O świadomym macierzyństwie, czyli dlaczego bezdzietne dziewczyny mogą czuć się dyskryminowane

"Świadome macierzyństwo" to jeden z modnych obecnie pojęciowych wytrychów. Dziennikarka Anna Konieczyńska napisała nam o swojej świadomej decyzji, by - przynajmniej na razie - nie zostawać zindoktrynowaną "świadomą" matką.

Jeden z warszawskich szklanych biurowców. Środek dnia. Kobieta sukcesu dzwoni do swojej córeczki. - Cześć, kochanie. Odrobiłaś już lekcje? Co masz zadane z matematyki? Twierdzenie Euklidesa? Tatuś za chwilę wróci do domu, to ci pomoże - mówi tak szybko, że dziwię się, że córce udaje się wtrącić choć słowo. Z podwójnym poczuciem winy, że nie jest ani do końca w domu, ani do końca w pracy, matka pracująca rzuca słuchawką. Mija godzina. Koleżanka z biurka obok też ma córkę w podstawówce. Wiem, bo rozmawia o tym z koleżanką numer jeden codziennie. Przez godzinę. Przy lunchu. Nawet gdy kotlet i ziemniaki dawno już wystygły. - Co się stało? Jasiek znowu cię zaczepia? Muszę wziąć sprawy w swoje ręce! Chcesz iść do wychowawczyni? Nie kłopocz się, mamusia załatwi. Wyjdę wcześniej z pracy - uspokajająco szepcze do słuchawki.

Ja w tym czasie próbuję skupić się na tym, żeby zdążyć przed deadlinem. Czyli do 17, gdy koleżanka numer dwa dawno będzie w szkole u swojej córki, bo przecież godzenie kariery z macierzyństwem to osiągnięcie na miarę zdobycia ośmiotysięczników. I to zimą! „Niech się męczą, jeśli nie muszą zmieniać maleństwu pieluch albo zawozić całkiem już duże maleństwo na francuski”, myślą matki. A ja nie mam nawet do kogo zadzwonić. Narzeczony w delegacji, przyjaciółki, też bezdzietne, biegają ze spotkania na spotkania. Bo przecież mogą. W domu czeka tylko „zasrana kuweta”, jak to uprzejmie ujął Szczepan Twardoch, albo chłopak. Nawet nie narzeczony. I na pewno nie mąż. Bo przecież bezdzietne niezamężne są maksymalnie skupione na sobie.

Moi „nieświadomi” rodzice nie zagłaskiwali mnie na śmierć, ani nie zapisywali mnie na setki zajęć pozalekcyjnych.

Nie wiem, jak wy, ale jak ja byłam mała, moi rodzice mieli inne sprawy na głowie niż moje zadanie z geometrii i to, że kolega z piątej klasy ciągnie mnie za włosy. Zajmowali się swoimi magisterkami, studenckimi imprezami, pierwszymi rozmowami o pracę. W końcu mieli 23 lata. Bo tak, przyznaję się bez bicia, nie jestem owocem świadomego macierzyństwa, tylko, jak to się kiedyś mówiło, „miłości”. Moja mama na miesiąc przed porodem, z brzuchem wielkości piłki lekarskiej, w 30-stopniowym upale, zdawała egzamin z farmakologii. Gdy się urodziłam, w zwyczajnym PRL-owskim szpitalu, na lądzie, a nie w wodzie, i zostałam zapakowana w tetrową pieluchę, tata poszedł do wojska, a mama kupiła poradnik „Jak wychować zdolne dziecko?”. Do dzisiaj nie wiadomo, czy w miarę jej to wychowanie wyszło dzięki tej, zapomnianej już lekturze, czy raczej pomimo. Książka w każdym razie była wstydliwie skrywana na tylnej półce domowej biblioteczki. I nie została przekazana potomności, czyli mnie.

Nie czułam się też nigdy specjalnie „wychowywana”. Tata kreślił mi w zeszycie na czerwono wypracowania, bo uważał, że w wieku ośmiu lat powinnam zajmować się tematami nieco bardziej ambitnymi niż Koziołek Matołek. Mama czytała mi „Kubusia Puchatka”, gdy byłam zaziębiona, a potem, gdy już składałam litery sama, opowiedziała mi z grubsza o tym, czego mogę się spodziewać po chłopcach z klasy. Szybko zaczęli mnie traktować jak dorosłą. „Zbiłaś szybę w szkole, idź porozmawiaj z dyrektorką o karze. Pokłóciłaś się z koleżanką, idź przeproś. Dostałaś gorszą ocenę, to następnym razem naucz się lepiej”. I rozmawiałam, przepraszałam, uczyłam się lepiej. Moi „nieświadomi” rodzice nie zagłaskiwali mnie na śmierć, nie znali imienia chłopca, z którym po raz pierwszy się pocałowałam, ani nie zapisywali mnie na setki zajęć pozalekcyjnych. Wyszłam na ludzi. Tylko coś musi być ze mną nie tak, bo mojej „świadomej” roli matki świadomie spełnić nie chcę, choć media na przemian grzmią o niżu demograficznym i o tym, jak to fajnie żyć w nowoczesnej, „świadomej” rodzinie.

Moja mama wierzy, że uda mi się wychować moje nie istniejące jeszcze dziecko w zgodzie ze sobą, a nie ekologiczno-newageowo-popową ideologią.

Dopiero niedawno zaczęłam rozmawiać z moją mamą o macierzyństwie. A dokładniej - od momentu, gdy kwestia mojego braku stała się bardziej ewidentna. - Za dużo pracujesz. Może jednak powinnaś się zdecydować... Przecież tak lubisz dzieci - mówi co jakiś czas mama. - Tak, mamo. Cudze - powtarzam jak mantrę, pokazując zdjęcia co bardziej udanych pociech moich koleżanek. - Ale mogłabyś je ładnie ubierać... - sięga mama po argument ostateczny. - Na razie średnio mam za co fajnie ubierać siebie - odpowiadam z wyćwiczonym egoizmem. Ta rozmowa w lekko zmienionej postaci powtarza się przy każdym rodzinnym obiedzie. Bo choć moja mama wie o fali „świadomego macierzyństwa”, wierzy, że uda mi się wychować moje nie istniejące jeszcze dziecko w zgodzie ze sobą, a nie ekologiczno-newageowo-popową ideologią.

Ja nie jestem tego taka pewna. W końcu nie mieszkam na pustyni. Na łagodną, acz uporczywą indoktrynację, jestem narażona wszędzie. Wystarczy iść do ginekologa. W zaciszu gabinetu toczy się wojna o rząd dusz. Nie można sobie nawet spokojnie poczytać Cosmo, czy innego Joya, żeby nie złapać „świadomego” bakcyla. - Ciąża to taki piękny okres w życiu kobiety, ale często zwykli ludzie nie rozumieją tego, przez co przechodzi ciało przyszłej mamusi - słyszę od ciężarówki po prawej. - Umowa o pracę to najważniejsza rzecz. I pamiętaj, żeby poprosić panią doktor o zwolnienie, bo przecież nie będziesz pracować w ciąży jak jakaś, nie wiem, nienormalna wojująca feministka, prawda? - dochodzi mnie głos z lewej. - Jak tam poszukiwania niani, kochaniutka? - zwraca się promienna młoda mama do innej promiennej, która właśnie poprawia półrocznemu synkowi najnowsze najki na stópkach. - Próbowałam nawiązać z nią więź, ale wiesz... to tylko niania - odpowiada z lekkim niesmakiem promienna numer dwa. Wkładam słuchawki i zatapiam się w lekturze. Ale tu lepiej nie jest. „Moje dzieci najbardziej lubią hummus i świeże warzywa. W moim domu nie je się słodyczy”, czytam o Gwyneth Paltrow, która z pewnością zasługuje na miano najbardziej wkurzającej gwiazdy świata. Nie według mojego prywatnego rankingu, tylko całkiem poważnej ankiety magazynu Star. Na kolejnej stronie Reni Jusis, która pierze w orzechach i mniej znana serialowa gwiazdka, która nosi dziecko w chuście. Żeby nawiązać z nim intymny kontakt. Chyba muszę się napić. W końcu, w przeciwieństwie do oczekujących i spełnionych mam, ta przyjemność jeszcze nie została mi odebrana.

Moje „świadome macierzyństwo” polega na tym, że nie chcę stać się ofiarą własnych hormonów i psychologów, dietetyków, pedagogów i innych proroków.

- Gdybym była chirurgiem, w ogóle nie myślałabym o bachorach, ale jak tak siedzę w domu i freelance'uję, to nic ważniejszego niż dziecko w życiu nie osiągnę - mówi mi na piwie przyjaciółka. Oburzam się święcie, ale trochę pro forma. Bo też miewam wyrzuty sumienia. Że jakoś tak głupio, że tej komórki rodzinnej nie tworzę. Głupio, że przeze mnie społeczeństwo się starzeje i za trzydzieści lat będę musiała oddawać trzy czwarte zarobków na emerytów. Głupio, że nie pogadam sobie z koleżankami z pracy o korepetytorach, którzy gwarantują dostanie się do najlepszego warszawskiego gimnazjum. I głupio, że nie zapłacę dwóch tysięcy złotych na wózek. Taki, w jakim jeżdżą dzieci Ani Muchy. Ale, jakby to powiedzieć, moje „świadome macierzyństwo” polega, przynajmniej na razie, na tym, że nie chcę stać się ofiarą własnych hormonów i psychologów, dietetyków, pedagogów i innych proroków, którzy co sezon wymyślają, co jest dla dziecka najlepsze. Mleko krowie albo sojowe. Duże łóżeczka albo małe łóżeczka. Różowe ubranka albo niebieskie. Uff. Może po prostu jestem leniwa. Z własnymi decyzjami mam problem, więc wybór tapety dziecinnego pokoju mógłby okazać się ostatnim, którego dokonam.

I przypominam sobie film „Baby Boom” z końca lat 80. Diane Keaton grała w nim nowojorską japiszonkę (ten obcy gatunek budził wtedy w Polsce jeszcze większą grozę niż teraz), która musi zaopiekować się córeczką zmarłej krewnej. Najpierw zabiera ją na kurs matematyki dla niemowląt, malowanie dłońmi i kurs muzyki Mozarta. Tak radzili psychologie rozwojowi. Dopiero potem zaczyna rozumieć, że tajemnym składnikiem wychowania, który znali też moi, totalnie ejtisowi rodzice, jest miłość.

Wiem, wiem, może nie powinnam się wypowiadać. Nie dostąpiłam „świadomości”. Jeszcze nie dojrzałam. Na pewno za chwilę mi się wszystko zmieni i mój zegar biologiczny od razu zacznie bić na alarm, zamiast miarowo tykać. Może. Ale zdania nie zmienię. Posiadanie dzieci nie powinno być traktowane jako najwyższy przywilej i najwyższe usprawiedliwienie. Lepsze miejsca w autobusie dla kobiet w ciąży - jasne. Dobrze płatne urlopy macierzyńskie i szacunek społeczny za walkę z niżem demograficznym - jak najbardziej. Ale krótsze godziny pracy, dłuższe przerwy na lunch, niekończące się telefony - już niekoniecznie. Nadmuchana do granic niestrawności dyskusja o genderze uczy nas przede wszystkim jednego - tolerancji. Nie tej wyświechtanej, ale pozornej obojętności wobec inności, tylko akceptacji, ciepłego przyzwolenia na każdy wybór życiowy. Także decyzję o tym, że część z nas nie chce mieć dzieci. Na teraz. A może na dobre. Chwilowo apeluję więc o więcej tolerancji dla nie-matek. Dacie radę?

Anna Konieczyńska

***

Anna Konieczyńska - dziewczyna z (wypełnionej po brzegi) szafy, niedoszła pani adwokat, uciekająca panna młoda. Wzrusza się na filmach dla nastolatków, bo lubi ładnych ludzi. Nie znosi haremek, zdjęć jedzenia i przeintelektualizowania. Chciałaby napisać „Harry'ego Pottera”. Szkoda, że ktoś ją ubiegł.

Więcej o: