Z pamiętniczka supermamy: szanujmy superbohaterów w mieście pełnym przeszkód

Nie robię tego często, ale czasem zdarza się sytuacja i muszę... Muszę dokonać rzeczy na miarę supermamy, czyli wrzucić progeniturę do wózka i zabrać do MIASTA, aby pozałatwiać sprawy.

Niby chleb powszedni, a jednak wyzwanie i źródło stresu. Tym razem zapomniałam się zestresować przed wyjściem i przygotować psychicznie na wyzwanie, jakim jest załatwianie spraw w MIEŚCIE z dzieckiem w wózku. Toteż dałam się MIASTU zaskoczyć i świeżym spojrzeniem zobaczyłam, ileż to przeszkód czyha na mnie, na wózek i na małego pasażera.

Pierwszym zaskoczeniem były dziurawe, nierówne chodniki. Ostrzega się rodziców, aby w napadach złości, czy bezsilności (w sumie to jedno i to samo) nie potrząsali niemowlakiem. Konsekwencją może być uszczerbek na zdrowiu rzutujący na rozwój dziecka, a nawet utrata życia. Czemu nikt nie poinformował płyt chodnikowych, że maja nami nie potrząsać?! Główka dziecka latała w te i wewte. Na szczęście na spacery zabieram ze sobą poduszeczkę. Chociaż poduszeczki pod głowę nie powinno się niemowlakom podkładać. Ale co tam, szybka analiza za i przeciw, i wybrałam skrzywienie kręgosłupa, uznając, że zespół potrząsanego dziecka jest bardziej szkodliwy.

Drugim zaskoczeniem był (skądinąd oczywisty) brak podjazdów dla wózków. Że też planując załatwianie spraw nie uwzględniłam, że nie wszędzie wózki są mile widziane. Doprawdy, trzeba było wybrać tylko te lokale, do których z wózkiem mogę wjechać, mnie tu się nie wiadomo czego zachciewa! Salon Play'a, notariusz, gabinet dentystyczny, kosmetyczka, cukiernia - pffff! Przy okazji odkryłam szereg miejsc, które mają podjazdy dla wózków (na przykład przychodnia). Problem w tym, że gdybym chciała wepchnąć wózek po takim podjeździe, to dziecko by mi wypadło jak nic! Kąt nachylenia tak skrajnie nieodpowiedni dla pchanego wózka, że ma się wrażenie, że ktoś sobie drwi ze „zmotoryzowanych” dzieci i ich wehikułów. W jednym z miejsc, które musiałam odwiedzić, pani obsługująca klientów, w odpowiedzi na moja uwagę, że przydałby się podjazd dla wózków (bo może człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy) odpowiedziała, że to nie jej problem. No, w sumie.

Trzecim zaskoczeniem były drzwi i wychodzący nimi ludzie. Otóż nie każde drzwi mają taką specjalną podpórkę, którymi można podeprzeć je po otwarciu. Drzwi się zamykają, a supermama musi w okamgnieniu wsunąć się przez te zamykające się drzwi z wózkiem. To taka w sumie scena znana z różnych filmów przygodowych, sensacyjnych itp. Bohater w ostatniej chwili wskakuje pomiędzy zatrzaskujące się skrzydła, czy tez przesuwa pod jakąś zatrzaskującą się klapą. Taki mam dla siebie bonus, ze mogę sobie wybrać, jaką postacią z filmów mam być - jakoś zazwyczaj wybieram Indianę Jones'a. Nie wiem, czemu. Pikanterii wsuwaniu się przez drzwi dodają ludzie, którzy wciskają się w te uchylone drzwi przed wózkiem, obok wózka, albo tak się im spieszy, że wyprzedzają wehikuł wraz z jego kierowcą, ale, oczywiście, nie przytrzymają drzwi, bo co tam. Każdy sam pracuje na swój tytuł superbohatera. Naturalnie, byłabym głęboko niesprawiedliwa, gdybym napisała, że wszyscy tak robią. O, nie! Zdarzają się chlubne wyjątki, którym teraz mam okazję serdecznie podziękować za to, że są i że są tacy życzliwi.

No dobrze, jestem mamą z wózkiem. Jestem supermamą. Mam sprawne ręce i nogi. Nie mam poważnych problemów z kręgosłupem i jestem w miarę silna i zdrowa. Podrzucę sobie ten wózek, zarzucę, ba, nawet dam radę podnieść, jak trzeba. Trochę postękam, rzucę mięsem tu i tam, nadenerwuję się i będę miała do siebie trochę pretensji, że tak niefrasobliwie wybieram trasy spaceru z dzieckiem. Mogę też oczywiście wrzucić dziecko w chustę, żaden problem, posiadam przecież sprawność chustomamy. Ale co z osobami, które nie są zdrowe i sprawne? A co z osobami, które same jeżdżą na wózkach? Przecież trasa mojego ostatniego spaceru, to dla nich wyzwanie praktycznie nie do pokonania. Przez brak wyobraźni są skazani na alienację, albo na ciągłe poleganie na innych. Wyobraziłam sobie, że w wyniku jakiegoś zdarzenia i ja siadam na wózek. Bez możliwości samodzielnego opuszczenia go. No i klops. Są miejsca, do których wjadę, jasne. Są nawet takie miejsca (mam na myśli lokale usługowe), w których tym wózkiem obrócę. Są takie miejsca. Ale wiecie co, na mojej ostatniej trasie miejsc, w których musiałam pozałatwiać różne sprawy, to poza przychodnią z szerokimi korytarzami, takich miejsc nie było.

Pamiętam z odległych już w czasie wakacji w Skandynawii, że było tam mnóstwo osób niepełnosprawnych. Zarówno na wózkach, jak i z chodzikami. Spotykało się ich na każdym kroku - w barach, w sklepach, w urzędach i bankach. Myślałam obie wtedy, że jest ich tam po prostu dużo. Że może więcej, niż w Polsce. Teraz myślę sobie, że oni tam byli, bo mogli tam być. I u nas też są. Ale być nie mogą, więc ich nie widać. Nie tak dawno temu, w galerii handlowej w Jankach zobaczyłam parę osób niepełnosprawnych na wózkach. Była z nimi ich córka, może ośmioletnia, pełnosprawna dziewczynka. Bardzo chciałam podejść i zapytać, jak uda im się wychowywać dziecko, skoro są przywiązani do wózków. Ja czasem na zdrowych nogach nie nadążam za moimi dzieciakami... Zabrakło mi odwagi. Ale wiecie co, oni z tą dziewczynką, z tymi zakupami, z oglądaniem plakatów, które dziecko raz po raz trącało bezwiednie i przewracało (a oni, te lecące plakaty łapali i odstawiali na miejsce) zostali moimi superbohaterami. Szkoda, że nie szanujemy naszych superbohaterów, tylko rzucamy im pod koła, a czasem pod chore nogi, te niesławne „przeszkody architektoniczne”.

Więcej o: