Dzieciństwo w PRL: komiksy Baranowskiego, bajki ze slajdów, Bolek i Lolek na srebrnym ekranie

Wywoływanie duchów idzie nam całkiem nieźle, dlatego postanowiłam zaprosić Was na kolejny seans. Tym razem wyciągam z zakamarków pamięci, z półek domowej biblioteczki i z innych zaklętych rewirów przeszłości polskie produkty kulturalne z dawnych lat. Komiksy, płyty, kasety, filmy i programy telewizyjne które stanowiły niezłą pożywkę dla naszej kiełkującej dziecięcej wyobraźni.

1. Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci...

Dwieście szklanych tafli, na nich zaś sylwetki głównych bohaterów, rysowane najczęściej na żywo. Tło? Ręcznie malowane na długim pasie papieru rozciągniętym na dwóch wałkach. Gdy zaczynało się przesuwać - znaczyło to, że bohater się porusza. Tak wyglądał pierwszy animowany program dla dzieci - "Gapiszon". Za jego stworzenie odpowiadał Bohdan Butenko. Dziś uznany ilustrator i twórca książek dla dzieci, tamte pionierskie dla polskiej telewizji lata pięćdziesiąte wspomina nie tyle z rozrzewnieniem, co z zadziwieniem - jednak się kręciło! W jednej z rozmów, jakie udało mi się kilka lat temu przeprowadzić z profesorem, Butenko wspominał, że o ile w Europie ten nowatorski pomysł spotkał się z aplauzem, o tyle ekipa nieraz narzekała. Tafle były ciężkie, a jednocześnie kruche, a jednak! Pionierskie czasy wymagały szalonych wizji. Wanda Chotomska dziś kojarzona przede wszystkim z wierszowanymi historiami dla dzieci, współpracowała z Butenką właśnie przy tworzeniu programów telewizyjnych. Chotomska była też autorką pierwszej polskiej dobranocki, kukiełkowych perypetii "Jacka i Agatki".

Jacek i Agatka - skrajny minimalizm, za to jaki pobudzający dla wyobraźni!Jacek i Agatka - skrajny minimalizm, za to jaki pobudzający dla wyobraźni!

Tę bajkę często wspominała moja mama, w rozmowach o dziecięcych programach wracało też wspomnienie smoczej "Pory na Telesfora", oraz "Piątku z Pankracym", który ją zastąpił. Moi rówieśnicy pytani o pierwsze polskie programy telewizyjne najczęściej wymieniają "Misia Uszatka" i "Colargola". Nic dziwnego, obydwa programy stworzone w Studiu Małych Form Filmowych Se-Ma-For miały sporo uroku, pozwalały też przedszkolakom - takim jak my - wyobrażać sobie, że oto nasze misie mają całkiem barwne przygody. A piosenki? Rany, te to się potrafiły wryć w pamięć niczym robaki dźwiękowe.

Nie wiem czy wiecie, ale Se-Ma-For wciąż działa, a gdyby nie moja córka, zapewne nie wiedziałabym, jak skutecznie. Pewnego dnia wróciwszy do domu Młodsza domagała się śpiewania wyłącznie piosenki o Parauszku, którą poznała tego dnia w żłobku. I tak po nitce do kłębka dotarliśmy do tego, że mamy kukiełkowy serial "Parauszek”, następcę Misia Uszatka. Lubiany przez dzieciaki, doceniany przez krytyków. W tej chwili walczy o laur zwycięstwa w międzynarodowym konkursie dla seriali telewizyjnych dla najmłodszych, organizowanym w ramach festiwalu Cartoons on the Bay.

2. Bolek i Lolek

To w zasadzie materiał na odrębną historię. Przygody tych dwóch urwisów (a później też Toli) zyskały miano Dobranocki Wszech Czasów, co nie powinno dziwić. Postaci inspirowane własnymi dziećmi twórcy - Władysława Nehrebeckiego, dość wiernie oddawały psotność i pomysłowość dziesięcio-, dwunastolatków. Poza tym Bolek z Lolkiem w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to były ikony, za którymi stało niemalże imperium kulturalne. Żarty żartami, ale pomyślcie sami - niemal 200 odcinków serialu animowanego, trzy filmy pełnometrażowe wyświetlane w kinie (TAK! To był mój pierwszy film obejrzany w kinie, konkretnie w kinie Apollo w Gliwicach), książki i komiksy. A bohaterów animowanych bajek, którzy dorobili się swoich pomników i współistnieli też na kartach książek czy komiksów było w Polsce więcej...

Kto ciekaw jest samej postaci Nehrebeckiego, jednego z pionierów animacji dziecięcej w naszym kraju - może poczytać na przykład wspomnienia jego córki.

3. Bajki na ścianie

Dla niektórych dzieciaków dorastających kilka dekad temu kinem domowym były rzutniki, które służyły do wyświetlania slajdów z bajkami. W naszym domu nie było rzutnika, taki sprzęt działał za to w domu wujostwa. Wrażenie z pierwszego seansu musiało być silne - do dziś bowiem pamiętam doskonale, że oglądaliśmy z innymi dzieciakami z gliwickiego bloku "Chatę wuja Toma", pamiętam konkretne kolory, krój czcionki, a nawet coś tak absurdalnego jak smak biszkoptów podanych na podwieczorek tego dnia. Bajki ze slajdów miały często wyjątkowe ilustracje podobne tym zdobiącym książeczki dla dzieci. Autorami krótkich scenariuszy też najczęściej byli ci sami ludzie, którzy przygotowywali publikacje dla młodych czytelników. Z odmętów pamięci wyławiam na przykład bajkę "Gwiazdka z nieba" - sugestywną i działającą na dzieciaki historie o tym, jak bombka-rakieta urywa się z choinki i rusza w przestworza. Autorką scenariusza jest tu ta sama osoba, która stworzyła Gąskę Balbinkę, czyli zmarła już 14 lat temu Maria Terlikowska.

Gwiazda z nieba - kto pamięta te slajdy?Gwiazda z nieba - kto pamięta te slajdy?

4. Trzech urwisów i Kwiatki z Kwiateczkowa

...czyli bajki na winylach. Może nie mieliśmy własnego rzutnika, ale adapter - jak najbardziej. Chociaż dość długo żyliśmy na walizkach, przeprowadzając się z mieszkania do mieszkania, z miasta do miasta, nasza kolekcja winyli, także tych dziecięcych, spokojnie przyrastała. W całym moim świecie w ruchu jedno więc było dla mnie niezmienne - wieczorne spotkania ze słuchowiskami dla dzieci wytłoczonymi na czarnych płytach. Miałam swoje ulubione historie, jak choćby ta o Miki Molu i zaczarowanym kuferku czasu, albo o przygodach trzech urwisów. Były też w domowej "latającej” kolekcji takie bajki, które napawały mnie przerażeniem. Wracając po kilku dekadach do tych nagrań - w zupełnie innym mieszkaniu, już na zupełnie innym sprzęcie, odkryłam, że może z powodu rys i drobnych brudów nie brzmią idealnie, za to wciąż zadziwiają przygotowaniem. Każda płyta pobudzała wyobraźnię. Aktorzy i lektorzy stawali na głowie, by jak najlepiej wcielić się w role, piosenki były pisane zgrabnie, całość zaś genialnie udźwiękowiona. Okazuje się też, że wielu moich rówieśników potrafi z pamięci recytować potężne fragmenty większości bajek. A okładki? Często są to małe dzieła sztuki. Dziś zamiast nowych słuchowisk dostajemy przede wszystkim reedycje tych starych. CD jest wygodniejsze, ale magia nie ta.

Zmaltretowane, ale wciąż działające, ukochane bajki na winylachZmaltretowane, ale wciąż działające, ukochane bajki na winylach

5. Zakazany owoc i Pan Tik-Tak

Chwila, a co z kasetami? Ba! Jedną z bajek, które wspomina wielu moich znajomych był już "taśmowy” "Pimpuś Sadełko", albo mocno przerażająca "Baśń o stalowym jeżu" na podstawie tekstu Jana Brzechwy. Na kasetach wydawane były też piosenki. Na przykład Małe Wu Wu z utworami skomponowanymi przez Wojciecha Waglewskiego i Mateusza Pospieszalskiego, albo Krzysztof Antkowiak! Ręka w górę, kto oseskiem będąc, takim urodzonym na przełomie lat 70. i 80., nie nucił w dzieciństwie pod nosem "Zakazanego owocu"?

Moja pierwszą własną kasetą był jednak album Fasolek. Zgubiłam go gdzieś. Tak to jest dać dziecku taśmę... Na szczęście tych piosenek nie sposób było nie znać na pamięć. Tym bardziej, że utrwalane były dzięki popularnemu programowi "Tik-Tak". Co ciekawe za teksty odpowiadała tutaj córka Wandy Chotomskiej, Ewa (czyli Ciotka Klotka) i Andrzej Grabowski - mistrz scenariuszy programów dziecięcych. W samym "Tik-Taku" występowali też aktorzy znani także z "Kabaretu Olgi Lipińskiej".

6. Kogut o poranku

Skoro znów wróciliśmy do telewizji - kto dużo chorował w dzieciństwie pamięta doskonale  "Domowe Przedszkole" z małym jeżem na powitanie. Weekendy to "Drops" w sobotę, w niedzielę zaś "Teleranek" z charakterystyczną czołówką z kogutem, wreszcie po wszystkim "5-10-15".

Polskich programów edukacyjno-rozrywkowych dla młodych widzów nie brakowało. Kto chciał śledzić rysia w lesie wiedział już, jak odróżnić jego tropy od śladów wilczych łap dzięki Michałowi Sumińskiemu, człowiekowi-legendzie (polecam wam prześledzić historię jego życia i dokonań) i twórcy "Zwierzyńca". Kogo fascynowała wiedza matematyczna, albo zwyczajnie został zaklęty przez futurystyczne dźwięki i mocno wizjonerską czołówkę - ten oglądał "Pi i Sigmę z Matplanety". Programy takie jak "Sonda" i "Kwant",  choć przeznaczone dla nieco starszych widzów, też miały amatorów wśród najmłodszych. Może niekoniecznie ze zrozumieniem, ale za to z niesłabnącą fascynacją można było pooglądać sobie rozmowy o naukowych nowinkach, czy quizy, w których pojedynkowali się na wiedzę nastoletni uczniowie. Nagrodą za wytrwałość (młodego widza) były zaś kreskówki. Kto z Was jeszcze pamięta, że w ramach "Zwierzyńca" emitowane też były zachodnie bajki, te o Psie Huckelberrym, albo tamte o Misiu Yogi, za to w "Kwancie” przerywnik stanowiły bajki z cyklu "Było sobie życie"?

7. Wojna ponadczasowa

Czarno-biały serial o przygodach rodziny Jankowskich to co prawda propozycja dla widzów starszych, mogłoby się wydawać, że nawet jest zbyt "retro" dla współczesnych dzieciaków, a jednak. Sama byłam ostatnio świadkiem, jak mój dziesięcioletni syn jak urzeczony podziwiał perypetie nastoletniego Pawła (siedziałam obok, a po drugiej stronie moja teściowa - prawdziwe wielopokoleniowe doświadczenie kulturalne). Dla mnie oglądanie "Wojny domowej" to czysta frajda. Obraz rodzicielstwa jest tam niekiedy mocno odlukrowany, dialogi są często przewrotne, no i ta muzyka! Czy można było zrobić coś lepszego niż zaprząc do udźwiękawiania serialu młodzieżowego takiego Jerzego "Dudusia” Matuszkiewicza, a do śpiewania piosenek zagonić zespoły bigbeatowe? O tym, jak na wyobraźnię dzieciaków z mojego pokolenia działały inne, nieco nowsze polskie seriale - "Janka" i "Siedem życzeń" już wspominałam.

8. Komiksy!

Wiem co teraz zakrzykniecie chóralnie - Tytus, Romek i A'Tomek. Owszem ich przygody to często lekcje abstrakcyjnego myślenia w pigułce, miały też swoje wady i zalety. Dla wielu młodych ludzi dorastających kilka dekad temu Tytus i spółka często byli pierwszymi bohaterami komiksowymi, po nich przyszedł czas na "Relaks", na Kapitana Żbika, Tajfuna, Funky Kovala, czy wreszcie na nieśmiertelnego Thorgala. Byli też komiksowi "Krzyżacy" dostępni w każdym kiosku, tak, mama kupowała mi te zeszyty, gdy wracałyśmy tramwajem z przedszkola. Był Kajko i Kokosz, z którego mój selektywny, dziecięcy umysł najsilniej zapamiętał fakt, że smok Miluś był jaroszem, wreszcie mieliśmy przygody Kleksa, Jonki i Jonka, oraz perypetie Kubusia Piekielnego które dawały młodym czytelnikom poczucie, że nawet najbardziej niezwykłe przygody czekać mogą tuż za rogiem, a zwykły dzień zakończyć się może w niezwykły sposób. Z perspektywy rodzica dwójki wyjątkowo psotnych dzieci, czytanie scenek z życia Kubusia i Malwinki jest jednak dość wyczerpujące emocjonalnie.

Na tropach DiplodokaNa tropach Diplodoka

Moim pierwszym komiksem, albo - jak ktoś woli - książką mocno ilustrowaną był "Koziołek Matołek". Swoją wersję książki dość mocno zmaltretowałam, a winylową wersję bajki zajechaliśmy na tyle, że więcej w tej chwili na niej szumu i trzasku, niż oryginalnego dźwięku. Cóż zrobić. Pozostaje spakować manatki i zamiast błąkać się po mieszkaniu, ruszyć wprost do Pacanowa. Do muzeum. Najważniejszym twórcą komiksowym, który jak mało kto potrafił współgrać z dziecięcą wyobraźnią, genialnie operował kolorem i wspinał się na wyżyny absurdu jednocześnie snując arcyciekawe opowieści przygodowe był Tadeusz Baranowski. Ależ wodzu, co wódz? Owszem. "Skąd się bierze woda sodowa" to cudowny komiks, ale na pierwszym miejscu pozostają opowieści o Profesorku Antresolku i Entomologii. Trzymam też kciuki za to, aby filmowa "Podróż smokiem Diplodokiem" (która właśnie powstaje) była tak dobra, jak moje wspomnienia związane z tą lekturą. Kolejne pokolenia zwyczajnie na to zasługują!

Więcej o: