Patrz, jaką miałam fajną aborcję!

Koleżanki podrzuciły mi link do filmu. Sympatyczna młoda kobieta, trochę speszona, ale przez większość czasu jednak uśmiechnięta zaprasza widzów na zabieg usunięcia swojej ciąży. I wtedy mną zatrzęsło. Nie, nie z oburzenia.

12.05.2005 KOSZULKA Z NAPISEM " I HAD AN ABORTION " (DOKONALAM ABORCJI) - INICJATORKA AKCJI BYLA AMY RICHARDS  WSPOLAUTORKA  " MANIFESTY " Fot. Marcin Klaban / AG

Stanęliście kiedyś pod ścianą musząc podjąć decyzję dotyczącą zarówno własnego, jak i cudzego życia? Na przykład taką, jak urodzenie dziecka, które już się rozwija z komórek, które macie w sobie. Może nie orientujecie się od razu, gdy jest to ledwie 60 małych komórek. Może nie na etapie moruli, może już na etapie, gdy wykształcać zaczyna się system nerwowy, albo zaczyna bić serce. Ale jest. A ty musisz z jakiegoś powodu podjąć najprawdopodobniej jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu, decyzji, której konsekwencje odczujesz może nie tydzień po, może nie rok, ale odczujesz... I pojawia się trudne słowo na "a”...

A jak aborcja

W Polsce aborcja jest nielegalna, chyba że:

(...) bezpośrednio zagraża życiu lub zdrowiu matki, badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu (do chwili osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety ciężarnej), zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (do 12 tygodni od początku ciąży).

Nie ma paragrafu na "matkę, jedynego żywiciela rodziny" i inne tego typu historie. Jeśli w Polsce rozważasz aborcję z innego powodu niż powyższe, to albo szukasz nielegalnych dróg, albo półlegalnych rozwiązań (turystyka aborcyjna? pozorowane poronienie?).

Jeśli urodzenie dziecka oznacza twoje trwałe okaleczenie, albo słyszysz od lekarza, że masz olbrzymią szansę urodzić dziecko mocno upośledzone, jeśli twój własny sugeruje rozważenie aborcji - jesteś w niewiele lepszej sytuacji. Prędzej czy później usłyszysz jeśli nie słowo na "m” jak morderczyni, to tamto drugie, na "e” jak egoistka oraz na "s” jak suka. Prędzej czy później trafiasz też na aborcyjny szum informacyjny. Począwszy od podejrzanych porad jak to zrobić "domowymi” metodami, przez historie o syndromie poaborcyjnym, opowieści z życia wzięte o bólu, cierpieniu i poaborcyjnym rozpadzie rodziny.

Jeśli masz już jedno dziecko z jednej strony jest ci łatwiej, z drugiej - o wiele trudniej - obawiasz się zupełnie innych rzeczy, niż wtedy, gdy nie masz żadnych dzieci i nie wiesz właściwie o co chodzi. Macierzyństwo teoretycznie jest wspólnym doświadczeniem, ale koniec końców nawet podobne troski i radości kobiety przeżywają bardzo indywidualnie. Aborcję też.

Brniesz dalej, słyszysz, że jak zaczniesz raz, nie będziesz się mogła powstrzymać już do końca życia - aborcja jako antykoncepcja, znów to słowo na "s” i zabiegi, które są przedstawiane w tych moralitetach jak drażetki na świeży oddech.

A jednak aborcja

W Polsce mamy wdrukowany pewien sposób jej postrzegania. Nie mówię, że w innych krajach nie jest wdrukowany. Po prostu druk może się różnić. Tu jest tak. Nawet jeśli spróbujemy się wyrwać, to idziemy pod prąd dyskursowi, nigdy obok. Teoretycznie wszystko znów ucichło, zapomnieliśmy o tej pani na "k” jak Katarzyna "W wigilię usunę ciążę” Bratkowska. I wtedy wkracza na scenę Emily Letts, której filmik podlinkował pewien feministycznie nacechowany blog.

Emily mówi o "pozytywnym doświadczeniu". Najpierw coś się we mnie burzy. Jakie pozytywne? Emily jest w zupełnie innej sytuacji niż większość Polek postawionych pod aborcyjną ścianą. Ona po prostu może to zrobić. Nie musi prowokować jak Bratkowska, ale i tak jej filmik wzbudza kontrowersje. Co to do cholery ma znaczyć "pozytywne doświadczenie” w tym kontekście?

Aborcja - zabieg moralnie podejrzany

Ma z nim problem nie tylko szeroka rzesza internetowych trolli, nie tylko społeczność katolicka, ma z nim problem personel medyczny. Wreszcie sytuacja nie jest prosta. Na ile kobieta może decydować o życiu, które dała? Na ile obcy człowiek może decydować o życiu tej kobiety? Na ile kobieta, pozostawiona ostatecznie sama sobie w takich chwilach umie podjąć właściwą decyzję? Na ile to jest wydarzenie odciskające piętno na całym późniejszym życiu? Banalne ale niełatwe pytania. Ale, żeby od razu mówić o aborcji pozytywnie? Jakoś trzeba. Rozumiem, że wiele osób skazałoby kobiety, które przeszły aborcję na ostracyzm i kamienowanie. Ale one mogą być w przyszłości kimś więcej, niż tymi na "m” i na "s”. Społeczny klimat mamy jednak taki, a nie inny...

Tymczasem każda kobieta rozważająca taki zabieg potrzebuje czegoś innego niż to, co oferuje jej społeczeństwo - wdrukowane mechanizmy autokrytyki i straszne historie. Emily, ale też inne kobiety, które decydują się pokazać swoją aborcję przede wszystkim rozprawiają się z mitami krążącymi wśród ludzi. Co one robią? Oswajają aborcję. Brzmi to przerażająco? Jasne, tak długo, jak długo osobiście nie stajesz przed podejmowaniem decyzji o takim zabiegu. Te kobiety nie robią tego, żeby pokazać, że aborcja jest tak fajna jak nowe buty, albo, że hej, jest ekstra, rano byłam na kawie, teraz mam aborcje a popołudniu idziemy z koleżankami na drinka i na imprezę. One pokazują, że normalne kobiety też mogą podjąć taką decyzję, że pewne rzeczy nie muszą boleć, że nie przychodzi jakiś rzeźnik i nie wyszarpuje ci ochłapów z macicy, nie macha bijącym serduszkiem i nie rozgniata główki podeszwą.

Aborcja legalna, spokojna, w innym kraju, daleko, oznacza: szereg badań, rozmów z lekarzem i konsultantami. Nie zawsze oznacza to strzykawy, wzierniki i narzędzia chirurgiczne, czasem oznacza to zażycie serii tabletek. Nie zstępuje wówczas Archanioł Gabriel, by gorejącym mieczem zdekapitować niedoszłą matkę dzieciom.



W całej tej historii o Emily najbardziej zaciekawiło mnie to kim w zasadzie jest ta kobieta, poza tym, że zaszła w ciążę stosując antykoncepcję naturalną (kalendarzyk, owulacja, termometry, i tak dalej) uznała, że nie jest gotowa na dziecko i zdecydowała się pokazać swoją aborcję? Otóż jest doulą. Absurd - zakrzykniecie - jak ktoś TAKI może być doulą? Co to w ogóle za doula, która pomaga w aborcji?! U nas w Polsce są doule, które pomagają kobietom przejść przez okres ciąży i porodu, wspierają je, nie pozwalają się załamać w trudnych momentach. Tak, jeśli nigdy nie dane wam było doświadczyć ciąży, porodu i baby bluesa zapewne nie spodziewacie się czym właściwie mogą być takie stany depresyjne. Dajesz nowe życie, właściwie wszystko jest wspaniałe, tylko nagle zalewa cię fala czarnych myśli i jest ci źle. Wszyscy mówią "daj spokój, będzie dobrze", ale to tanie pocieszenie. Rodzisz zdrowe dziecko, starasz się jednak spełniać w nowej roli - matki najlepiej jak umiesz, a jednak czasem zdarza się tak, że zalewa cię fala czarnych myśli - "Ogarnij się, przecież udało ci się”. Tanie pocieszenia. To te momenty kiedy doula może się przydać.

Doula to przewodniczka, która pomaga iść do przodu. Są doule adopcyjne i gdzieś tam, hen daleko, za oceanem - są doule aborcyjne, które pomagają kobietom no właśnie, w czym konkretnie? (widzę jak cisną się niektórym na usta słowa na "m”, jak morderstwo).

Nie umiemy podejść do tematu aborcji w sposób racjonalny

Zapewne dla wielu ludzi jest to po prostu nieracjonalne zachowanie, wbrew sobie, wbrew gatunkowi, wbrew naturze. Są sytuacje kiedy aborcja wydaje się być najsłuszniejszym rozwiązaniem. Serio? (czuję grad spadających na mnie kamieni). Serio. Niezależnie od nauki Pisma Świętego, niezależnie od frakcji politycznej i sympatii bądź antypatii do feminizmu, w oderwaniu od miałkich dyskusji - są kobiety pozostawione same sobie, które ważąc na szali przyszłość swojej rodziny decydują się na ten zabieg. Co dostają w zamian? Cóż... Każda dyskusja o granicach ludzkiego życia - trudna z punktu widzenia biologii, fizyki, chemii, bioetyki - jest u nas spychana w okowy już nawet nie rozmowy o fundamentach religijnych, a politycznej przepychanki. Umiemy świetnie szczuć, wyzywać, umiemy wywoływać poczucie winy i straszyć. Nie umiemy (poza zamkniętym kręgiem wtajemniczonych) rozmawiać o aborcji bez piętnowania. Czy potrzebujemy się tego nauczyć? TAK, DO JASNEJ CHOLERY!

Więcej o: