Dzieciom nie potrzeba rzeczy ładnych? Dlaczego wkurza mnie akcja Pierwsza Książka Mojego Dziecka?

"Dziecko, które ma dwa miesiące, to nie jest kandydat do wyrabiania poczucia estetyki" - stanowczo ocenia pani Irena Koźmińska, szefowa fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom.

Mówi to wszystko, broniąc przed atakami artystów dość wątpliwej estetycznie "Pierwszej Książki Mojego Dziecka". Może jednak pani Irena ma rację, może nie warto zbyt wcześnie pokazywać, co jest piękne, a co nie jest?

Pierwsza Książka Mojego Dziecka

Komentarz dziewięciolatka brzmiał: "Widziałem gorsze, ale... Mam nadzieję, że nie musimy tego czytać?"

Jest taka akcja, promuje ją spot, w którym mężczyzna w fartuchu, domniemany ojciec dziecka, czyta książeczkę świeżo narodzonemu potomkowi już na sali porodowej. Akcja jest szczytna, oto do szpitali położniczych trafiło 72,5 tysiąca darmowych pakietów zawierających książeczkę z wierszami i piosenkami oraz DVD z kołysankami i z filmem instruktażowym dla opiekunów. Akcja ma uświadomić młodym rodzicom, że czytanie dzieciom jest ważne, a odpowiedni dobór lektur sprawi, że będą chciały ćwiczyć aparat mowy. Kto nie dostał takiej książki w szpitalu, może ją pobrać sobie bezpłatnie ze stron fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom. Podoba się państwu taki pomysł? Idea jest szczytna, książeczka ma bowiem szansę trafić w ręce rodziców nie do końca świadomych tego, jak zadbać o pewne rzeczy, takich, którzy jeszcze nie mają w domu żadnej książeczki dla najmłodszych albo - o zgrozo - książek nie mają wcale. Wiadomo, książka - zwłaszcza ta dla niemowlaka - nie jest artykułem pierwszej potrzeby, bo nie ratuje dziecku życia, nie napełnia mu brzucha, nie unicestwia brudu i przemocy. Jest jednak szansa, że będzie czytana dzieciom już od pierwszych tygodni życia. Są jednak ludzie, którzy przeciwko tej książce protestują.

Takie śliczniutkie, takie kolorowe, garbate dzieciaczki, pokraczne zwierzaczkiTakie śliczniutkie, takie kolorowe, garbate dzieciaczki, pokraczne zwierzaczki

Mimo całej sympatii do pomysłu by Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zadbało o rozwój intelektu i aparatu mowy najmłodszych, tworząc taką darmową pierwszą książkę - ja się tym protestującym nie dziwię. Jeśli macie oczy, jeśli macie w domu dzieci i jeśli mieliście kiedykolwiek możliwość trzymania w rękach, nawet nie posiadania na własność, ale choćby chwilowego obcowania z dobrze zaprojektowanymi książkami dla najmłodszych - też zrozumiecie dlaczego. "Pierwsza Książka Mojego Dziecka" to szczytna idea w koszmarnym opakowaniu. Na tyle złym, że raczej odłożyłabym ją tutaj o - do koszyczka z koszmarami. Kiedy czytam w materiałach prasowych, że ta książka wraz z płytą "stanowi swego rodzaju pierwszą wyprawkę kulturalno-wychowawczą dla młodych rodziców oraz ich nowonarodzonego dziecka”, a następnie słyszę, jak prezes fundacji (zasłużonej dla czytelnictwa najmłodszych, bardzo ważnej fundacji, której wielu dokonań nie sposób kwestionować) broni projektu przed zarzutami środowiska artystów plastyków, mówiąc, że najmłodsi czytelnicy nie są kandydatami do wyrabiania poczucia estetyki, to ja sobie myślę, że to jakiś żart, a potem się denerwuję.

Ale o co chodzi? Po co tak krzyczeć, szaty drzeć? Przecież to książeczka za darmo! I właśnie o to chodzi. Podobne koszmarki można z łatwością nabyć za grosze na kiermaszach taniej książki, w koszach z przecenami w hipermarketach. Jest szansa, że w takich miejscach upolujecie znacznie ładniej zilustrowane i przemyślane treściowo książeczki. Bolesne są tu inne sprawy. Po pierwsze - skoro mamy szansę dotarcia do tych osób, które nie kupiłyby dziecku książeczki już, teraz, zaraz po narodzinach tegoż, do takich, których na książeczki nie stać, ale i do wszystkich pozostałych - dlaczego dajemy im ochłapy? Czy pozornie darmowa (w praktyce ufundowana przez nas wszystkich, bo przez "państwo”, "ministerstwo”) książka musi oznaczać książkę brzydką i utrwalającą w narodzie zły gust, pielęgnującą nurt zwany kiczem? Nikt nie twierdzi, że opublikowane wewnątrz wiersze, choćby nieśmiertelna, pięknie dźwięczna "Lokomotywa” Tuwima czy utwory Joanny Papuzińskiej są złe, dlaczego jednak klasyków literatury dziecięcej nie ilustrować w sposób piękny I PRZEMYŚLANY?

Ta "Pierwsza Książka Mojego Dziecka" miała szansę pokazać, że dobre i ładne nie musi być drogie. Że można nawet za darmo dostarczyć dzieciom wartościowy produkt. W Polsce nie brak świetnych ilustratorów, takich, którzy od lat z powodzeniem przygotowują edukacyjne, ale i estetycznie wartościowe książki dla najmłodszych czytelników. Są całe serie takich książek przygotowane najczęściej we współpracy z psychologami rozwojowymi. Oferują coś ponad oklepaną "Lokomotywę”, która dziwnym trafem w pierwszym wydaniu sprzed kilkudziesięciu lat miała ilustracje na znacznie wyższym poziomie niż w wersji proponowanej obecnie przez MKiDN oraz fundację Cała Polska Czyta Dzieciom. Dlaczego wciskamy bubel? Dzieci nie są małymi śmietnikami estetyki, tymczasem od dobrych dwóch dekad dorośli masowo wciskają im najgorszy i najtańszy szmelc pod przykrywką "muzyki dla uszka maluszka” (złe piosenki ze złym tekstem i fatalnym akompaniamentem) oraz "książeczek dla milusińskich” (złe teksty, złe ilustracje, słaba treść). Ci sami dorośli przełkną spokojnie taką pigułę jak "Pierwsza Książka Mojego Dziecka", oni już są znieczuleni, już się napatrzyli na Polskę utopioną w bannerach, badziewkach i plastikowych paciorkach.

Mieliśmy okazję zadziałać u podstaw, zaprzepaściliśmy ją. Ilustracje w "Pierwszej Książce Mojego Dziecka" to nie są ilustracje dla niemowlaków. Od dobrej dekady, jeśli nie dłużej, na polskim rynku dostępne są zestawy obrazków dedykowane najmłodszym. Wyraziste, kontrastowe, w barwach, które dzieci zaczynają rozpoznawać jako pierwsze. Czytania i mówienia dzieci uczą się poprzez obraz. To nie zdrożność dostarczać dzieciom dobrze zilustrowane książki. Jest też pytanie retoryczne, które pojawiło się w mej głowie szybciej niż impuls do zaciśnięcia pięści po wysłuchaniu pani Ireny Koźmińskiej i po przeczytaniu słów pana ministra od kultury: kiedy, jak nie od samego początku dbać o rozwój zmysłu estetycznego dzieci?

W podstawówce, gdzie lekcje plastyki i muzyki traktowane są często po macoszemu? W liceum, kiedy dzieci już mają dobrze ugruntowane poczucie estetyki? A może kiedy będą dorosłe i będą sobie kreślić w marzeniach swój idealny dom, taki z wieżą, jak w zamku królewskim, z kolumnadą jak w greckiej świątyni, fontanną, jak w starożytnym Rzymie, garażem niczym ta powozownia w Łańcucie, salonem jak u Pana Tadeusza (i żeby róg wisiał, by można go było na ten czas zdjąć, jak ten Wojski), jadalnią jak w statku kosmicznym i jeszcze tym ślicznym obrazkiem na ścianie: jeleń na rykowisku. Wiosną żeby kwitły kwiaty, różowe i niebieskie, a na niebie dwa ptaki, obok zdjęcie ślubne oprawione w ramkę z łabądków całujących się. Błagam. Wiem, wiem, estetyka nie wydaja się być tym, czego nam najbardziej potrzeba w życiu, można bez tego przetrwać w dżungli, można bez tego znaleźć pracę. Co złego jest w życiu rodem z felietonów Filipa Springera, w budynkach nominowanych do Makabryły Roku, w mieszkaniach jak te ze zdjęć na profilu Polska Szkoła Dizajnu, w ubraniach spod znaku Faszyn from Raszyn?

Jak pięknie, jak romantycznie (źródło: fanpage Polska Szkoła Dizajnu)Jak pięknie, jak romantycznie (źródło: fanpage Polska Szkoła Dizajnu)

Niby nic - karawana pojedzie dalej, słońce nadal będzie wschodzić na wschodzie, a białe pozostanie białe. Cierpią tylko ci, którym udało się jakimś cudem wyrobić jakiś smak, jakiś gust, jakąś potrzebę harmonii, ci, którzy mają poczucie estetyki. Może więc słusznie- lepiej o to nie dbać, żeby potem nie cierpieć.

Więcej o: