Saute, czyli kiedy nonszalancja staje się abnegacją

Czy dress-code ma sens? Czy jest tylko formą ucisku? A czy potrzeba naturalności nie maskuje tylko abnegacji? Dlaczego nie mogę być feministką na szpilkach i włosami od fryzjera? Oto moja skromna pochwała kobiecości.

- Ale się wystroiłaś! Masz dzisiaj randkę? - pyta znajoma z pracy z mieszaniną podziwu i pogardy.

- Nie... Chyba, że o czymś nie wiem? - wpadam w popłoch, bo najbardziej na świecie nie lubię nieplanowanych randek. A strojenie się kojarzę z teatralną przesadą Carrie Bradshaw, która sprawdza się tylko w Nowym Jorku i tylko w telewizji. A ja mam na sobie ramoneskę i małą czarną. Kreski na powiekach i delikatne fale na głowie. Ubranie się, makijaż i fryzura zajęły mi rano całe dziesięć minut. Dzień jak co dzień.

- Że też ci się chce tak ubierać bez powodu - słyszę. W świecie dżinsów i trampek, w którym dress-code obowiązuje już tylko w elitarnych szkołach, międzynarodowych korporacjach i na balu w Operze Wiedeńskiej, zwykła czarna sukienka czyni mnie nieomal współczesnym wcieleniem Coco Chanel.

fot. Michał Radwańskifot. Michał Radwański

Nie ubieram się tak z maniery, pretensji czy snobizmu, a raczej z konieczności. Po pierwsze, przykra sprawa, nie mam figury do spodni. Niektórym brak warunków nie przeszkadza w noszeniu najwęższych rurek, ale spuśćmy na to łaskawie zasłonę milczenia. Po drugie, do mody podchodzę utylitarne. Ubrania muszą pasować do mnie i do siebie nawzajem. Po prostu chcę być jak najlepszą wersją siebie. Wyglądać możliwie jak najładniej i jak najszczuplej. Podkreślać kobiece atuty i odwracać uwagę od mankamentów. Po trzecie: uważam, że porządnym strojem okazuję szacunek innym. I nie wychodzę z domu bez makijażu. Nawet w spożywczaku staram się wyglądać lekkostrawnie. Ekspedientki, kierowcy autobusów i taksówkarze powinni móc patrzeć na rzeczy jeśli nie piękne, to przynajmniej w miarę estetyczne. To przejaw mojej próżności? Trudno, pozwijcie mnie.

- Dlaczego codziennie się malujesz? Makijaż to kamuflaż - mówi mi przyjaciółka, która lansuje look prosto z łóżka nawet grubo po 18.00.

- Mój chłopak kocha mnie taką, jaką jestem. I po co dajesz zarobić tym koncernom kosmetycznym, które sprzedają kobietom ściemę i ciemiężą je w imię wyidealizowanego piękna? - deklamuje wyuczoną formułkę. Patrzę w oczy jej chłopaka, łagodne jak u spaniela. Delikatnie, acz miarowo potrząsa głową. Biedaczek. Chyba też dał się nabrać na wyidealizowane piękno Photoshopa. A może jego i moje nierealistyczne oczekiwania wobec kobiecego wyglądu wynikają z tego, że sauté to hipokryzja znacznie bardziej wyrafinowana i bardziej szkodliwa niż retusz. Ten dosłowny - czyniony przez grafików-magików i doraźny, ograniczony do umiejętnego użyciu kilku kosmetyków.

„Dotknij, uszczyp, ugryź, pośliń, mus z twoich ust, ja sauté. Szeptem, krzykiem, pieść dotykiem, mus z twoich ust, ja sauté”, śpiewa Brodka. A więc sauté jest sexy. Może być ostatecznym odsłonięciem się, gestem wyzwolenia, romantycznym rozdzieraniem szat. Beyoncé zapewnia za to, że „I woke up like this, I woke up like this. We flawless, ladies tell 'em” („Tak się obudziłam. Tak się obudziłam. Jesteśmy nieskazitelne. Powiedzcie im, dziewczyny!”). Jasne. Tak samo jak wcześniej śpiewała, że jest „siedliskiem niedoskonałości”, wskazując na, schowane już dawno pod górą mięśni, wiotkie ramiona.

- Sauté to może sobie chodzić Miranda Kerr - ripostuję co bardziej wojowniczym wielbicielkom naturalności. Ale podobno nawet ona poddaje swoje instagramowe zdjęcia delikatnej obróbce. Bo supermodelki wcale nie lubią się oszukiwać. Cindy Crawford, która do czasów niesławnej reklamy wody mineralnej Arctic wydawała mi się bóstwem, które tylko przypadkiem zstąpiło na ziemię, powiedziała kiedyś: „Nawet ja nie budzę się, wyglądając jak Cindy Crawford”. Jeśli ona próbuje obalić mit piękna sauté, może powinnyśmy ją poprzeć, a nie spierać się o pryncypia? Dowodów na jej rację szukać daleko nie trzeba. Gdy wpisuję w Instagram hashtag #nomakeup, wyskakuje ponad 10 milionów zdjęć. Znakomita większość z nich w makijażu. Tak zwanym make up no make up, ale zawsze. Na tym samym Instagramie oglądam też namiętnie zdjęcia gwiazd z Coachelli, czyli kalifornijskiego Openera, na którym nigdy nie pada i nie trzeba pakować do walizki kaloszy. Dziewczyny z Coachelli to współczesne hipiski z kwiatami we włosach, w dżinsowych szortach i ażurowych sukienkach. Ale od ich babek, które kąpały się w błocie Woodstocku, różni je to, że mają idealnie zrobione makijaże i fryzury. Bo wiedzą, że spontan ma swój urok, ale zdjęcia z imprezy będą krążyć po sieci już na wieczność.

- Gdzie ty idziesz taka nieumalowana? - zapytała mnie mama któregoś ranka przed szkołą.

- Przecież pomalowałam rzęsy... - marudzę.

- Chodź tu, przyda ci się odrobina koloru... Jako nastolatka nie musiałam więc wcale trawić kiepsko przyprawionej papki porad urodowych z magazynów kobiecych. O tym, że trzeba „jakoś wyglądać” uświadomiła mnie już mama, która do dzisiaj zbiera od znajomych zasłużone, acz wysłużone komplementy w stylu: „mogłybyście być siostrami!”.

Reszty nauczyły mnie moje licealne przyjaciółki. U nas w szkole kwestia wizerunku była kością niezgody i linią demarkacyjną między „nami”, a „nimi”. Korytarze były polem bitwy w niekończącej się wojnie między grupą „Pasemko” (która, jak sama nazwa wskazuje, wyróżniała się radosnymi refleksami na blond głowach), a nami, panienkami z torebeczkami, które od II klasy regularnie chodziłyśmy w ołówkowych spódnicach i na szpilkach. O rytualnym pudrowaniu nosa w środku lekcji napisałam nawet lekko zjadliwy felieton do gazetki szkolnej. Pseudonim, który przyjęłam, był bezużyteczny, bo wszyscy i tak się domyślili, że to nadaję ja, z kwatery głównej panienek z torebeczkami. Teraz myślę, że nie wypada kalać własnego gniazda. Tak jak nie mówi się przyjaciółkom, że kuszą mężczyzn krótkimi spódniczkami i powinny ograniczyć ilość tapety, bo jeszcze ktoś nazwie je lampucerą. Stara prawda - to dziewczyny są dla dziewczyn najbardziej okrutne.

Trudno walczyć o schludność, gdy zewsząd jesteśmy karmieni nonszalancją.

Jeszcze gorsze są magazyny, pisane oczywiście przez dziewczyny dla dziewczyn, które każą nam biec do dermatologa, gdy tylko zauważymy pryszcza i schować się pod kołdrą, gdy zaatakuje nas cellulit. Jasne, że poddaństwo wykreowanym na wyrost kanonom urody to współczesne niewolnictwo. Ale może nie tak prędko powinnyśmy zrzucać kajdany? Potrzeba naturalności nie tłumaczy abnegacji. Ja prędzej zasnęłabym w makijażu niż pokazała się obcej osobie o poranku taką, jaką mnie Bóg stworzył.

A trudno walczyć o schludność, gdy zewsząd jesteśmy karmieni nonszalancją. Uwielbiam „Dziewczyny” i podziwiam Lenę Dunham za to, że co tydzień pokazuje wszystkie swoje kilogramy milionom widzów. Nie chcę zadzierać z tą piewczynią sauté i dyżurną feministką czasów kryzysu. Ale przyznaję, że lubię te mniej odważne amerykańskie seriale, w których nikt się nie oszukuje, że dziewczyna z sąsiedztwa wychodzi z domu w tym, co akurat znalazła w szafie i jest piękna pięknem leśnej nimfy. Nie każę nikomu przeginać w drugą stronę i poddawać się operacjom, by upodobnić się do Barbie. A raczej zastanowić się, dlaczego tak słabo wychodzi nam ucieczka od Photoshopa.

Nie chodzi wcale o powielanie męskich wzorców doskonałości, tylko o niejaką przyzwoitość.

Cztery lata temu na okładkach francuskiego ELLE pokazano prawdziwe kobiety bez retuszu. Nieprzypadkowo wybrano na bohaterki Monikę Bellucci, Sophie Marceau i Evę Herzigową, które z powodzeniem można nazwać najpiękniejszymi kobietami świata. W ślad za ELLE nie poszły jednak inne magazyny, a nieretuszowane zdjęcia nadal należą do rzadkości. Bo my naprawdę, mając do wyboru wyglądać gorzej albo lepiej, zawsze wybierzemy opcję „lepiej”. Dlatego Halle Berry dostała Oscara za „Czekając na wyrok”, a Charlize Theron za „Monster”. Laury zbierają te aktorki, które dla roli pozwolą się nawet oszpecić. Bo brzydota to w Hollywood największy heroizm.

Jak to się ma do feminizmu? A tak, że wciąż pokutuje przekonanie, że szminką z patriarchatem nie wygramy i tylko wyzwolenie się z więzów ciała uczyni nas godnymi przeciwniczkami. „Our bodies, Ourselves” brzmi tytuł amerykańskiego podręcznika, z którego dziewczynki uczą się kobiecości. Tak brzmi też jedna z podstawowych zasad feminizmu. „Nasze ciało to nasza sprawa”, widnieje na sztandarach. I dobrze. Bo nie chodzi o to, żeby naoliwić ciało smarem i pozować w bikini przy motorze. Albo iść pod nóż tylko po to, żeby chirurg plastyczny mógł sobie kupić nowego porszaka. Nie chodzi wcale o powielanie męskich wzorców doskonałości, tylko o niejaką przyzwoitość.

Ale to, że się maluję i „stroję”, nie znaczy, że jestem gorszą czy lepszą feministką niż dziewczyny, które uważają, że wciąż warto palić staniki albo ścinać na krótko włosy.

A może po prostu mam kompleksy, których pozbawione są moje sauté koleżanki? Ale pytam je nieustannie, dlaczego nie skorzystać z siły, którą mamy? Jeśli walczymy o władzę nad światem, jeśli marzymy, żeby wreszcie przestał być placem zabaw dla wiecznych chłopców, wszystkie chwyty są dozwolone. Zwłaszcza, że mężczyźni z żadnych atutów rezygnować nie zamierzają. W końcu premier Donald Tusk kupuje garnitury u Zegny i zawsze wygląda jakby właśnie wrócił z wakacji. Chwytliwa maksyma, że przetrwają najpiękniejsi, wcale nie musi się sprawdzić. Mają szansę raczej ci, którzy potrafią skutecznie zadbać o swój wygląd i wykorzystać go na swoją korzyść.

Ostatnio uległam słabości rozwiązywania psychotestów na Buzzfeedzie. W teście „Czy jestem złą feministką?” wyszło mi, że nie najlepszą, bo odpowiedziałam twierdząco na szereg pytań. Postawiłam „tak” przy hasłach: „Lubisz Kate Middleton?”, „Uważasz, że Beyoncé jest prawdziwą feministką?” i „Nie wychodzisz z domu bez makijażu”.

Ale to, że się maluję i „stroję”, nie znaczy, że jestem gorszą czy lepszą feministką niż dziewczyny, które uważają, że wciąż warto palić staniki albo ścinać na krótko włosy, żeby nie odwracały uwagi od tego, co mamy do powiedzenia. Wiem, że to, jak mogę wyglądać przy odrobinie samozaparcia, to moja przewaga. Po co miałabym się buntować przeciwko temu, że mogę wyglądać lepiej? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwałby ode mnie rezygnacji z wykorzystania mojego IQ w codziennych rozgrywkach z patriarchatem. To dlaczego nie mogę, wyposażona w fajne ciuchy i dokładny makijaż, rozbijać systemu od środka? Dlaczego nie mogę być feministką na szpilkach i włosami od fryzjera? Oto moja skromna pochwała kobiecości. W duchu Daenerys Targaryen i Joan Harris. Im nikt nie mówi, że piękne nie mogą być silne.

Więcej o: