Zagubienie niecodzienne, słowa nieparlamentarne i makijaż niełatwy

Lubimy udawać, że jest inaczej, ale nic tak nie cieszy, jak czyjeś potknięcie. Mam dla Was zatem prezent. Opowiem Wam o udziale w pewnym warsztacie makijażowym. I o tym, czym on zaowocował. A pokłosiem był ciąg nietaktów, przekleństwa, ale też wiedza. Nie tylko związana z najnowszym wiosennym makijażem.

Mój stosunek do makijażu jest ambiwalentny. Wiem, jak wiele może dodawać, skrywać, udawać, tworzyć. Bywa darem. Choć oczywiście w niektórych przypadkach estetycznym przekleństwem. Może dlatego mam ogromną słabość do kobiet bez makijażu i czuję pewną podejrzliwość wobec tych, które go nadużywają. Nigdy jednak nie odmawiam, gdy mam okazję nauczyć się czegoś od ludzi, którzy zajmują się makijażem zawodowo. Zaproszenie na warsztaty z makijażu rozświetlającego, przyjęłam więc z radością. I to niekłamaną. Tuż przed szkoleniem chciałam kupić soczewki. Tak miałam zrobić, klnę się na Boga. Sklep był zamknięty. Oznaczało to, że będę musiała iść w okularach, co przy mojej wadzie wzroku jest dość niekomfortowe. I wyrwało mi się z ust pierwsze przekleństwo.

Tamtego dnia wyjątkowo wręcz intensywnieTamtego dnia wyjątkowo wręcz intensywnie (Sztuczne fiołki / Mary Cassatt)

W warsztatach wzięło udział kilkanaście redaktorek piszących o kosmetykach. Szkolenie obywało się w miejscu publicznych i to bardzo. W centrum handlowym. Wokół przechadzali się znudzeni klienci, a my musiałyśmy się ku ich uciesze obnażać. Krok pierwszy to wszak demakijaż. Zdjęłam okulary. Świat złagodniał i stracił kontury. Odległość krzesła od podświetlanego lusterka była właściwa dla osoby z dobrym wzrokiem. Tymczasem dla mnie była stanowczo zbyt duża, abym mogła widzieć swoją twarz dokładnie. Owszem, próbowałam przyciągnąć lusterko bliżej, subtelnie szarpiąc stołem. Kabel był zbyt krótki. Krzesło też nie chciało współpracować. Armagedon.

Znów pada przekleństwo. Dwa. Bardzo ciche, ale siarczyste. Moja babcia mawiała co prawda, że ci, którzy widzą i słyszą mniej, umrą spokojniejsi. Możliwe, ale teraz babciu jestem zdecydowanie niespokojna.

Słucham uważnie, bo wzrok mnie przecież nie rozprasza. Demakijaż wykonujemy delikatnie. Nie trzemy. Czekamy, aż preparat sam rozpuści makijaż i dopiero potem zdejmujemy waciki z oczu. Brudne wrzucamy do pojemniczków stojących obok pań.

Mój ląduje w kawie sąsiadki. Ulatuje przekleństwo. Nie z moich ust. Doprawdy, jak te kobiety klną! Po demakijażu czas na serum. Drogie, więc nie podam firmy, bo znów mi się od Was oberwie. Dodam tylko, że pachniało obłędnie. Makijażysta zdradza, że podziała lepiej, jeśli przed aplikacją rozetrze się je w dłoniach, a dopiero lekko przez nie podgrzane nałoży na twarz. Składniki odżywcze pod wpływem ciepła przenikać mają łatwiej, szybciej, głębiej. Podobnie rzecz się ma z kremem pod oczy. Przed nałożeniem też najpierw lekko rozcieram między dwoma palcami, potem wklepuję pod okiem.

Nie wklepujemy kremu pod oczy w górną powiekę - słyszę z oddali od makijażysty. Znów przeklinam. Dlaczego nie powiedział mi tego wcześniej?! Już wiem, że to przez to, że rano nakładam krem także na górną powiekę, po kilku godzinach muszę poprawiać makijaż, bo cień zbiera mi się w załamaniu powieki.

Krok kolejny po nałożeniu kremów? Makijaż oka. Żaden tam podkład. Tutaj też stosują technikę odwróconą, czyli najpierw oko, a dopiero potem cała reszta. Dzięki temu nie ma kłopotu z usuwaniem cienia, który osypał się z powieki czy śladu po tuszu. Jestem entuzjastką tej metody. Pod warunkiem, że mam możliwość malować się znacznie bliżej lusterka. Na warsztatach takiej możliwości, niestety, nie miałam. Kreskę maluję na oku - jakżeby inaczej - na oko. I tak rozmażę ją rozświetlającym cieniem w przepięknym różowym kolorze. Nakładamy cień tylko na ruchomą część powieki - słyszę. Klnę. Raz, drugi. Niby skąd mam wiedzieć, gdzie nałożyłam cień? Przecież lusterko unieruchomiliście! Podkreślenie brwi cieniem? Wolne żarty. Omijam ten etap. Z trudem maluję rzęsy. Klnę.

Teraz czas na krem BB. Nakładamy go identycznie jak serum. Najpierw lekko rozgrzewając w dłoniach, by następnie delikatnie wmasowywać, żeby nie powiedzieć, że wgniatać w skórę. Łatwy etap, wystarczy omijać okolice pod oczami. Kolor cery bardzo ładnie się wyrównuje. Tylko jedna z uczestniczek protestuje i żąda podkładu kryjącego, bo ma kłopoty z naczynkami i krem BB nie ma odpowiedniej mocy. Finałem okazuje się pokrywanie twarzy pudrem rozświetlającym. Odrobinę kładziemy na czoło, grzbiet nosa, ale bez czubka, lekko pod nosem i pod ustami. Pędzel z rozświetlaczem wędruje także w dolinę łez i na wierzchołki kości policzkowych. Wykonuję polecenia, mniej więcej naturalnie i założywszy okulary rozglądam się wokół. Większość wygląda dobrze, niektóre dziewczyny nawet bardzo. Oprócz mnie. Mam dość. Teoretycznie wiem, jak wykonać makijaż rozświetlający. Krok po kroku. Praktyka w moim wydaniu pozostawia jednak wiele do życzenia. Znów wyrywa się w moich ust przekleństwo.

Co mi się udało tamtego dnia? Do stereotypu, że redaktorki piszące o urodzie nie grzeszą intelektem, dołożyć również i taki, że bywają ordynarne. Nie znam odpowiedzi na pytania, dlaczego nie skorzystałam z lusterka, które miałam w torebce i dlaczego nie poprosiłam nikogo o przyniesienie mi zwykłego, przenośnego lusterka. Wybaczcie. Chętnie za to odpowiem na wszelkie dodatkowe pytania o wiosenny makijaż rozświetlający.

Więcej o: