Siekać, smażyć, piec, podgryzać, kulinarnie się wyżywać! Smaczny test warsztatów gotowania

Ponieważ lubię łączyć przyjemne z pożytecznym i chciałam zrobić coś nowego i odświeżającego, wybrałam się na warsztaty kulinarne. Postanowiłam poszukać odpowiedzi na pytanie, czy można mnie w końcu nauczyć gotować i czy nabyte umiejętności okażą się trwałe. Eksperyment uważam za udany!

fot. Agata Połajewska

Pisałam już kiedyś o tym, że jestem kulinarną pierdołą, zakładałam jednak, że wynika to z ogólnej niechęci do niezbyt koniecznego wysiłku. Gotowanie przez telefon jest przecież najłatwiejsze, dieta z pudełka bardzo praktyczna (choć jednak na dłuższą metę nudna i nieurozmaicona), a poza tym istnieją takie miejsca, w których za miliony monet nakarmią cię dobrze i nie musisz zmywać.

Wszystko to sprawdzało się przez całe miesiące, od czasu do czasu (głównie w weekendy) porywałam się na przygotowywanie wysublimowanych dań - na przykład makaronu z serem czy grzanek, ale było to niezbyt satysfakcjonujące. Teraz mam więcej czasu dla siebie i zapragnęłam spożytkować go z sensem, co w moim przypadku miewa różne konsekwencje. Tym razem pomysł na spędzanie czasu okazał się strzałem w dziesiątkę. Oświadczam zatem uroczyście, że warsztaty kulinarne mają sens, a w dodatku są wyjątkowo przyjemnym sposobem na relaks.

Ponieważ kompletnie nie orientuję się w tematach kulinarnych, po poradę udałam się do nieocenionej Małgosi Minty, która bez chwili wahania odesłała mnie na stronę internetową studia CookUp.

Okazało się, że oferta warsztatowa pełna jest dobrodziejstw dla nawet najbardziej wymagających. Bez chwili wahania skupiłam się oczywiście na tym, co lubię najbardziej i postanowiłam przetestować warsztaty z technik krojenia (nożeeee!) i z trudnej, a zacnej sztuki produkowania pysznych burgerów.

 

CookUpCookUp

 

Na pierwszy ogień poszły warsztaty z nożami, co było o tyle niebezpiecznym wyborem, że bez paluszków nie ma burgerków, ryzyko zatem było spore. Paluszki udało się ocalić, ale łatwo nie było. Zajęcia prowadził znany nożownik, to jest, przepraszam, szef kuchni Paweł Kibart, którego dokonania kulinarne znane są bywalcom warszawskiej restauracji Sinnet Club. Nie miałam co prawda przyjemności korzystania z usług tego przybytku, polecam jednakże z pełną odpowiedzialnością restauracyjne Delikatesy.

Po pełnej emocji prezentacji różnych rodzajów noży, przeszliśmy wspólnie do czynu. Czynu, który spowodował u mnie trwały uraz psychiczny uaktywniający się na widok marchewki, ale także spotęgował moją miłość do ziemniaczka.

fot. Agata PołajewskaPaweł Kibart

Okazało się, że marchewka to ZŁO, a to na niej zaczęliśmy szkolić swoje umiejętności. Wydaje Wam się, że łatwo jest pokroić marchewkę w cienką słomkę lub mikrokosteczkę? Dojście do momentu, w którym Paweł Kibart nie unosił brwi na widok zawartości mojej deski do krojenia, zajęło mi około dwóch godzin i jakąś tonę marchewki. Efekt nadal nie był idealny, ale przynajmniej zadowalający.

Szczęście nie trwało długo, gdyż przeszliśmy do krojenia marchewki w beczułki. Beczułka z marchewki, to jest takie ustrojstwo, co to ma ładnie wyglądać na talerzu, być obłe i gładkie oraz odpowiedniego rozmiaru. Próby zmierzenia się z tym wyzwaniem okazały się być opłakane w skutkach, ale powiadam Wam - to się jeszcze kiedyś uda. Nadal ćwiczę wieczorami i przeszłam już od efektu zbiornika na paliwo do beczułki z miodem. Polecam taki relaks, działa lepiej niż joga. No powiedzmy, bo po trzech godzinach masz ochotę wetknąć tę marchewkę w jakieś miejsce zupełnie do tego nieodpowiednie.

fot. Agata Połajewska

Ulgą okazało się w tej sytuacji krojenie ziemniaczka, który z natury jest bardziej uległy i daje się opanować. Jest wszelako bardziej delikatny i trzeba obchodzić się z nim nad wyraz ostrożnie. Ale opłaca się, bo moje domowe frytki wyglądają teraz naprawdę ładnie. O ile nie zapomnę wyłączyć piekarnika.

Ponad cztery godziny krojenia warzyw wpłynęły pozytywnie na mój nastrój, można bowiem dać upust różnym frustracjom. Wpadłyśmy wraz z moją towarzyszką także na znakomity pomysł racjonalizatorski, mianowicie na produkcję deski do krojenia z przezroczystego tworzywa, w którym można umieścić dowolnie wybrane zdjęcie portretowe. Profit!

fot. Agata Połajewska

Teraz zapytacie, po jaką cholerę kroić wszystko w tak małe kawałeczki. Odpowiedź brzmi - BO TAK JEST ŁADNIE. Poważniej mówiąc, naprawdę zauważyłam, że teraz w kuchni krojenie idzie mi znacznie szybciej i sprawniej. Przeszkodą do trenowania w domu mogą być jedynie tępe noże, a tępota moich stała się już legendarna w towarzystwie. Na szczęście na odsiecz przybyła koleżanka Zielińska wraz z ostrzałką. Teraz mogę poszaleć.

Możecie też zapytać, po co w ogóle wybierać się na takie warsztaty z krojenia - ja poszłam po coś, co było do tej pory trudno osiągalne, czyli relaks i opanowanie. Podziałało.

fot. Agata PołajewskaJerzy Nogal

Prawdziwa rozkosz czekała mnie jednak na warsztatach burgerowych, które prowadził Jerzy Nogal, szef kuchni, którego hamburgery pożerałam z przyjemnością w Burger Kitchen. Choć Jerzy porzucił już ten zacny lokal, tamtejsze hamburgery (i nie tylko) polecam nadal. Mogę natomiast powiedzieć, że z uczenia ludzi gotowania, Jerzy także uczynił wielką sztukę, gdyż jest przemiłym i zabawnym człowiekiem. Sama jego obecność była czynnikiem wielce relaksującym, a pozyskana wiedza procentuje teraz w mojej kuchni. Znajomi docenili i przeżyli.

Do tej pory wydawało mi się, że nie ma nic prostszego niż przyrządzenie dobrego burgera, okazało się jednak, że prosta potrwa ma swoje sekrety, a zrobienie samodzielnie całego burgera od bułki po sos to frajda, która procentuje dodatkowo przepysznym posiłkiem. Fantastyczne jest też to, że wiedza sama wpada do głowy i wszystko to, co wykonało się sprawnie pod czujnym okiem nauczyciela, jest prościutkie do powtórzenia w domu. W trakcie zajęć prowadzący rzuca od niechcenia kolejne fantastyczne przepisy na sosy i podrzuca rozmaite pomysły na ich wariacje. Zapewniam, że domowy keczup smakuje jak poezja. Co prawda nie wiem, czy zdołam się pogodzić z koniecznością własnoręcznego wyrabiania ciasta drożdżowego (na zajęciach robił to za nas robot kuchenny), ale domowe bułki do burgerów warte są i grzechu i zmęczenia.

fot. Agata Połajewska

Czy wspomniałam już, że po zakończeniu wspólnej pracy, można się tam objeść do wypęku? Nie? To wspominam. Polecam udanie się na warsztaty z pustym żołądkiem, to także pozwala wykorzystywać twórczo (i cichaczem) wszelkie apetyczne resztki.

Co ważniejsze, uczymy się też doceniania jedzenia i kreatywnego wykorzystywania szczątków, które pozostają na kuchennym polu bitwy. Ponieważ Małgosia Minta skutecznie nawołuje do tego, by nie marnować jedzenia, resztki ziemniaczków i marchewek, na których to trenuję krojenie, są oczywiście przetwarzane na sosy i zupy. Bo w kuchni nic się zmarnować nie może. Kreatywnym wykorzystaniem skórek od warzyw, może być na przykład zrobienie z nich doskonale wypieczonych (lub wysmażonych) chipsów.

fot. Agata Połajewska

Doceniam teraz także umiarkowane używanie przypraw - zwłaszcza soli, co też oszczędza kilku życiowych kłopotów. A przez to, że cała praca na warsztatach jest starannie nadzorowana, nauczyłam się nie tylko uważniej korzystać z kulinarnych dóbr, ale i doskonale zapamiętałam procedury, dzięki czemu nie muszę już chlapać wszystkim na karteczki z przepisami czy książkę kucharską. Okazuje się, że jeśli raz zrobisz coś z uwagą, nie ma problemu ze zrobieniem tego później bez wysiłku. Być może to truizm, ale ja dopiero zaczęłam doceniać przyjemność, jaką może nieść ze sobą "sterczenie przy garach".

Co bardzo fajne - organizowane są także warsztaty, na które można przyjść z dziećmi. Z tej propozycji skorzystała moja przyjaciółka i niezmiernie chwaliła sobie godziny spędzone z synem na produkcji miniburgerów. Dzieciaki nie tylko świetnie się bawiły, ale także nabrały pewności siebie i kilku przydatnych umiejętności. Poza tym podobno bardzo brudne dziecko, to także szczęśliwe dziecko. Nie ukrywam, że to samo tyczy się chyba dorosłych - przynajmniej w niektórych sytuacjach.

fot. Agata Połajewska

Polecam taką rozrywkę, choćby raz na jakiś czas, bo nie tylko relaksuje, ale przekonuje, że codzienne czynności mogą sprawiać dziką frajdę. Można także poznać kilka kulinarnych lifehacków. Do tej pory szukałam takich w internecie, ale sekrety szefów kuchni bywają zaskakujące. Dla zachęty, kilka ciekawych tricków, które znalazłam w serwisie Pemzo. Zamierzam odważnie przetestować tę sztuczkę z balonem i czekoladą!

www.pemzo.comwww.pemzo.com

Wszystkim, którym Warszawa po drodze, serdecznie polecam CookUp, który ma dwa wygodnie zlokalizowane studia - na Mokotowie i Bielanach. Godnym polecenia miejscem w Stolicy jest także studio Miele A la Carte. Nie wypróbowałam, ale kilka osób serdecznie polecało tamtejsze warsztaty.

Nie martwcie się jednak, jeżeli stołeczna lokalizacja Wam nie odpowiada. Małgosia Minta wyszperała dla chętnych jeszcze kilka świetnych miejsc, w których można się wyżyć kulinarnie. Poznaniacy mogą spróbować swoich sił na warsztatach w SPOT. 26 kwietnia będzie tam można zapoznać się z intrygującymi polskimi winami i serami zagrodowymi, na to wydarzenie można się zapisywać na Facebooku. Kraków zapewnia genialną rozrywkę dla miłośników wszelkich słodkości. Razi mnie nieco anglojęzyczna strona Atelier Cookia, ale pewnie tkwił w tym jakiś tajemniczy zamysł. Nie odbiera to ponoć atrakcyjności pysznym makaronikom. W Gdańsku na wspólne i twórcze gotowanie warto wybrać się do Fumenti, które podobnie jak CookUp prowadzi także warsztaty dla dzieci.

Miłej zabawy!

Więcej o: