Facet na skraju załamania, czyli "Czysty obłęd"

Czy czytelnikowi przystoi śmiać się z cierpień bohatera, czy prawdziwemu mężczyźnie przystoi być emocjonalnie niestabilnym i czy warto napisać powieść, by zemścić się na krytykach filmowych? Odpowiedzi udziela australijski pisarz i filmowiec Mark Lamprell.

fot. Phil Richfot. Phil Rich

"Czysty obłęd" zaczyna się - wedle dobrych filmowych przykazań - od trzęsienia ziemi: główny bohater, Michael O'Dell zostaje potrącony przez samochód, co wstrząsa całym jego światem i nim samym. Potem jest już tylko gorzej: nastoletniej córce grozi relegowanie z elitarnej szkoły, syn ma niebezpieczne przygody z narkotykami i bronią, zaś żona z trudem wytrzymuje depresję, w której pogrąża się Michael, który na domiar złego stracił pracę. Strasznie smutna historia, tylko bardzo śmiesznie opisana. Bo autor Mark Lamprell ma ciepłe, żywe poczucie humoru. O czym przekonałam się zaglądając na jego Twittera:

Naszą telefoniczną rozmowę zaczynamy więc od sardynek - całkiem niezłe na przystawkę.

Witaj Mark, jak pobyt na Sardynii? Udało ci się w końcu zjeść te sardynki?

Tak! Ostatecznie udało mi się je dopaść. Były przepyszne!

O ile wiem, twój pobyt we Włoszech ma inny cel niż rekreacyjny - zbierasz materiały do kolejnej książki?

To prawda. Zacząłem już pracę nad kolejną powieścią, której akcja ma się rozgrywać w Rzymie, więc prawdę mówiąc tutaj na Sardynii po prostu sobie folguję. Ale spędziłem pewien czas w Rzymie i prowadziłem dokumentację na miejscu. Siadałem z komputerem w kafejkach na małych piazzo i wyobrażałem sobie jak mogłaby się rozwijać moja historia w tych konkretnych lokalizacjach. Bardzo przyjemne ćwiczenie, nie mogę zaprzeczyć.

Lubisz literackie ćwiczenia? "Czysty obłęd" ma ciekawą, nietypową formę - cała narracja jest spisana  w drugiej osobie liczby pojedynczej. Skąd taki pomysł?

Właściwie nie zastanawiałem się nad tym - takie rozwiązanie przyszło do mnie samo. Chciałem, aby powieść miała swój własny, oryginalny głos, rozpoznawalne brzmienie, ale sam pomysł pojawił się w nagłym błysku inspiracji, by upoetyzować trochę żmudny proces pisania. Wiem jednak, że ta forma niesie w sobie pewien rodzaj ryzyka, bo niejako żądam od czytelnika aby utożsamił się z bohaterem, by wszedł w jego rolę. To nie do końca fair...

Foch - patronat

Twój bohater cierpi, a czytelnik się śmieje. To nie fair.

To świetnie! Nie chciałem przecież torturować czytelnika - tylko bohatera. Poza tym któż zdołałby oddzielić komedię od tragedii? W życiu idą zawsze w parze, sztuczne rozgraniczanie ich jako osobnych gatunków literackich czy filmowych jest sprzeczne z moją artystyczną intuicją. Więc to wspaniale, że czytelnik czuje ten absurd i humor płynące z wcale nie zabawnych sytuacji.

Michaela najpierw potrąca samochód, potem traci kontrakt na książkę i nie ma szans na zatrudnienie w gazecie - a jest krytykiem filmowym. To twoja zemsta na australijskich krytykach? Zaleźli ci za skórę?

Tak! Chciałbym przejechać każdego znanego mi krytyka filmowego - okropni ludzie! To był tez rodzaj ćwiczenia: wziąć kogoś, kogo naprawdę nie lubię i sprawić, że ta postać wyda się godna sympatii. To było wyzwanie dla mnie jako pisarza i jako człowieka.

Masz wieloletnie pisarskie doświadczenie, ale nie jako autor powieści. To była duża zmiana - debiut literacki?

To ogromna zmiana, ale bardzo mnie cieszy. Nie tyle zmiana dotycząca samego stylu pisania, ale wolność, której doświadczam po raz pierwszy w swojej karierze. Scenariopisarstwo to zawsze praca zbiorowa - musisz ściśle współpracować z reżyserem, producentem, studiem, dystrybutorem. Wszyscy ci ludzie mają wpływ na twoje pisanie, więc właściwie to, czym się zajmujesz bardziej przypomina negocjacje niż swobodne pisanie. Pisząc powieść nie musisz uwzględniać niczyjego widzimisię poza własnym. Dla mnie to była czysta radość. Choć nie należę do tych pisarzy, dla których czynność pisania jest naturalna i bezbolesna. Dla mnie to zawsze praca, ale satysfakcjonująca. Pisanie powieści było też pracą mniej wyczerpującą niż pisanie jakiegokolwiek scenariusza dla filmu czy telewizji.

A czy pisząc zakładałeś - biorąc pod uwagę twoje doświadczenie i pozycję w świecie filmu, to całkiem racjonalne założenie - że twoja powieść może, koniec końców, trafić na ekrany?

To ciekawe, że mnie o to pytasz, bo jakkolwiek dziwnym wydaje mi się to z dzisiejszej perspektywy, to pisząc w ogóle nie brałem takiej możliwości pod uwagę. W powieści chciałem przedstawić rzeczy w sposób zbyt złożony, by dawało się to przełożyć na akcję. Chciałem pisać o czyimś życiu wewnętrznym, które składa się z wielu drobnych procesów, myśli i zdarzeń, których kompletnie nie widać z zewnątrz. Próba pokazania tych wszystkich drgnień na ekranie skończyłaby się straszną nudą. Ale od czasu publikacji "Czystego obłędu" już kilkakrotnie zwrócono się do mnie z propozycją zekranizowania mojej książki. I rozważam taką opcję, choć w moim odczuciu w tej historii typowego gościa z klasy średniej i jego rodzinki niewiele się dzieje - patrząc z boku. Cały dramat rozgrywa się w głowie Michaela.

Bardzo dokładnie i wiarygodnie przedstawiłeś te wszystkie cierpienia, wahania, napady furii i rozpaczy u swojego bohatera. Skąd taka znajomość psychologicznych niuansów?

To pewnie dlatego, że mam za sobą podobne doświadczenie - rok kompletnego upadku, rozsypki emocjonalnej. Znalazłem się w takim punkcie, że jeśli cokolwiek mogło pójść źle, to właśnie tak szło. I choć nie spotkała mnie żadna wielka katastrofa, to kumulacja różnych małych niepowodzeń i kopniaków od losu nałożona na stres pourazowy - podobnie jak Michael zostałem potrącony przez samochód - dała efekt w postaci kompletnej rozpaczy. Zapadłem się w sobie. I to, ten dziwny stan, wydał mi się naprawdę ciekawy, wart uchwycenia, opisania. To jak normalna, kontrolująca swoje emocje osoba, może nagle zamienić się w taką rozmemłaną kupkę nieszczęścia. I jak paradoksalnie dzięki temu wchodzi w kontakt ze swoimi głębokimi uczuciami. To bolesne, ale też oczyszczające.

Michael nie jest typem "macho", to na pewno. Chciałeś włączyć się do dyskusji o kryzysie męskości?

Bardziej zależało mi na podkreśleniu prostego faktu, że mężczyźni nie lubią mówić ani pokazywać swoich słabości. Mają ten wewnętrzny imperatyw - zwłaszcza jeśli są mężami, ojcami, czują się odpowiedzialni za rodzinę - by być tą niewzruszoną skałą, na której opiera się wszystko inne. I to nawet w naszym współczesnym post-feministycznym świecie mężczyźni czują się zobligowani, by nie pokazywać po sobie uczuć, bo to oznaka słabości. Uważam, że to kompletnie idiotyczne. Jesteśmy ludźmi, mamy uczucia. Istotny jest też aspekt zdrowia - zarówno fizycznego, jak i psychicznego, bo ukrywanie problemów prowadzi do jeszcze większych kłopotów i cierpień. Samobójstwa wśród mężczyzn to narastający problem świata zachodniego - przedstawiciele mojej płci wciąż nie czują, że wolno im pozwolić sobie na słabość, niepewność. Więc chciałem pokazać takiego prawdziwego faceta, z krwi i kości, ale w kiepskim życiowym momencie. Nie uważam, by załamanie w obliczu tych wszystkich rzeczy, które mu się przydarzają, źle o nim świadczyło.

Michael uczy się doceniać swoje zwykłe, niedoskonałe życie. Taką lekcję powinniśmy wynieść z lektury?

Tak! Wydaje mi się, że to jest jeden z największych błędów naszej cywilizacji - nie doceniamy tego, co mamy. Nie budzimy się przecież z uśmiechem na ustach, że oto kolejny dzień w zdrowiu! Mamy jedzenie, schronienie, dostęp do licznych udogodnień, których w ogóle nie zauważamy, traktujemy je jako oczywiste, dane raz i na zawsze. Nie doceniamy też miłości, tego jak dużo zmienia w naszym życiu. A ona zmienia wszystko - jakkolwiek banalnie to brzmi.

Bardzo skromne przesłanie - zupełnie nie przystoi komuś, kto obraca się w środowisku gwiazd.

Lubię być skromny. I choć jestem bardzo zadowolony z mojej książki w sensie artystycznym, to inne kwestie staram się utrzymywać w racjonalnej perspektywie i proporcji. Nie zawróci mi w głowie ten sukces. Choć może mówię tak dlatego, że nigdy nie odniosłem wielkiego sukcesu jako filmowiec? Nigdy nie żyłem w tej sztucznej bańce sławy, zawsze stałem twardo na ziemi - bo musiałem.

Ale masz do czynienia z tym wszystkim co się wiąże z przemysłem filmowym: w twoich filmach grają gwiazdy, takie jak Sam Neill czy Ronan Keating. Nie ma to na ciebie żadnego wpływu?

Nawet gdybym był taką gwiazdą jak Sam - który nawiasem mówiąc jest uroczym, skromnym człowiekiem, absolutnie normalnym - chyba zbyt dużo naoglądałem się przypadków kompletnego oderwania od rzeczywistości, pogrążenia w tym całkowicie nierealnym świecie, by samemu ulec takiej ułudzie. Wiem jakie to niebezpieczne, więc wystrzegam się tego typu pokus.

Czy pisząc wykorzystywałeś swoje umiejętności reżyserskie?

Jesteś pierwszą osobą, która zadaje mi takie pytanie, więc moja odpowiedź będzie nie w pełni przemyślana, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wydaje mi się jednak, że kiedy wizualizuję sobie pewne rzeczy, a potem je opisuję - możliwe, że dlatego użyłem m.in. tej drugo-osobowej narracji - to widzę je w dzianiu się, w ruchu, w akcji. Czy te zasłony za nim są brązowe czy żółte? Dajmy brązowy! Może stąd też moje skierowane do czytelnika didaskalia, może to rzeczywiście odruch reżysera? Będę się teraz nad tym zastanawiał.

*Mark Lamprell jest cenionym australijskim scenarzystą (m.in. "Babe - świnka w mieście") oraz reżyserem (znakomita gorzka komedia "Moja matka" z Samem Neillem i Sinead Cusack)."Czysty obłęd" to jego debiut powieściowy. Foch jest patronem tej publikacji.

Foch - patronat

Więcej o: