Kultowe książki z dzieciństwa - przegląd redakcyjnych skarbów

To one nas ukształtowały. Wyrobiły poczucie estetyki i wrażliwość. Ulubione książki, które rodzice czytali nam w kółko setki razy. I teraz my czytamy je swoim dzieciom powtarzając ten zaklęty krąg baśniowych mantr.

Ponoć o gustach się nie dyskutuje. Szkoda, bo może częstsze rozmowy o estetyce uchroniłyby nas przed badziewiem, które nas otacza. Badziewiem w przestrzeni, architekturze, a także ilustracyjną miernotą, która zalewa współczesne książki dla dzieci. Po świetnym tekście Dominiki zaczęłyśmy zastanawiać się nad literackim i wizualnym fenomenem książek z naszego dzieciństwa. Okazało, że wciąż mamy te skarby na półkach. A ich treści nadal są aktualne. Oto przegląd biblioteczek redakcyjnych koleżanek.

skarbyskarby

Ania Oka

„Tygryski” Joanna Papuzinska, ilustracje Julitta Karwowska.

Wybrać trzy książki z dzieciństwa? Pffy. Wierzcie mi: próbowałam. Ale po kilku godzinach spędzonych na oglądaniu i wspominaniu, zadanie mnie przerosło. Postanowiłam, że pokażę Wam coś mało popularnego, czyli moje ukochane "Tygryski" - wiersz Joanny Papuzińskiej z ilustracjami z 1966. Najprostsze może być najlepsze. Dlaczego ze wszystkich skarbów wybrałam taki niepozorny? Bo oprócz moich wspomnień niesie ze sobą bonus praktyczny w postaci informacji, że w warszawskim teatrze Lalka (PKiN) wystawiają spektakl „Tygryski”. I nie dość, że wcale się nie zestarzał, to jeszcze jest dedykowany dla dzieci od 2 roku życia. A jak wiedzą mamy maluchów, naprawdę trudno jest znaleźć przedstawienie dla tej grupy wiekowej. Przedstawienie trwa 50 minut, bilet kosztuje 30 złotych, a dzieci siedzą tuż przy scenie, więc bądźcie w pogotowiu, żeby je z niej ściągać. Zanim ja dotarłam z ostatniego rzędu do mojej Klary, siedziała już wygodnie na kanapę, wnoszonej przez aktorów. Więc doradzam czujność.

Tygryski fot. Ania OkaTygryski fot. Ania Oka

I jeszcze jedno. Zastanawiam się, czy te nasze książki z dzieciństwa faktycznie były tak genialne (oj no wiem, że były), czy może ich geniusz częściowo ma źródło we wspomnieniach towarzyszących czytaniu. Kiedy sięgam po Tygryski, na chwilę jestem znowu małą Anią Kluską otoczoną zapachem pieczonej szarlotki, a może gotowania obiadu, wyprawiającą się w nieznany świat przygód. Anią tulącą się do czytającej Mamy, albo błagającej zmęczonego Tatę o jeszcze jedno czytanie.

Ania i TygryskiAnia i Tygryski

Marta Lewin

„Dom pod kasztanami” Helena Bechlerowa, ilustracje J. M. Szancer.

Miałam kilka babć ciotecznych, czy też ciociobabć, ale zapamiętałam tylko jedną, chociaż widziałam ja dwa razy w życiu, ostatni raz kiedy miałam cztery lata. A zapamiętałam ją, ponieważ podarowała mi książkę, która zaczarowała moje dzieciństwo: "Dom pod Kasztanami" Heleny Bechlerowej. Nic wam o tej książce nie napiszę, powiem tylko tyle, że kiedy dziś czytam sam spis treści, to ciary chodzą mi po plecach i wzruszenie dusi w gardle. Jeśli zaś chodzi o ilustracje, zrozumiałam skąd moje zamiłowanie do mrocznych klimatów, starych domów, zakurzonych strychów i wszelkiej maści staroci.

Dom pod kasztanami fot. Marta LewinDom pod kasztanami fot. Marta Lewin

Dom pod kasztanami fot. Marta LewinDom pod kasztanami fot. Marta Lewin

Agata Połajewska

Tak naprawdę powinnam wymienić tych książeczek dziesiątki, ale ostatnio wróciłam do jednej, którą uwielbiam nad życie i kupiono mi w prezencie kolejny już egzemplarz - chyba czwarty... To "Pokój Pełen Liści" Joan Aiken. Jest fantastycznie, trochę strasznie, trochę dziwnie, trochę smutno. Te opowieści są nieco staroświeckie, mają przecudowny klimat i relaksują jak mało co, choć budzą lekki niepokój. No i mój egzemplarz pachnie też tak przyjemnie niepokojąco...

fot. Agata Połajewska

Monika Cieślik

Z wielu ocalało zaledwie kilka. Najbliższe memu sercu są "Baśnie" J. Ch. Andersena wydane w 1980 roku z ilustracjami Szancera. Delikatna kreska jego rysunków uwiodła mnie równie silnie jak treść baśni. Moja ulubiona bajka? Mam dwie. "Brzydkie kaczątko" i "Królowa śniegu".

J. M. SzancerJ. M. Szancer

Kasia Nowakowska

„Bajki”, Jean de La Fontaine (Nasza Księgarnia 1959), Ilustracje: Ha-Ga.

To jedna z najbardziej pamiętnych książek mojego dzieciństwa - klasyczne bajeczki z morałem i piękne całostronicowe ilustracje. Pełnię talentu Ha-Gi, żony Eryka Lipińskiego, odkryłam dopiero kilka lat temu, gdy Muzeum Karykatury zorganizowało wystawę jej satyrycznych rysunków prasowych, ale cieszy mnie, że obcowałam z jej twórczością od dziecka!

Skarby NaczelnejSkarby Naczelnej

„Wiatr z księżyca”, Eric Linklater (Nasza Księgarnia 1971), ilustracje: Zbigniew Lengren.

Ilustracje Lengrena wzbogacały dwie książki które na etapie wczesnej podstawówki czytałam namiętnie raz za razem - "Wiatr z księżyca" o niegrzecznych siostrzyczkach Dorze i Florze, które zostały zamienione w kangury oraz "Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć" o młodocianym gburze Jacku Kosmali, zamienionym w jamnika. Żadna z tych książek nie dotrwała w rodzinnym archiwum do naszych czasów, ale "Wiatr" odkupiłam sobie na allegro za cenę do której nie przyznam się nawet na mękach.

„Sceny z życia smoków”, Beata Krupska (Wydawnictwa Radia i Telewizji, 1987), Ilustracje: Jacek Rupiński.

Humor tej książki bawi mnie do dziś, a plastyczne, świetnie korespondujące z zabawnym tekstem ilustracje oglądałam zawsze uważnie, tropiąc wszelkie detale (czy Fioletowy Kocur na pewno ma pomalowane paznokcie?). Zaś piosenkę o owcach, które skaczą na manowcach potrafię zaśpiewać nawet obudzona w środku nocy. W dodatku na wymyśloną przez siebie (za młodu!) melodię. "Owce mają miękką gębę/lecą, gonią owczym pędem..." - wciąż aktualne!

Sceny z życia smoków fot. Kasia NowakowskaSceny z życia smoków fot. Kasia Nowakowska

Gosia Tchorzewska

Ja UWIELBIAŁAM "Remanent" Wandy Chotomskiej z ilustracjami Edwarda Lutczyna - okładka wyglądała jak drzwi i to, pamiętam, jakoś strasznie mnie kręciło. Że ja tam wchodzę i tam jest "cielę, co ogonem miele, bo robi muchom karuzelę" i mnóstwo innych historii. Mój egzemplarz się chyba rozpadł, tak intensywnie był macany. Znałam na pamięć wszystkie wierszyki, ale i tak zamęczałam rodziców sto razy dziennie, by mi poczytali, nim sama się nauczyłam czytać. Nie jestem pewna w stu procentach, ale podejrzewam, że właśnie na tej książce się nauczyłam czytać samodzielnie.

Kultowy Mikołajek Kultowy Mikołajek

Najważniejszą książeczką z dzieciństwa, która miała realny wpływ na życie całej rodziny, była seria przygód „Mikołajka” Rene Goscinnego i Jean-Jacques Sempé'go. To dlatego właśnie mój młodszy osiem lat brat nazywa się Mikołaj! To były pierwsze książki, które czytałam sama, od deski do deski. Mimo sztywnych okładek i wrodzonej dbałości o książki - są już mocno sponiewierane. Zalegają w jakimś pudle u Rodziców, czekając na wnuki. Te książki to majstersztyk - bo bawią zarówno dzieci, jak i czytających im dorosłych. I uczą sporo o różnych społecznych mechanizmach - ale to sobie uświadomiłam jakieś 20 lat po lekturze.

Kultowy Mikołajek Kultowy Mikołajek

Biurwa

Podobnie jak Gosia uwielbiam „Mikołajka” - z powodu sympatii dla tytułowego bohatera nie miałam problemu z wyborem imienia dla syna. Swoją drogą to ciekawe ilu Mikołajów zawdzięcza imię tej genialnej książce. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam zapach książek. Pożółkłe kartki "Baśni" Andersena (wydanie z 1955 r.) zilustrowane przez J. M. Szancera pachną tajemnicą dzieciństwa. W baśniach Andersena podobało mi się najbardziej to, że były piękne lecz nie cukierkowe. "Królową Śniegu" mogłabym czytać codziennie, a "Dzielny ołowiany żołnierzyk" wzrusza mnie do dziś.

Magiczne ilustaracje J.M. SzanceraMagiczne ilustaracje J.M. Szancera

Lewis Carrol „Alicja w Krainie czarów”. „Alicja po drugiej stronie lustra”. Ilustracje John Tenniel.

Książki o Alicji uwielbiałam czytać dla klimatu dziwnej surrealistycznej tajemnicy. Urządzałam przyjęcia Szalonego Kapelusznika, z niepokojem zerkałam w stare lustra. Marzyłam o takich przygodach, które miała sposobność przeżyć Alicja. Uśmiechu Kota z Cheshire nie da się zapomnieć. Znika kot, a uśmiech pozostaje.

Znikający kot AlicjiZnikający kot Alicji

„Od wiosny do wiosny” S. Szuchowa, H. Zdzitowiecka ilustracje Bożena Truchanowska

Kocham tę książkę za ilustracje. Kiedy byłam mała mogłam oglądać ją godzinami zachwycając się lekkością akwareli i doborem kolorów. Były po prostu magiczne, czasem z pogranicza sennych marzeń. Polecam wyszukanie w internecie prac pani Bożeny Truchnowskiej są przepiękne.

Ilustracje Bożeny TruchnowskiejIlustracje Bożeny Truchnowskiej

Anka Rączkowska

Encyklopedia PWN, wydana jakoś tak w latach 70. Nie mogę sprawdzić, bo nie mam jej pod ręką. Duża, czterotomowa, potem doszedł piąty. W materiale. Kochałam ją. Nie, nie bawiłam się w czytanie haseł - byłam na to za mała, a one były pisane zbyt strasznym językiem, tysiące dziwnych symboli i skrótów. Ale plansze ilustracyjne mogłam oglądać godzinami. Ryby, owady, zioła, zwierzęta rozmaitych kontynentów. Zdjęcia wydrukowane były znakomicie, bo na kredowym papierze, dlatego też nie trzeba było jakoś specjalnie ich szukać. Siadałam i po prostu oglądałam. Ale najpierw mama, tata albo starszy brat musieli zadać sakramentalne pytanie, czy umyłam ręce. Zawsze. Encyklopedii można było dotykać tylko, jak się umyło ręce. Tuż przed. Pół godziny wcześniej się nie liczyło. Taki szacun był.

Jan Brzechwa, "Androny”, Krajowa Agencja Wydawnicza 1979, opracowanie graficzne: Bohdan Butenko.

Ta książka chyba pachniała mi zachodem, bo w niczym nie przypominała ówczesnych wydawnictw dla dzieci. Kolorowa, świetne rysunki, trochę śmieszne, trochę psychodeliczne. Pomieszanie czcionek z pismem "a la odręcznym”, do tego odrobinę komiksu, bo Butenko czasem ilustrował każdy wers wiersza, czasem każdą zwrotkę. Uwielbiałam. Wiersze Brzechwy nie zestarzały się nic a nic, książka odrobinę. Właśnie czytam ją drugiemu dziecku i też jej (córce) się podoba. Czy tak jak mi? Nie wiem, konkurencja jest duża, dzisiaj świetnych i doskonale wydanych książek dla dzieci na pęczki. Ale czyta chętnie.

AndronyAndrony

AndronyAndrony

Kornel Makuszyński, "Przygody Koziołka Matołka” i "Awantury i wybryki małej małpki Fiki Miki”, rys. Marian Walentynowicz

O tym, jak bardzo kochałam te książki świadczy to, że nie dotrwały do dzisiejszych czasów, mimo że większość moich lektur czytają dziś moje dzieci. Niestety, Koziołek się rozpadł (miałam to wydanie najpóźniejsze, wszystkie tomy w jednym, sztywna okładka). Czytałam go ciągle i wszędzie, wydaje mi się, że fragmentami znałam go na pamięć. Nikt tak wdzięcznie nie pisał rymów częstochowskich, a komiksów właściwie wtedy nie było. Może poza Tytusem, ale Tytus był właściwie nie do dostania.

***

Prawdziwa sztuka broni się sama i jest wieczna. Ilustracje Szancera, Wilkonia, Grabiańskiego, Orłowskiej, Stannego są nieśmiertelne i zachwycają do dziś. Stworzone z wykorzystaniem klasycznych technik malarskich, bez użycia komputera przetrwają przez kolejne dziesięciolecia. Teraz są doskonałym antidotum na brzydką, tanią grafikę rodem z garaży, nie obrażając właścicieli tychże. Wolę wyrzucić 10 ohydnych książek (które są dostarczane dzieciom w ramach wszelkich imprez przedszkolnych) i zastąpić je jedną wartościową w treści i grafice.

Przyznaję, że na tej liście brakuje jeszcze wielu fantastycznych książek, o których mam nadzieję napiszecie nam w komentarzach. Stwórzmy listę kultowych książek naszego dzieciństwa.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: