawsze przychodzi taki moment, kiedy myślisz: "po cholerę tu przyjechaliśmy, nie lepiej było zostać w domu?", ale tak już się dzieje, a potem oswajasz się z sytuacją i jakoś to idzie.

Myślisz, że takie wyjazdy jak do Birmy czy do Izraela to lekcje życia dla Twoich dzieci?

Moja córka była zdecydowanie za młoda, żeby rozumieć co się dzieje dookoła, ale syn zadawał już konkretne pytania, po powrocie pamiętał wiele sytuacji. Dobre jest to, że przynajmniej obydwoje wiedzą, że nie cały świat wygląda tak, jak nasz dom rodzinny, że są takie miejsca, gdzie mówi się innym językiem, wyznaje inną religię, gdzie na ulicach można spotkać uzbrojonych po zęby żołnierzy, jest wojna. Wiedzą, że to są realne sytuacje, a nie anonimowe obrazki z telewizora. To musi być intrygujące doświadczenie dla dzieci, ja sam nie miałem takiej okazji, pierwszy raz wyjechałem za granice kraju jak skończyłem dwadzieścia lat.

Pamiętasz swoją pierwszą wielką wyprawę?

Ja? Zdeklarowany domator?! Pamiętam, że jako szesnastolatek dużo jeździłem stopem po kraju, wtedy przekonałem się, że w Kanadzie w większości miejsc, niezależnie od pokonanego dystansu kilometrów, wszystko wygląda podobnie. Natomiast pierwszy raz leciałem samolotem już jako dwudziestojednolatek, leciałem wtedy do Europy. Właśnie ten wyjazd uświadomił mi, że świat, nawet ten "pierwszy" może wyglądać nieco inaczej.

Gdzie z miejsc, które miałeś okazję odwiedzić w swoim życiu było najdziwniej?

Zdecydowanie w Korei Północnej. Są odizolowani, co jest jednocześnie i dziwne, i straszne. Nawet w Birmie, która nie cieszy się najlepszą reputacją, ludzie słuchali rozgłośni radiowych z innych krajów, nawet BBC z wiadomościami. Kiedy opowiadałem mieszkańcom Birmy o tym, jak wyglądało życie Koreańczyków, które udało mi się podejrzeć w trakcie mojego pobytu w Pjongjang, mówili "Wow, więc jest takie miejsce, w którym jest znacznie gorzej niż u nas, to niewiarygodne!". W Korei Północnej ludzie nie mieli najmniejszego pojęcia, jak w zasadzie wygląda życie poza ich krajem, wszyscy żyją odcięci od jakichkolwiek wiadomości zagranicznych.

Trudno uwierzyć, że istnieje tak odizolowany kawałek świata, że nie wjedziesz tam z własnym aparatem fotograficznym, telefonem, kamerą, że nigdy nie otrzymamy stamtąd pełnego obrazu, jedynie to, co zechcą nam pokazać. Ty dałeś nam szansę, byśmy mogli sobie uzupełnić obraz Korei Północnej o obrazki ze zwykłego życia.

Tak, to była ciekawa sytuacja, bo pojechałem tam pracować, nie byłem więc tak pilnowany, jak reporterzy, nie pokazywano mi tych samych miejsc, co im. Kiedy wróciłem do domu z mnóstwem notatek, wciąż słyszałem, że powinienem koniecznie zrobić o tych wszystkich zaobserwowanych dziwactwach komiks. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jak już jesteś na miejscu, to dopasowanie się do tamtejszych realiów zajmuje niewiele czasu.

Gdzie w takim razie było najtrudniej mieszkać?

Zdecydowanie w Jerozolimie, a to właśnie przez dzieci. Trzeba było zapewnić im szereg zajęć i rozrywek, placówki działały krótko, sporo musiałem się nagimnastykować, żeby odprowadzić, odwieźć i odebrać dzieci na czas. Przypuszczam jednak, że gdybym podczas rocznego pobytu w Etiopii też miał dwójkę dzieci na głowie, odebrałbym tamten kraj zupełnie inaczej.

Guy Delisle specjalnie dla Focha!Guy Delisle specjalnie dla Focha!

Porozmawiajmy w takim razie o innej komiksowej premierze, równolegle z "Kronikami Jerozolimskimi" na naszym rynku pojawia się album "Albert i Alina". Ten zbiór Twoich krótkich komiksów też można odebrać inaczej znając twój reportażowo - komiksowy dorobek. Zamiast konkretów często pokazujesz dość absurdalne scenki z życia kobiet i mężczyzn.

O! Wiesz, że to jest mój pierwszy komiks? Pierwszy jaki wydałem! Wcześniej przez dekadę byłem autorem animacji. "Albert i Alina" jest dla mnie tym krokiem, połączeniem między światem ruchomych obrazków, a komiksów, jakie robię teraz. To komiks o pożądaniu, te historyjki to przypowieści o najskrytszych i najdziwniejszych ludzkich pragnieniach. Ilustracje przygotowałem jak kreskówkę, a potem wszystko pociąłem na małe kawałeczki. W podobny sposób pracowałem nad komiksami dla dzieci.

W Polsce został wydany tylko "Louis na plaży", to narodziny Twojego syna zainspirowały Cię do stworzenia tej historii?

Pierwszym impulsem była namowa mojego reżysera. Zauważył, że skoro już zrobiłem taką rzecz jak "Albert i Alina” - opowiadanie obrazem bez słów, to może warto teraz zmierzyć się z komiksem dla dzieci w podobnej konwencji? Ja sam nie byłem przekonany, odłożyłem temat na jakiś czas, a kiedy urodził się nasz syn, Louis, wcieliłem dopiero ten plan w życie. Louis jest obecny w tym komiksie jako postać, która zarówno swym wyglądem, jak i zachowaniem mocno ukształtowała małego bohatera. I tak to zaczęło się rozkręcać. Myślę, że moje następne komiksy będą nieco inne. Rysuję teraz na przykład opowieści graficzne o byciu wyrodnym ojcem.

Wiem! Uwielbiam je. Jak doszło do tego, że zacząłeś się dzielić tymi mrocznymi sekretami rodzicielstwa?

Przygotowywanie komiksowych historyjek o mnie i moich dzieciach przypominało bardzo pracę nad "Kronikami Jerozolimskimi", tylko że bez konieczności kreślenia tego tła historyczno - społecznego. Nie musiałem rysować budynków, przechodniów, konfliktów, tylko siebie i dzieci. Zaczęło się niewinnie od jednej ze scenek z "Kronik ”, tej, w której mam już dość upałów i zaganiam dzieci do domu używając podstępu, drobnego kłamstwa. Doszedłem do wniosku, że to całkiem niezły pomysł na dłuższą serię, daleką od tej dziennikarskiej roboty.

Nie czujesz się reporterem?

Nie, ponieważ nie robię takiej pracy, jak dziennikarze w terenie. Przyjeżdżam gdzieś, odstawiam walizkę i czekam. Dziennikarz wyszedłby i drążył, a ja spokojnie siedzę i nie irytuję się tym czekaniem. Na wyjazdach podążam za żoną, nie nalegam na zmiany planów, przede wszystkim zaś nie chodzę za historią - to ona musi mnie znaleźć.

Wyd. Kultura GniewuWyd. Kultura Gniewu

Więcej o: