Astrożony - tajna broń NASA

Idealne matki, doskonałe partnerki, ikony stylu. Świeciły przykładem w kraju, zawstydzały kobiety zza żelaznej kurtyny, po latach zaś pokazały, że są jedynie ludźmi, podobnie jak ich mężowe. Kto taki? Żony astronautów z NASA.

Gospodynie z całego kraju otworzyły swoje lśniące egzemplarze magazynu "Life” i ujrzały siedem wspaniałych kobiet, które mogły stać się dla nich wzorem do naśladowania. Gdyby tylko i one mogły upiec szarlotkę lub blachę perfekcyjnych ciasteczek czekoladowych, tak jak robiła to Annie Glenn, to może ich mężowie staliby się bardziej produktywni, lepiej wyglądaliby w swoich szarych flanelowych garniturach i zaczęliby odnosić sukcesy zawodowe.

Pisze w swojej książce "Żony astronautów" reporterka Lily Koppel, Dokładnie o taki efekt chodziło przedstawicielom amerykańskiego rządu, gdy wybierali kandydatów na astronautów do pierwszego programu kosmicznego Merkury.

Skończyła się wojna, niech żyje wojna!

Lata pięćdziesiąte. Zachodni świat otrząsa się z popiołów i gruzów II Wojny Światowej. Wiele państw jeszcze nie okrzepło po zmianach, ale dwaj rozpędzeni giganci - USA i ZSRR nie zamierzali wcale spowalniać rozwoju technologicznego nakręconego przez wojenne działania. Morale w narodzie amerykańskim siada, strach przed komunistami - wręcz przeciwnie: narasta. Ten sam strach, którego najkoszmarniejszym ucieleśnieniem stała się niesławna komisja McCarthy'ego i jej "polowanie na czarownice”, jak nazywano wyłapywanie potencjalnych komunistów - wrogów narodu. Ku uciesze polityków rozpoczyna się nowy wyścig - w górę, ku gwiazdom. W tej walce amerykańska agencja NASA z miejsca trafia na drugą pozycję. Niestety to pojedynek, w którym liczy się tylko pierwsze miejsce. Zwycięzca bierze wszystko. Rosjanie mają już za sobą wystrzelenie pierwszego sztucznego satelity, pierwszą misję z nieszczęsną Łajką na pokładzie. Właśnie przygotowują się do lotu pierwszego człowieka. Amerykanie mają coś w zanadrzu, projekt znacznie bardziej kompleksowy. W ich misjach kosmicznych mają brać udział bardzo starannie wyselekcjonowani kandydaci - zdrowi, odpowiednio zbudowani (byle nie nazbyt wysocy! w kapsułach kosmicznych każdy centymetr jest starannie zagospodarowany!) herosi, którzy nie tylko dobrze będą prowadzić statek kosmiczny, ale też doskonale wyglądać na zdjęciach i w tekstach publikowanych na łamach czasopism - nie naukowych, a masowych: tygodników, dzienników, wreszcie: w relacjach telewizyjnych. Musieli też posiadać żony i dzieci.

Jeśli zastanawiacie się do czego NASA potrzebne były żony astronautów, Lily Koppel, autorka książki poświęconej właśnie im, przynosi odpowiedź - to właśnie te kobiety, które zostawały w domu, gdy ich mężowie ruszali na podbój kosmosu, były bardzo wygodnym narzędziem promocyjnym dla rządu USA.

Idealne Panie Domu ery kosmicznej: astrożony uczestników misji Apollo 11: Sue Bean, Barbara Gordon i Jane Conrad (fot. mat. promocyjne)Idealne Panie Domu ery kosmicznej: astrożony uczestników misji Apollo 12: Sue Bean, Barbara Gordon i Jane Conrad (fot. mat. promocyjne)

Żony astronautów to żony wierne, Penelopy. To te osoby, które miały w mediach pielęgnować amerykański mit i amerykański styl życia. Na ich barkach spoczywała cała odpowiedzialność za utrzymanie rodziny w garści, za wychowywanie dzieci i ogarnianie domu. NASA starała się podsycać stereotyp, że oto miejsce kobiet jest przy dzieciach i w kuchni. Od wstawania o piątej rano, by naszykować mężowi odpowiednio zbilansowane śniadanie przed lotem (jajka i bekon to zdaniem agencji rządowej fundament pierwszego posiłku każdego pilota), przez czuwanie przy "szczekaczce” - głośniku umożliwiającym podsłuchiwanie tego, co dzieje się na pokładzie statku kosmicznego, po "nie zawracanie mu głowy” doczesnymi sprawami, gdy wraca do domu. Prędzej powinny każdego wieczora podać puszkę piwa i gazetę, niż powiedzieć "jestem zmęczona, może to ty wyrzucisz dzisiaj śmieci”.

Astro Big Brother

Żony uczestników misji kosmicznych, zwłaszcza pierwszej - Merkurego, miały zaświadczać o swej domowej perfekcji nie tylko słowem, ale i czynem. Po raz pierwszy w historii amerykańskich mediów doszło do takiej sprzedaży - kobiety podpisały umowę z wydawcą magazynu "Life" - one sprzedają swoją prywatność i codzienność, wpuszczają do mieszkań reporterów, pozwalają się obserwować, fotografować, następnie zaś opisywać, w zamian wydawca funduje im godziwe warunki życia. Jak to? Ano tak, astronauci rekrutowani byli z grona wojskowych pilotów oblatywaczy, którzy żyli na walizkach przemieszczając się od bazy do bazy. Może ich rodziny nie żyły w koszarach, ale domy oferowane przez wojsko nie należały do luksusowych. To było tanie budownictwo mieszkaniowe - ciasne domki ze sklejki, bez wygód.

Wydawca magazynu "Life" dał dziewczynom i ich dzieciom szansę na zbudowanie czegoś trwalszego, one zaś miały stać się celebrytkami nowej generacji. Amerykanie mieli już pierwsze gwiazdy Hollywoodu, prasa żyła też skandalami z życia znanych piosenkarzy, Jackie Kennedy stawała się pierwszą taką Pierwszą Damą, ale astrożony miały coś więcej - tę zwyczajność, która pozwalała innym kobietom z całego kraju utożsamiać się z nimi. Teoretycznie mogły to być twoje koleżanki z sąsiedztwa, kobiety, które mijasz w supermarkecie, a przy okazji miały być WZOROWE. Oto obecne i przyszłe żony z całego kraju dostały swój nowy ideał - kobiety skromnej, dobrze ubranej, zadbanej, jednocześnie silnej, ale pozostającej w cieniu męża i podporządkowującej całe swoje życie życiu rodziny. Astrożony stały się eksperymentem i produktem. W pakiecie z astrożonami czytelniczki otrzymywały astro szminki, astro fryzury i astro styl życia zderzający staroświeckość z nowoczesnością, taki konserwatyzm postępowy.

Obraz większy niż prawda

Żony skrupulatnie przestudiowały piętnastostronicowy materiał zatytułowany "Siedem odważnych kobiet stojących za astronautami”. Dzięki retuszom i redaktorskim sztuczkom "Life” przemienił siedem bardzo różnych i skomplikowanych kobiet w idealne, jednowymiarowe amerykańskie gospodynie. Nie było żadnych wzmianek o domowych problemach.

W ten sposób żony astronautów przypominać zaczęły pierwowzór "Żon ze Stepford". Na szczęście w prawdziwym, nie medialnym życiu we wspólnym astromiasteczku Togetherville nie było żadnego trucia, spisku i nie było morderstw. Toczyło się normalne, ciężkie życie. Pełne drobnych spięć natury towarzyskiej, stresu, obaw i codziennych problemów. Książka Lilly Koppel skupia się właśnie na tym wycinku rzeczywistości. Opowiada o sympatiach i antypatiach w ramach "Klubu Żon Astronautów”, jak kobiety same siebie nazwały, o pierwszych starciach z papparazzi, wdzieraniu się mediów w życie, przede wszystkim zaś o tym, jak wiele te kobiety musiały zamiatać pod dywan.

Chodzi już nie tylko o papierosy palone nałogowo, paznokcie obgryzane z nerwów (nerwy? jakie nerwy, żony astronautów muszą być przecież silne!), ale też problemy psychiczne wynikające z nieustannego strachu o śmierć partnera. Śmierć astronauty zaś - jak pokazały kolejne doświadczenia astrożon, była brutalnym końcem wszystkiego. Kobieta zostawała pozbawiona opieki, przywilejów, domu, była odsuwana w cień, NASA najchętniej wymazywałoby takie osoby z historii, bo stawały się żywym dowodem porażki i uosobieniem wszystkich lęków pozostałych astrorodzin. Najgorsze zaś stawało się to, że astrożony całe swoje dorosłe życie poświęcały mężom i domowi, zostając zaś wdowami miały poczucie, że stają się nikim. Żony astronautów musiały też mierzyć się z problemem zdrady małżeńskiej, na którą po cichu dawała przyzwolenie sama agencja NASA. Nikt nie mówił głośno o cenie, jaką płacą astrożony za to wszystko. O terapiach psychiatrycznych, czy o leczeniu się z nałogu alkoholowego.

Barbara Young podczas śledzenia misji Gemini 3, w której bierze udział jej mążBarbara Young podczas śledzenia misji Gemini 3, w której bierze udział jej mąż

Reportażowa opowieść Lily Koppel na szczęście nie skupia się na sensacji, raczej pozwala zdać sobie sprawę, że ideały nie istnieją. Przy okazji pokazuje też jak pionierskie czasy podboju kosmosu były jednocześnie czasami niedoróbek i nadmiernej buty. Daje wreszcie szansę na spotkanie z kobietami z krwi i kości, tymi, które w swym braku perfekcji są prawdziwie doskonałe, a właściwie wystarczająco dobre i wystarczająco silne. Czy w XXI wieku jest jeszcze miejsce na takie opowieści? Właściwie to każdy moment jest dobry na demitologizację pewnych postaw. Na to, by zdać sobie sprawę, że nie jest prawdą, że "kiedyś żyło się lepiej”, za to prawdą będzie stwierdzenie "kiedyś żyło się inaczej”. Fakty zaś pozostają niezmienne. Na 30 "perfekcyjnych” astromałżeństw biorących udział w programach Merkury, Gemini i Apollo, próbę czasu przetrwało tylko siedem. A same astrożony z czasem miały już dość czekania na mężów w domu.

Kobiety na księżyc!

Z jednej strony idealne amerykańskie gospodynie domowe poczuły potrzebę emancypacji - o tym, która z nich pozwała do sądu jednego z podwykonawców części do statków kosmicznych, która jako pierwsza wzięła rozwód, a która została świetną felietonistką i zyskała własny program w telewizji dowiecie się już z samej książki "Żony Astronautów”, albo z serialu, który właśnie powstaje. Astrożony chciały czegoś więcej - chciały wierzyć, że przyjdzie czas na kobiety w kosmosie. Tu znów prztyczka w nos Amerykanom dał Związek Radziecki, w końcu to nie jakaś Jane, czy Sue, a urodzona w Maslennikowie lotnik, inżynier, dawniej pracownica fabryki opon, Walentyna Tiereszkowa została "pierwszą w świecie podniebną miss”.

Przez wiele lat opinia publiczna po obu stronach żelaznej kurtyny nie zdawała sobie sprawy, jak sromotną klęskę poniosła agencja kosmiczna NASA w walce o podbój kosmosu przez kobiety. Zanim Annie Glenn po raz pierwszy spędziła bezsenną noc na Ziemi czekając aż jej mąż John okrąży planetę w swoim wątłym statku, Dr Lovelace, opiekun medyczny amerykańskich astronautów, ale też selekcjoner, ten który decydował o przyjmowaniu kolejnych kandydatów, uruchomił specjalny, tajny program. Dr Lovelace chciał udowodnić, że kobiety są lepszymi astronautami nie tylko dlatego, że są drobniejsze i lżejsze od mężczyzn, ale rzadziej chorują na serce, lepiej radzą sobie ze stresem i potrafią działać wielozadaniowo. 13 kandydatek przeszło te same testy, co męscy uczestnicy programu Merkury, w wielu z zadań były nawet lepsze. Program jednak z dnia na dzień został zamknięty. Podobno NASA nie chciała nawet słyszeć o takim rozwiązaniu, a wspomniany już John Glenn był jednym z tych astronautów, którzy opiniowali przeciwko żeńskim uczestnikom misji kosmicznych. I tak program Mercury 13 zakończył się w 1962 roku, czyli rok przed lotem Walentyny. Kobiety, które brały udział w badaniach doktora Lovelace zostały bohaterkami innej książki, póki co niedostępnej w języku polskim.

Na pierwszą amerykańska kobietę w kosmosie NASA kazała czekać aż do 1983 roku, gdy na pokładzie Challengera znalazła się astrofizyk Sally K. Ride. Co ciekawe, to nie ona została pierwszą kobietą, która miała okazje odbyć spacer kosmiczny poza kapsułą statku. Tego rok później dokonała uczestniczka radzieckiej misji, Swietłana Sawicka.

Swietłana Sawicka, pierwsza kosmiczna spacerowiczkaSwietłana Sawicka, pierwsza kosmiczna spacerowiczka

Do dziś w kosmos poleciało 57 kobiet, ostatnie dwie to uczestniczki chińskich misji Shenzou 9 i 10. Jedna kobieta (pochodząca z Iranu inżynier Anousheh Ansari) została pierwszą kobiecą "kosmiczną turystką”. Niewiele razy zdarzyło się, by kobietom oddano stery lub dowództwo misji. Żadna kobieta jak dotąd nie postawiła nogi na księżycu. Wracając do tego, co już się wydarzyło, oraz tego, co wciąż jest nienapisane - polskie wydanie "Żon Astronautów” zdobi cytat z wypowiedzi Emilii Hermaszewskiej: "W Gwiezdnym Miasteczku przeżyłam historię całkiem odmienną, ale równie ciekawą jak ta". Cóż, to właśnie jedna z takich historii, których jeszcze nie opowiedziano. Mam nieodparte wrażenie, że pokazanie prawdziwego, lub zakulisowego życia kobiet związanych z radzieckimi misjami kosmicznymi byłoby znacznie większym reporterskim wyzwaniem. Może jeszcze kiedyś doczekam się takiej książki.

Żony astronautówŻony astronautów

Lily Koppel

"Żony astronautów"

wyd. Znak (2014)

Więcej o: