Nostalgia za latami 80. po polsku i po amerykańsku

To pewnie jeden z objawów starzenia się (tfu! dojrzewania!), ale nostalgia towarzyszy nam ostatnio często - wraca echem w tekstach, rozmowach, lekturach, coraz najtrętniej powtarzanych "a pamiętasz?". Jeszcze chwila i będziemy mówić: "a za naszych czasów..." Bo za naszych czasów było lepiej, prawda? A na pewno inaczej.

Ostatnio sporo myślałam o tym, jak moje własne dzieciństwo różniło się od tego, które jest teraz udziałem moich córek. Że jako dzieci w latach 80. mieliśmy mniej rzeczy (co wynikało głównie z ograniczeń systemu), za to więcej swobody (bo rodzice jakoś mniej się nad nami trzęśli - co nie znaczy, ze pozwalali nam na wszystko). Przypomniałam sobie wszystkie zakazane rewiry, gdzie były najlepsze zabawy, granie z całą bandą zaprzyjaźnionych dzieci z okolicy w podchody do zachodu słońca, zapach chińskich piórników i smak jogurtu owocowego, na dostawę którego czekało się pod sklepem. Ach, nostalgia - łatwo jej ulec, wzruszyć się, wyretuszować obraz usuwając z niego wszystkie rzeczy przykre, brzydkie, smutne.

Jak na kliszy Orwo... fot. Sony XperiaJak na kliszy Orwo... fot. Sony Xperia

Ale choć uniwersalna nostalgia nie jest jednolita - ma różne stopnie i odcienie, co uświadomiłam sobie wyraźnie, czytając dwie książki: amerykańską powieść SF "Player One" (wbrew pozorom to polski tytuł) Ernesta Cline'a oraz "Znaki szczególne" - esej Pauliny Wilk, czy - jak głosi podtytuł - "Pierwszą autobiografię pokolenia urodzonych około 1980 roku - dzieci polskiej tranformacji". Mimo oczywistych różnic - tam czysto rozrywkowa powieść, tu refleksyjna proza z ambicjami stawiania społecznych diagnoz - obie te pozycje łączy jedno: mit cudownego, idyllicznego dzieciństwa, które było udziałem dzieciaków urodzonych w latach 70. - zarówno w fikcyjnej Ameryce, jak i w aż nadto realnej Polskiej Republice Ludowej.

Cline przedstawia drugą połowę lat 70. i lata 80. w Stanach jako czas rozkwitu młodzieżowej popkultury: gier komputerowych, filmów, seriali, które rządziły wyobraźnią dzieciaków, dając im poczucie wtajemniczenia, uczestnictwa w czymś niedostępnym dla innych - stanowiły rozrywkę, ale też dawały ucieczkę od świata dorosłych. Eskapistyczny walor "Gwiezdnych wojen", "Star Treka", czy choćby poczciwego "Pac-Mana" nabiera znaczenia w zderzeniu z Ameryką przyszłości, w której rozgrywa się akcja książki. Świat A.D. 2044 to ponure miejsce, toczone rozkładem. Jedyną ucieczką przed głodem, zimnem, degradacją środowiska i upadkiem cywilizacji jest wirtualny świat gry OASIS, w której główny bohater książki przybrawszy przydomek Parzivala (jakże nieprzypadkowo) toczy śmiertelny bój ze stugłową hydrą bezecnej korporacji, która nie ma szacunku dla idealistycznie pojmowanej rozrywki. I chciałaby ją monetyzować. Jak Mark Zuckerberg, nie przymierzając.

Zostawiwszy na boku naiwną symbolikę książki i czasem zbyt natrętne paralele między tym, co znamy z naszego (nieco już wirtualnego, jakby nie było) "realu" a światem przedstawionym w powieści, to nostalgia jaką budzi jest prawdziwa. Och, pamiętacie te czasy, kiedy zbiorowo przeżywaliśmy fakt, że Vader jest ojcem młodego Skywalkera, chcieliśmy jeździć na latających deskorolkach jak Marty McFly w przyszłości, umieraliśmy ze śmiechu oglądając "Gliniarza z Beverly Hills" albo chodziliśmy po lekcjach do kogoś "na komputer", by - odczekawszy na swoją kolej - zagrać partyjkę "Tetrisa"? To były czasy! Ależ było wspaniale! A kto tego nie zna i nie przeżył, ten nie jest jednym z nas. Proste?

"Player One" fot. Sony Xperia

Poczucie pokoleniowej wspólnoty silnie podkreślone jest też w tekście Pauliny Wilk. W świecie przymusowej urawniłowki siłą rzeczy wszyscy mieliśmy to samo. Nosiliśmy te same Relaksy (szczyt hipsterksiej mody obecnie), jeździliśmy na Wigrach i Jubilatach, oglądaliśmy "Smerfy" jako niedzielną dobranockę, kolekcjonowaliśmy historyjki z Donaldów, wyciągaliśmy od rodziców drobne, by kupić sobie oranżadę w woreczku i dzieliliśmy się się paczką Vibovitu, by każdy mógł sobie nabrać szczyptę szczypiącego proszku na czubek języka.

Znaki szczególne fot. Sony XperiaZnaki szczególne fot. Sony Xperia

Mieliśmy niewiele, więc cieszyły nas rzeczy nowe (czy dzieciaki dzisiaj przeżywają, tak jak my, swoje pierwsze rowery, zegarki, czy komputery?), zaś ekonomiczne nierówności rzadko rzucały się w oczy. No chyba, że ktoś miał możliwości i mógł przyszpanować pięknym piórnikiem z RFNu zamiast zwykłym, chińskim. A jak rodzice mieli więcej forsy to mogli kupić w Peweksie prawdziwą Barbie, a nie tańszą Fleur, którą miałam ja (ale kochałam ją najbardziej! I jak już na skraju dzieciństwa jako 13-latka dostałam tę niegdyś wymarzoną Barbie, to nie potrafiłam wzbudzić w sobie do niej żadnych uczuć. "Kochać cię już dzisiaj za późno", jak śpiewał zespół Kombii). Ach, jakież to byly cudowne lata - no właśnie: "Cudowne lata" też się oglądało - tę nostalgiczną opowieść o dorastaniu na amerykańskich przedmieściach w latach 60...

Paulina Wilk przeciwstawia te nasze "cudowne lata" 80. współczesności - ekonomicznemu kryzysowi;  technologii, która pozornie nas łączy, ale tak naprawdę odgradza nas od siebie i niszczy więzi; kulturze nadmiaru, konsumpcji i korporacji. Mam wrażenie, że w swoich społecznych diagnozach zbliża się zresztą do Cline'a, który też zdaje się winić słynną korporacyjną chciwość za całe zło tego świata (a ten jak wiadomo przed czasami korporacji był cudownym, cichym, sympatycznym miejscem, bez wojen, niesprawiedliwości i innych takich przykrych spraw - łza się w oku kręci normalnie).

Tym, co różni te dwie nostalgiczne narracje, jest jednak istotny szczegół - Wilk tęskni za światem, którego nie ma, w którym ciągłość została przerwana - rok 1989 był przeskokiem porównywalnym chyba z przejściem do innego z wirtualnych światów OASIS. Cline, przywołując artefakty swojej młodości, tęskni za światem, który nigdy nie istniał - to znaczy poza światem fikcji. OASIS jest próbą ożywienia tych wszystkich nieistniejących fikcyjnych światów, w których rozgrywały się młodzieńcze fantazje wielu naszych zachodnich rówieśników. Bo nasze chyba jednak nie, przynajmniej nie w takim zakresie - jednak mieliśmy ograniczony dostęp do popkultury. Mniej tego wszystkiego do nas docierało. Bardzo pouczające jest BuzzFeedowe zestawienie 50 rzeczy, które tylko dzieciaki z lat 80. mogą zrozumieć. Ja nie rozumiem nawet połowy.

Ale nostalgia pozostaje nostalgią. Będziemy ją odczuwać tak czy siak. Nawet jeśli czasem ktoś się zżyma, że "nie wypada" tęsknić za tym, czy innym fragmentem dziejów. Jak ujął to niemiecki pisarz Thomas Brussig w zbiorze "Nostalgia: Eseje o tęsknocie za komunizmem""Odczuwamy nostalgię, bo jesteśmy ludźmi".

Każdy człowiek, lub może prawie każdy, odczuwa nostalgię. I prawie każdy chętnie wspomina. Niemcy wschodni nie mają żadnej innej przeszłości niż życie w NRD; nikt zresztą, kto dorastał w sowieckiej strefie wpływów, nie ma innej przeszłości, niż przeszłość totalitaryzmu. Przedmiotem naszych wspomnień może być tylko tamten niepiękny czas. Ale w zaskakujący i cudowny sposób okazuje się, że wspominanie coraz bardziej upiększa przeżyte czasy. Mój dziadek też uważał, że I wojna światowa to było coś wspaniałego. W proces ludzkiego wspominania potajemnie wkrada się upiększanie i nie da się go wykorzenić, nawet kiedy chodzi o tak sporną sprawę, jak wspomnienia o totalitaryzmie.

Panie, bo przed wojną (mniejsza o to którą - pierwszą, czy drugą w Zatoce Perskiej) wódka była tania, a my byliśmy piękni i młodzi. To były czasy...

Więcej o: