Internet wie o mnie więcej, niż rodzona matka

Obejrzałam niedawno odpicowaną, nową wersję pięknego filmu "Wielki Gatsby" (ta jest przesadnie lukrowana, a rów mariański na czole Leonarda DiCaprio wciąż się niebezpiecznie zwiększa), dzień później przeczytałam w najnowszej książce Murakamiego fragment, który mnie zastanowił, właśnie w kontekście filmu. O co chodzi? A o fejsa i inne takie.

Bo mnie tak trochę na nostalgię wzięło. Pamiętacie czasy sprzed internetu? Niektórzy pewnie tak, inni jak przez mgłę, a jest już i taka dorosła grupa, co w ogóle nie dopuszcza, że mogła istnieć taka straszna rzeczywistość. Te czasy, że jak człowiek chciał się dowiedzieć, o czym jest jakaś książka, to musiał iść do biblioteki lub księgarni i ją wziąć do ręki celem lektury i zbadania sprawy. Albo jak chciał obejrzeć teledysk do ulubionego kawałka, to nie jadł i nie spał, tylko gapił się w MTV, które wtedy jeszcze puszczało muzykę, nie randki z tatą, psem, programy o jeżdżeniu na skórce od banana, czy wkładaniu sobie banana w oko za 50 dolców.

A jak chciał się człowiek dowiedzieć czegoś o koledze, do którego czuł miętę, musiał robić dyskretny wywiad środowiskowy (ryzykowne, bo ktoś mu mógł przekazać, że się wypytujesz i potem niezręcznie się mogło zrobić). Pamiętam jak w siódmej klasie podstawówki, ryzykując wiele, buchnęłam na chwilę dziennik ósmej klasy, by, z wypiekami na twarzy, wynotować sobie adres i numer stacjonarny (!), pod który dzwoniąc mogłam usłyszeć głos ukochanego (albo innego członka jego wielodzietnej rodziny). By się czegoś o nim dowiedzieć, siedziałyśmy z przyjaciółką pod jego blokiem na ławeczce, obserwując, czy może nie wyjdzie z psem czy po bułki. Nie wychodził. Wiedziałam o nim nic.

A dziś? Jak powiedziała Sara, bohaterka książki Harukiego Murakamiego „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”, po tym jak, ku zaskoczeniu tytułowego bohatera zgromadziła w kilka dni mnóstwo informacji o jego niewidzianych od piętnastu lat znajomych:

Jak się zastanowić, to dość niezwykłe. Nie uważasz? Zasadniczo żyjemy w czasach obojętności, a otacza nas taka wielka ilość informacji o innych osobach. Jak się chce, można je łatwo zgromadzić. A mimo to naprawdę mało wiemy o ludziach.

To trochę jak ze zdobywaniem wiedzy kiedyś i dziś. W zamierzchłych czasach mnich siedział całe dekady przy kopcącej świeczce, wertując księgi i zgłębiając jedną dziedzinę przez całe życie. Dziś mamy zalew informacji, toniemy w coraz to nowych treściach. Wiemy (a przynajmniej możemy wiedzieć, bo przecież nie zawsze przeczytanie o czymś oznacza, że mamy już na ten temat wiedzę) bardzo dużo, ale większość tej wiedzy jest powierzchowna. Znacie to uczucie? Że coś nam dzwoni, ale w którym kościele, to już niestety trzeba wygooglać.

Myślisz, że wiesz coś o moim czole? / www.filmweb.plMyślisz, że wiesz coś o moim czole? / www.filmweb.pl

Ale wracając do wiedzy o ludziach. Wielki Gatsby wymyślił sobie siebie, kompletną biografię. Trzeba było detektywa, co przeprowadzi śledztwo, a i tak niewiele faktów ustali, jeszcze mniej obali. Dziś nie trzeba by wynajmować prywatnego detektywa, by wyciągnąć szereg informacji o kimś. Wujek Google ułatwia sprawę. Powiecie, że są osoby, które nie istnieją w necie, bo nie mają konta na Facebooku? Owszem. Ale ich znajomi już mają. A wśród nich są tacy, co robią dużo zdjęć, szerują je bez ograniczeń, komentują obficie i można wiele informacji z kontekstu wyciągnąć.

Dziś wiemy o innych bardzo dużo, bo wszyscy mamy wszędzie jakieś profile. Jak ktoś nie ma, to też to o nim sporo mówi - na pewno jakiś dziwak z niego. Wystarczy pogooglować i można bardzo wiele dowiedzieć się o dowolnej osobie, obejrzeć sobie jej zdjęcia z plaży i z kolacji wigilijnej. Podobna do mamusi, ma trzy siostry, kocha koty i słucha ciężkiej muzyki - to wiemy już po minucie. A jak się bardziej postaramy, dowiemy się wielu innych ciekawych rzeczy. Czasem mnie to trochę drażni i przeraża. Bo wrzucając na Facebooka zdjęcia z wyjazdu z przyjaciółmi zakładam, że obejrzą je oni i paru zainteresowanych naszą wycieczką znajomych. Ale zapominam, że internety mają też swoją ciemną stronę. Są przestrzenią nieraz zupełnie bezkarnych działań osób, których intencje są różne: dziwne, chore, niebezpieczne. Przekonałyśmy się o tym w redakcji po publikacji cyklu o stalkingu. Osoby, które mają fantazję prześladować innych kochają portale społecznościowe. To kopalnia wiedzy, a wiedza daje władzę, jak powiedziałby, skądinąd niebezpieczny, Frank Underwood z "House of Cards".

Lepiej wiedzieć, prawda? / www.dashburst.comLepiej wiedzieć, prawda? / www.dashburst.com

Niebezpieczeństwa jakie kryją się za tym są oczywiste. Jeśli mówisz w pracy, żeś chora i, co za pech, całą majówkę spędzisz w domu na antybiotykach, nie dziw się, gdy po powrocie dostaniesz wypowiedzenie. Foty na fejsie nie kłamią, ładnie ci w tym sweterku, co to w nim grillowałaś w najlepsze na mazurskiej działce. Nie wyglądałaś na chorą, oj nie.

Można oczywiście pozamykać swój profil przed obcymi czy wybranymi osobami, można w ogóle wypisać się z wirtualnych grup, ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że to złudna blokada. Dziś istniejemy w internecie czy tego chcemy, czy nie. Wpisanie swojego imienia i nazwiska w wyszukiwarkę może nas nieźle zaskoczyć.

Zastanawia mnie kierunek, w którym to wszystko zmierza (wiem, wiem, brzmię jak własna babcia). Ale serio: kiedyś było tak, że do serwisu społecznościowego trzeba było zostać zaproszonym, nie można było podglądać ludzi, którzy wyraźnie nie dali nam do tego prawa. Dziś, owszem, można sobie zaznaczyć takie ustawienia, ale i tak da się sporo wyszukać (tak, o tym przekonałam się nieprzyjemnie na własnej skórze). Okazuje się, że wśród nastolatków nie ma takiej potrzeby. Czy może raczej jest, ale w szczególny, ujęciu. Małoletni użytkownicy internetu opuszczają Facebooka, bo są tam też ich rodzice, przez co czują się obserwowani. Kochają za to Instagrama, na którym rodziców nie ma, a oni mogą wrzucać zdjęcia dokumentujące niemal każdy ich ruch. Co ciekawe, mogliby przecież po prostu zablokować rodziców tak, by widzieli oni tylko wybrane treści. Nie robią tego jednak, ponieważ... nie myślą w ogóle o ustawieniach prywatności, prawdopodobnie nawet nie wiedzą, że takie funkcje są. Wyszło to w badaniach nad Facebookiem publikowanych jesienią.

I wiecie co? Nie pisałabym Wam tego wszystkiego, bo wiem, że nie odkrywam Ameryki, ale... Zobaczyłam taki ładny film dwa dni temu i zdałam sobie sprawę, że to wszystko się serio dzieje. Krok po kroczku. Bo jeszcze bardziej od tego śledzenia w internetach przeraża mnie wizja, w której wiadomo będzie zupełnie wszystko i to w trybie natychmiastowym, wręcz będzie sobie można zaprojektować życie w takim oto surrealu:

Sight from Robot Genius on Vimeo.

Ale to daleka przyszłość, prawda? Powiedzcie, że prawda...

Więcej o: