Pięć powodów, dla których nie warto płakać po Kurcie Cobainie

Dokładnie dwadzieścia lat temu idol chmurnych nastolatków, pupil dziennikarzy, utalentowany tekściarz, wierny użytkownik narkotyków, gitarzysta owianej legendą Nirvany popełnił samobójstwo. Miliony ludzi pogrążyły się w żałobie, by następnie przez lata karmić się sentymentem. Czas powiedzieć sobie dość! Nie rozdzierajcie już szat.

Po pierwsze: NIEWAŻNE

A właściwie "Nevermind, płyta która właściwie wyznaczyła początek lat 90. w muzyce gitarowej. Największą jej siłą był brak oczekiwań. Nikt nie wymagał od zespołu dokonywania cudów, zwłaszcza po tym, jak wydany w 1989 roku debiutancki, dość surowy w brzmieniu, ponury krążek "Bleach" został, owszem, doceniony przez krytykę, nie wzniecił jednak muzycznej rewolucji.

Nirvana weszła w nową dekadę z pewną wiedzą o tym, jak się pracuje nad płytą, a także świadomością, że pewnych rzeczy - ot, choćby pisania tekstów - nie należy zostawiać na sam koniec (na przykład na jedną noc), wciąż mając niemalże czyste konto w showbusinessie i swobodę artystyczną. Efekt? Piorunujący. Dziś, po dwudziestu pięciu latach, pewne wspomnienia mogły się zatrzeć, jednak moment pierwszego spotkania z taką piosenką jak "Smells Like Teen Spirit" albo "Come As You Are” dla wielu osób z mojego i nieco starszych roczników często przypomina zapis wstrząsu na sejsmogramie pamięci. To było po prostu bardzo intensywne wrażenie. Połączenie mrocznej energii, trochę niepokoju, zagubienie i stanowczość, smutek i wkurw, a przy tym nieco młodzieńczej nonszalancji zadziałało jak koktajl Mołotowa. Z drugiej strony, Nirvana dała też wielu chmurnym i zbuntowanym dzieciakom na całym świecie poczucie jedności. Nagle okazało się, że oto jest ktoś, kto umie wyśpiewać całą płytę o tym, co się kotłuje w tych głowach i w sercach. W jednym z całkiem świeżych wywiadów basista Nirvany, Kris Novoselic, wspominał, że był zaczepiany niezliczoną ilość razy przez ludzi, którzy czuli nieodpartą potrzebę opowiedzenia o tym, co działo się w ich życiu, gdy po raz pierwszy usłyszeli jakąś piosenkę z "Nevermind" - od pierwszego seksu, przez pierwsze rozstania, przeprowadzki, rozwody rodziców, po wychodzenie z pierwszego w życiu nałogu. Właściwie to samo można powiedzieć o wielu płytach, jednak w przypadku Nirvany chodziło o coś więcej. Trójka młodych muzyków stworzyła od niechcenia idealną ścieżkę dźwiękową dla ludzi określanych mianem Generacji X.

Po drugie: ...NIEWAŻNE!

Nie płaczcie, bo Kurt Cobain też pewnie by nie płakał. Być może napisałby piosenkę o stracie kogoś bliskiego, może nawet cały album. Pamiętajcie jednak, że kiedy "Nevermind" odniosło oszałamiający sukces, single zawojowały radiowe playlisty, a wirus Nirvany zarażał coraz większą ilość słuchaczy, kiedy posypały się bardzo intratne propozycje - ot choćby ruszenia w trasę z U2, czy Guns'n'Roses, grania jako główna gwiazda na jednym z największych muzycznych festiwali w USA - trójka muzyków zwyczajnie pieprznęła wszystkim, powiedziała: znikamy.

Artyści ukryli się przed światem, który tak bardzo pożądał kontaktu z nimi i tak powstało "In Utero". Oczywiście w tej przepięknej legendzie powtarzanej dziś przez Grohla i Novoselica jest pewna nieścisłość. Na przykład taka, że zespół jednak występował w okresie między wydaniem drugiej i trzeciej płyty. Rok 1992 upłynął trójce artystów na nieustającym graniu. Trasa koncertowa rozpoczęta w USA, kontynuowana była w Australii, Japonii i Europie. Serię kilku występów w Brazylii poprzedziła krótka wizyta koncertowa w rodzinnym Seattle. Kilkanaście miesięcy w drodze może wykończyć każdego, zwłaszcza, kiedy musi się regularnie obnażać emocjonalnie i oddawać mnóstwo energii, w końcu - jako tako trzymać nerwy na wodzy, wybuchać, ale nie spalać się do szczętu przy każdym z występów. To cholernie trudne. Niemniej jednak, z tego wszystkiego - mieszanki doświadczenia i doświadczania, z obrażenia się na zbyt piękne i radiowe "Nevermind" i z potrzeby podążania ku cięższym i jeszcze brudniejszym brzmieniom (ale i używkom) - powstało, nie kochane już tak bardzo przez małolaty, za to wymagające większej uwagi "In Utero". Wracając do niepłakania...

Po trzecie: SĄ JESZCZE INNI

Tak, przyszli inni, ale i Nirvana nie została osiągnięta na jakiejś dźwiękowej pustyni. Choć dla dzieciaków z mojego pokolenia na hasło "grunge” były tylko dwa rodzaje odzewu: "Nirvana" i "Pearl Jam", starsi koledzy i koleżanki patrzyli z politowaniem mówiąc: "Pamiętajcie o Soundgarden". Byli też ci z innych podwórek, szalikowcy Sonic Youth i Pixies, którzy przyjmowali cobainomanię z nieco większym stoicyzmem. A potem? Ciekawie dziś czyta się analizy, z których wynika, że postawa Cobaina i jego teksty inspirowały amerykańskich czarnoskórych raperów. Ciekawie tropi się sample, czyli fragmenty nagrań wycinane z piosenek Nirvany i wplatane w utwory, choćby takiego The Prodigy. Nie mniej ciekawe jest też to, na co zwracali uwagę krytycy muzyczni po usłyszeniu szkiców kolejnych utworów powstających już po nagraniu "In Utero", a mianowicie na zbieżność z brzmieniem proponowanym wówczas przez R.E.M.

a

Po czwarte: NIE PŁACZCIE, BO PRZYJDZIE COURTNEY I WAS ZABIJE

To, że kobieta taka jak Courtney Love nie jest idealną partnerką  dla depresyjnego, lgnącego do narkotyków Kurta nie jest niczym nowym. Świat obiegły niedawno ujawnione zdjęcia z ich wspólnego apartamentu, gdzie obok opalonych łyżek, strzykawki i pustych opakowań po pigułkach walał się stanik - to kadr niemal symboliczny. Fani doskonale pamiętają incydent w Rzymie, kiedy to w ciele nieprzytomnego Cobaina znaleziono alkohol, którego nie było i Rohypnol, którego ponoć nie zażywał. Courtney była wtedy obok. W momencie samobójczej (prawdopodobnie) śmierci artysty załatwiała akurat biznesy w Los Angeles - nie omieszkała się wcześniej zająć jego kartą kredytową. Być może to wszystko teorie spiskowe i Eldon Hoke z grupy The Mentors wcale nie otrzymał od Love propozycji przygarnięcia 50 tysięcy dolarów za zajęcie się Kurtem trzy miesiące przed jego zgonem. Odcisków palców na broni, z której się zabił, zabrakło ot tak sobie i rzeczywiście mógł z niej wystrzelić, choć z taką ilością chemii w żyłach powinien być w śpiączce. Pamiętajcie jednak, że tam gdzie Kurt, tam Courtney, a gdzie Courtney, tam śmierć. Unicestwianie ma we krwi, choćbyś był w zaświatach i żył jedynie w rozumieniu horacjańskim. Właśnie mówiła o broadwayowskim musicalu poświęconym Kurtowi. To oczywiście dla niego i dla córeczki tatusia. Swoją drogą dobrze, że dziewczyna widzi i słyszy po tym, jak matka w okresie ciąży folgowała sobie z heroiną, o innych używkach nie wspominając.

Wzorowa rodzinaWzorowa rodzina

Po piąte: MÓGŁ SKOŃCZYĆ GORZEJ

Jak to? Gorzej niż z organizmem wyniszczonym narkotykami, pogruchotaną psychiką, finalnie zaś z czaszką rozchrzanioną przez samobójczy strzał w głowę? Ano owszem, choćby nagrywając potworną płytę z Timbalandem, jak Chris Cornell z Soundgarden. Albo dorabiając do emerytury i przepacając flanelową koszulę gdzieś w namiocie podczas odgrywania starych numerów dla znudzonych plażowiczów z Europy Wschodniej, jak Johnny Rotten z Sex Pistols. Tak tak, o Nirvanie mogliby pisać dziś to, co napisano po powrocie ukochanych przez Cobaina Pixies. To by mogło Kurta zabić, po tym jak sam zabiłby swoją muzykę. Pośród niekończącego się gdybania warto przysłuchać się temu, co mówi Andrew Cook z Rocket to the Moon: "Nirvana mogłaby z premedytacją zrobić wystarczająco wiele złych nagrań, żeby zniechęcić większość swoich fanów na dobre. I najpewniej nie mielibyśmy Foo Fighters, a to byłoby straszne".

Jest jeszcze milion innych powodów - śmiało nie krępujcie się w ich wyliczaniu. Wciąż też zamiast łez z oczu, możecie przelewać dźwięki z głośników. Jeśli zaś nie możecie się zdecydować, którą piosenkę puścić, magazyn "Rolling Stone" ma dla was świetną propozycję: posłuchajcie wszystkich 102 utworów Nirvany w kolejności od najsłabszego do najlepszego. No... to jazda.

Więcej o: