Czy "Przyjaciele" są istotami z odległej dekady naiwności? 10 lat po emisji ostatniego odcinka

Pierwszy odcinek najpopularniejszego sitcomu wszech czasów obejrzeliśmy, gdy Whitney Houston śpiewała "I Will Always Love You", a John Travolta i Uma Thurman tańczyli rock'n'rolla w "Pulp Fiction". Za to ostatni wyemitowano, gdy pierwsi użytkownicy zapisali się na Facebooka, naiwni po raz drugi wybrali George'a W. Busha na prezydenta, zaś analitycy z Wall Street jeszcze nie śnili o kryzysie. Czy dekada naiwnego dobrobytu byłaby równie naiwna bez Rossa i Rachel?

Gdy w połowie lat 90. na Canal+ leciał pierwszy odcinek „Przyjaciół”, Ross miał głos Jurka z „Klanu”, a Rachel sprane dżinsy „mamuśki”, o których marzyłam pół podstawówki. Pilota oglądałam z rodzicami, choć na film familijny się nie zapowiadało. Wejście było mocne. Estetycznie, obyczajowo, scenariuszowo. Dialogi iskrzyły się od błyskotliwych docinek, aktorzy byli młodzi i piękni, a Nowy Jork, z perspektywy transformacyjnej Polski, dumny i pyszny.

A zaczęło się tak: Ross opłakiwał odejście ukochanej żony do innej kobiety, a ja po raz pierwszy usłyszałam w telewizji słowo „lesbijka”. Przemoczona Rachel w sukni ślubnej wbiegła do kawiarni Central Perk, uświadamiając mi, że nie ma lepszego zawiązania akcji niż ucieczka panny młodej sprzed ołtarza. Od tej pory cotygodniowe seanse „Przyjaciół” stały się w domu rytuałem. I często nie tylko jednoczyły mnie ze starszym pokoleniem w gromkim śmiechu, ale i stanowiły całkiem niezłą bazę pod wychowawcze pogadanki o dorosłości, miłości i odpowiedzialności.

Ostatni odcinek, gdy Rachel i Ross nareszcie wyznają sobie dozgonną miłość, a Monica i Chandler odcinają pępowinę od przyjaciół, wyprowadzając się z nowo narodzonymi bliźniętami do domku pod miastem, oglądałam już w Warszawie, zaczynając właśnie pierwszą w życiu sesję. I czułam, że kończy się epoka. Dziesięć lat z „Przyjaciółmi” znaczyło dziesięć lat mojego dorastania. Czy mogę więc dzisiaj spojrzeć na nich - moich całkiem realnych przyjaciół bez sentymentalnego zachwytu?

Burzę wywołał tekst z amerykańskiego wydania magazynu „Vice”, który obwinia „Przyjaciół” za całe zło świata. Ale czy naprawdę „pokolenie znerwicowanych, egocentrycznych idiotów” to wychowankowie „Friendsów”? Czy Chandler, który przy tej jedynej odnalazł w sobie nieznane dotąd pokłady męskości był chodzącym kryzysem męskości? Czy Rachel, która już w pierwszym odcinku pocięła karty kredytowe ojca i została najgorszą kelnerką świata naprawdę była rozkapryszoną księżniczką? Czy Rossa, który miał porządną pracę i odpowiedzialne podejście do rodziny, można nazwać egocentrykiem?

Zarzuty z „Vice'a” wydają się być wyssane z palca. Autorów-hejterów wkurza to, że przyjaciele nie dyskutują o polityce, nie chodzą do kina i stać ich na drogie ubrania. Że są dalecy od "normalnego życia" jak Radom od Nowego Jorku. Ale co z tego, że Joey jest bezrobotnym aktorem, a mieszka w całkiem przyzwoitym mieszkaniu? Co z tego, że Rachel nie słucha Nirvany? Co z tego, że Ross przez całe życie, dosyć naiwnie, umówmy się, kocha jedną kobietę, aż w końcu ma z nią dziecko i chce spędzić z nią resztę życia? Kto zabroni scenarzystom pisać telewizyjne bajki?

Tacy byli swojscy...Tacy byli swojscy...

David Crane i Marta Kauffman nie po to zatrudnili się w NBC, a nie w wytwórni niskobudżetowych filmów dokumentalnych o niespełnionych ambicjach artystów z nowojorskiego metra, żeby kurczowo trzymać się realiów. Jasne, dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że telewizja nie rozpieszcza swoich bohaterów. Penny z „Teorii wielkiego podrywu” chronicznie nie ma kasy, bo nikt nie chce angażować jej do ról innych niż seksowne gorylice w tanich horrorach. Walter White z „Breaking Bad” dla dobra rodziny zostaje przestępcą, a Frank Underwood z „House of Cards” knuje, kłamie i zabija, żeby zdobyć władzę. Dlaczego polubiliśmy (anty)bohaterów? Dlaczego przestaliśmy lubić trzpiotowatą Rachel i zidiociałego Joey'a? Dlaczego nie potrafimy już śmiać się do rozpuku z „ugly naked guy” i ukradzionej Rossowi feralnej kanapki z indykiem?

Wszystko przez ten kryzys. Przed 2008 rokiem nie widzieliśmy nic zdrożnego w oglądaniu ładnych ludzi w ładnych ubraniach, którzy w ładnych mieszkaniach uprawiali ładną miłość. Nie dlatego, że nasze życie na przełomie wieków przypominało co zabawniejsze odcinki "Przyjaciół". Nie mogliśmy nawet marzyć o pracy u Ralpha Laurena, wakacjach na Barbadosie, ani o ślubie w Londynie (notabene najważniejsza lekcja, płynąca z "Friendsów", to oczywiście ta: pamiętaj, żeby przy ołtarzu NIE wymówić imienia swojej byłej. Proste i skuteczne!). Ale aspiracje dawały nam inspirację. Dzisiaj beztroska konsumpcja tylko nas irytuje. Dzisiaj wiemy, że nie da się wyżyć z bycia masażystką na pół etatu jak Phoebe i że przesiadywanie w kawiarniach jest dobre dla gimnazjalistów z tych lepszych rodzin.

"Przyjaciele" denerwują nas jak najbardziej przehipsteryzowani znajomi. Ci, którzy zawsze są ubrani odrobinę zbyt porządnie, żebyśmy uwierzyli w ich nonszalancję i mają w portfelu odrobinę za dużo stów, żeby pozostać wiarygodnymi jako artyści freelancerzy. Buntujemy się przeciwko ładnemu życiu ładnych ludzi. Z frustracji? Z rozczarowania? Z zawiści? A może dlatego, że wydają się być istotami z odległej dekady naiwności, która minęła bezpowrotnie wraz z grupowymi zwolnieniami w korporacjach i krachem na rynkach dalekowschodnich?

Moi rodzice wciąż oglądają "Przyjaciół". I zupełnie się nie dziwię, że wolą słodką Rachel od przebiegłej Cersei Lannister z "Gry o tron""W moim wieku nie chce się już oglądać smutnych filmów", półżartem tłumaczy się tata. "I w moim pokoleniu", mógłby dodać. Bo beneficjenci transformacji w przeciwieństwie do nas, pokryzysowych popychadeł, mogą jeszcze pośmiać się naiwnie. Nam pozostaje humor ironiczny, wisielczy, zjadliwy. Kto nakręci "Przyjaciół" dekady oburzonych?

10 lat później / www.anongallery.org10 lat później / www.anongallery.org

Więcej o: