Poznajcie serial "Dolina Krzemowa" i jego pierwsze prawo: wszyscy zostaną wyśmiani

Co otrzymamy z wymieszania "Teorii Wielkiego Podrywu", "The Office" i "Social Network"? Nie wiem, ale mam dobre przeczucia, że nawet nie kojarząc nazwisk "Wszystkich świętych od internetów" i nie znając rozwinięcia skrótu HTML* możecie dobrze się bawić, oglądając najnowszy serial HBO.

Spośród wielu amerykańskich mitów, ten o Dolinie Krzemowej był mi bliski. Najpierw, słuchając pierwszych, snutych przez mojego ojca opowieści o tym miejscu wyobrażałam sobie, jak przystało na dziecko, że to takie spokojne i zielone miejsce, w którym drzewa owocują układami scalonymi, a geniusze wymyślają nowe, lepsze komputery, sprawniejsze programy i piękniejsze mikrochipy. Nie widziałam żadnych szklanych domów, tylko ludzi, którzy tam po prostu są, chodzą sobie i rzucają pomysłami, niczym siewcy nasionkami. Nie pytajcie skąd ta wizja. Wiedzcie jedno - autorzy serialu "Dolina Krzemowa” zadbali o to, żeby srogo ją wyśmiać (a przy okazji pokazali, że nie drzewa, tylko agawy, nie nasiona, lecz chmury - dlatego warto wytrwać do trzeciego odcinka).

Faktem jest, że tych kilka miast, które wypączkowały w południowym krańcu zatoki San Francisco, stało się kuźnią talentów i inkubatorem nowych rozwiązań technicznych. Dolina Krzemowa ma swoich herosów: Williama Schockleya, jego imiennika Hewletta, Davida Packarda i Fredericka Termana, Roberta Noyce'a i Gordona Moore'a, Tedda Hoffa, Mike'a Markkulę, no dobra długo by wymieniać, a ile bym nazwisk nie podała i tak uprzecie się, że są inni, ważniejsi, oraz "jak można było pominąć ”. Na pytanie kto lepszy i kto ważniejszy (zwłaszcza w temacie dwóch Steve'ów: Jobsa i Wozniaka) scenarzyści "Doliny Krzemowej” też mają swoją odpowiedź. Dolina Krzemowa - ta realna - ma oprócz owych "świętych”, swoje miejsca kultu. Na przykład Palo Alto - będące symbolem najkrzemowszej krzemowości w dolinie. Ma swoją "szopkę z Betlejem”- garaż Packarda, w którym wraz z Hewlettem założyli firmę dając początek #wszystkiemu. Ma też takie miejsca jak Googleplex - współczesną utopię, w której ludzie jeżdżą sobie darmowymi rowerami i jedzą darmowe posiłki dumając nad zmienianiem świata na lepsze i nad wprowadzaniem jak najbardziej masowych i jak najtańszych udogodnień.



Mimo tego, że Dolina Krzemowa jest kolebką wielu hi-techowych rozwiązań, etos pracy ma tu hipisowski sznyt: cyberprzestrzeń, medytacja, narkotyki i darmowe programy. To jedno z tych miejsc, w których William S. Burroughs mógł publikować w tym samym czasopiśmie, co Bill Gates. Chodzi oczywiście o "Mondo 2000” - ukazującego się w latach 1984-98 protoplastę popularnego magazynu "Wired”.

"Tematyka pisma obejmowała wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od przyszłości: komputery, cyborgizacja, psychodeliki, smart drugs, wirtualny seks. Archiwum magazynu pozostaje najlepszym i najbardziej zadziwiającym kompendium czasów, w których kształtował się doskonały technoczłowiek (...). Ten wizjonerski optymizm był właściwy dla swoich czasów. Lata dziewięćdziesiąte w Kalifornii dowodzą tego, jak utopia może rozkwitnąć w sprzyjających warunkach technologicznych i ekonomicznych.”

- tak o "Mondo 2000" w artykule "Przyszłość jest Kalifornią. O internetowych utopiach i reality hacking” pisze Olga Drenda (magazyn "Trans/wizje” nr4/2013).

W swojej książce "Ameryka nie istnieje” Wojciech Orliński, uzupełniając niejako ten obraz zastanawia się, co by było, gdyby to naukowcy z Lafayette w stanie Indiana, a nie z Palo Alto odnieśli sukces. Skąd takie rozważania? Otóż wiele lat temu, w odległej galaktyce zdarzyła się taka sytuacja:

"Bell Labs (naukowo - badawczy oddział telekomunikacyjnego monopolisty AT&T) finansował równolegle dwie ekipy naukowców próbujących wykorzystać teoretycznie to, co dekadę wcześniej przepowiadali teoretycy od mechaniki kwantowej: że z materiałów półprzewodnikowych, w których naturalne nieczystości tworzyły naturalne diody (...), można będzie skonstruować sztuczną triodę, która spowoduje przewrót w elektronice. Sukces odniosła trójka pracująca w Kalifornii..." (Wojciech Orliński, "Ameryka nie istnieje”, wyd. Pascal)

Wnioski Orliński wysuwa następujące: gdyby ci z interioru pokonali hipisów z Kalifornii, zapewne nikt dziś nie pisnąłby nawet słowem o konieczności powszechnej darmowości programów (i dóbr kultury dostępnych w sieci), a postęp w informatyce byłby zdecydowanie wolniejszy. Nie moglibyśmy też żyć mitem o kalifornijskiej utopii.

Nie jestem jakąś grubą rybą, dlatego póki co siedzibę Google mogłam odwiedzić tylko raz. Tę w Warszawie. Centrum miasta, niemal żadnego logo na zewnątrz, za to przyjazny neon nad recepcją. Logowanie się zamiast wpisu w książce gości, QR kody, uprzejme pouczenia o "zakazie fotografowania" i "zakazie wynoszenia poufnych danych”. Wreszcie kolorowe i sympatyczne przestrzenie. Żadnego podziemnego parkingu dla gości - "Nawet nasz szef jeździ do pracy komunikacją miejską". W Dolinie Krzemowej mają sporo darmowych udogodnień, w Warszawie - dopłaty do kart miejskich. Wreszcie nieco odmienna biurowa etykieta i dress-code: spotykam samych miłych (w niewymuszony sposób) i otwartych ludzi odklejonych od biurek (ale "przyklejonych" do "rozmyślania o projektach”) w ciuchach, w których mogliby równie dobrze siedzieć nie w firmowej kuchni, a na warszawskiej plaży, zamiast ożywionych rozmów o nowych ulepszeniach gadać o nowym odcinku zabawnego serialu. W Stanach to już jest bardziej "luz na pokaz" i "luz przymusowy" - takie obserwacje też znajdziecie w książce Orlińskiego. Kiedy autor pyta jednego z zawodowych "venture capitalists”, czyli osób załatwiających kapitał przedsiębiorstwom w fazie rozruchu, rozmówca wyjaśnia, że nawet jeśli luz jest wymuszony - pozostaje koniecznością w świecie, w którym miliarderzy codziennie muszą spotykać się z potencjalnymi przyszłymi milionerami (obecnie bez grosza przy duszy). Luz służy niwelowaniu barier.

"Najbardziej na świecie [miliarder - inwestor] boi się tego, że ktoś, kto ma jakiś dobry pomysł, nie skontaktuje się z nim , bo samochód i kierowca go onieśmielą”.

To dobry moment, by wreszcie powiedzieć kilka słów o samym serialu. Akcja zawiązuje się, gdy młody idealista Richard ma pomysł na stronę internetową, na której muzycy będą mogli sprawdzić, czy nikt nie narusza ich praw autorskich. Sam nawet nie wie, jak potężne narzędzie trzyma w rękach - nie chodzi już nawet o wykrywanie złodziei pomysłów ("wszyscy kradną, zwłaszcza Radiohead"), ale o algorytm, czyli o genialne narzędzie, które "przy okazji" stworzył pisząc swój program. Złośliwi koledzy z pracy proszą go o pokazanie swojego "dziecka”, oczywiście tylko po, to, żeby w wolnej chwili okrutnie sobie zażartować z Richarda ale gdy zauważają jaki potencjał biznesowy drzemie w algorytmie, który pozwoliłby na kompresowanie dużych plików do małej objętości bez utraty jakości - przestaje im być do śmiechu, zapewne niektórym widzom serialu "Dolina Krzemowa” także. Ewentualnie śmieją się przez łzy. Ten serial po prostu drwi na równi ze wszystkich: młodych ideowców, którzy wierzą, że mogą być następnymi Wozniakami, Jobsami, albo Zuckerbergami, tych, którzy rzucili studia, by użyźniać glebę innowacyjnymi funkcjonalnościami, oraz tych, którzy studia skończyli, by kontestować start upy (pomysły na biznes wymagające doinwestowania) " prosto z kanapy i internety” robione przez tamtych wyrzutków.

Bohaterowie Bohaterowie "Doliny Krzemowej" w pozie "Na zamyślonego Jobsa"

Uroczo naigrywa się z tych niby luzackich, ale jednak korporacji, z żargonu i dziwnych zwyczajów. Z wizjonerów, którzy każą sobie zamawiać wszystkie hamburgery z Burger Kinga by zdecydować, czy będą dotować jakąś firmę, czy nie, wreszcie z tego new age'owego aromatu (zapewne trącącego nutką olejku paczuli i żywicą drzewa sandałowego) unoszącego się nad guru wielkich firm Panów "potrzeba zmiany, by dokonać zmiany”, szefów, którzy zrobią wszystko, by "czynić świat lepszym miejscem”. Drwi z ludzi, którzy nie potrafią wymyślić nic ponad binarną zupę, i z tych, którzy przez całe życie odcinają kupony od dawno zapomnianych innowacji, drwi z "kolesiowskich" imprez firmowych i z podziałów społecznych.

Serial rozkręca się powoli. Pierwszy odcinek był zabawny, ale ciężkawy, nie mniej jednak zakończył się w takim momencie, że oczywiście musiałam NATYCHMIAST obejrzeć drugi odcinek, a po nim oczywiście trzeci (jak do tej pory bezapelacyjnie najlepszy!). Czy to jest serial, który zrewolucjonizuje moje życie i na zawsze odmieni świat wszystkich seriali? Być może. Już teraz jednak "Dolina Krzemowa” zbiera swoje żniwa.

Po pierwsze: prawdziwa strona internetowa programu "Pied Piper” została uznana przez TechCrunch za  lepiej działająca i wyglądającą niż większość prawdziwych stron takich start up'ów. Polecam klikać. Nie tylko dlatego, że zawiera piękne w swej pokracznej precyzji zdania: "we intend to deploy an integrated, multi-platform functionality of all conceivable applications of the algorithm, that we hope will make the world a better place through compression services across diversified market segments”, ale także profile członków projektu - bohaterów serialu.

Pied Piper - tak dobry, bo nieprawdziwy?Pied Piper - tak dobry, bo nieprawdziwy?

Po drugie mimo swej satyrycznej formy "Dolina Krzemowa” jest najprawdopodobniej jednym z najprawdziwszych współczesnych portretów tego miejsca. Znów przywołam Wojtka Orlińskiego bo a) był, widział b) pozostaje "nasz, własny, z Polski”. Napisał, że ta realna Dolina Krzemowa zmieniła się we własną parodię. Potwierdzeniem tego jest choćby wymiana tweetów, którą ostatnio podrzucił Artur Kurasiński.

Prawda...

Cóż, nic dziwnego - twórca "Silicon Valley" to Mike Judge - ten sam złośliwiec, który odpowiada za powołanie do życia Beavisa i Butt-Heada, ale też człowiek przez kilka lat pracujący jako programista w Dolinie Krzemowej. Wspierający go scenarzyści bacznie obserwowali wszystkich (nie)świętych od internetów - nie tylko z Palo Alto i okolic: od Elona Muska po Jeffa Bezosa, obejrzeli wykłady z serii TED - tym samym zebrali potężne naręcze dobrze nadmuchanych próżnością i samozadowoleniem balonów. W każdym kolejnym odcinku z lubością wbijają szpile upuszczając powietrze z tychże. Miło na to patrzeć. Mam nadzieje, że zanim przebiją ostatni ze zgromadzonych dotychczas balonów, zdążą zebrać kolejny plon, tak, by pozostać na fali wznoszącej. Trzymam za nich kciuki, tak jak i za bohaterów serialu. Dopinguję więc tego upartego gamonia Richarda, pogłaskałabym też po łepetynie Big Heada (tylko, proszę, niech nie wywinie brzydkiego numeru!), pogoniłabym tego oportunistę o image'u Big Lebowskiego, Pana Aviato, i napluła do yerba mate szefowi Hooli. Aha. Uwielbiam czołówkę tego serialu.

Silicon Sim City Valley Silicon Sim City Valley

*rozwinięcie skrótu H.T.M.L. według napisu na koszulkach Erlicha Bachmanna, założyciela Aviato, jednego z bohaterów serialu "Dolina Krzemowa” to: "How To Meet Ladies”

Więcej o: