Najlepiej spożyj przed końcem świata. Już nie musisz marnować przeterminowanego jedzenia

Od kilku dni trwa poruszenie w świecie tych, którzy nie lubią marnować i wyrzucać jedzenia, także tego, które przekroczyło już narzucony przez producenta termin przydatności konsumpcyjnej. Mają być nowe przepisy dające dłuższe życie tym produktom. Możecie zjadać je nawet tysiąc lat od daty produkcji!

Gdzie przeżyłam największy szok kulturowy? Nie w Afryce, ani w Azji, tylko w Szwecji. Składał się nań cały szereg udogodnień stworzonych z myślą o ludziach, ogólna dbałość o otoczenie i to, co robili w sklepach z produktami tuż przed upłynięciem daty przydatności do spożycia. Większość stawała się o połowę tańsza na kilka dni przed przeterminowaniem. Niesprzedane kanapki też pod koniec dnia taniały. Cieszyło nas to wszystko podwójnie. Przede wszystkim - bo mogliśmy dzięki temu pozwolić sobie na całkiem przyzwoite wyżywienie za niewygórowane ceny, mając w kieszeniach niewiele, a na plecach plecaki uniemożliwiające jednak wożenie po całym kraju zapasu konserw z ojczyzny. Ale też dlatego, że to bardzo słuszne rozwiązanie, którego u nas nie uświadczaliśmy zbyt często. Panu z warzywniaka prędzej ręce uschną niż sprzeda truskawki taniej pod koniec dnia. Choćby miały przez noc sflaczeć do szczętu i zmienić się w kwaśną, lepką glinę, ceny nie opuści!

A przecież kiedyś obniżanie ceny w takiej sytuacji było normalną praktyką. W małym spożywczaku nie ma szans na tańszy chleb pod koniec dnia (tygodnia?), ani na to, że jogurt, który za trzy dni będzie już przeterminowany stanieje już teraz choćby o 30%. Sklep pod naszym blokiem jest za to na drugim biegunie - wystawia się tu do sprzedaży produkty przeterminowane w bardzo niskich cenach. Można przebierać w tanich jogurtach, maśle i serach trzeciej świeżości. Nie wiem jak jest w waszej okolicy, u mnie po prostu panują twarde biznesowe zasady.

Tymczasem w Unii Europejskiej... Ach, zaraz, przecież my też tam jesteśmy. W dalekiej Brukseli pojawił się pomysł, by wyłączyć część produktów z klauzuli "najlepiej spożyć przed końcem". Czemu to ma służyć? Zapewne pognębieniu tych, którzy czają się na okazje cenowe. A tak serio, to chodzi o niemarnowanie jedzenia. Przekroczona data przydatności do spożycia jest jak wyrok śmierci na setki ton produktów, które wciąż można spokojnie sobie zjadać. Sharon Dijksma, holenderska pani minister postuluje więc, aby to, co się da, wyjąć poza nawias najlepszej spożywalności. Tym bardziej, że znamy już kilka produktów, które mogą żyć bez tego wyroku. Na przykład miód dobrze przechowywany (ciemno, sucho, z zakrętką, żeby nam mięso nie wlatywało) może być dobry nawet tysiąc lat po wytworzeniu. Ostatnio spotkałam się nawet z tezą, że miód jest wieczny.

Miodek. Miód. MJUT.Miodek. Miód. MJUT.

Wieczny jest też dobrej jakości ocet winny (jeśli jest dobrze przechowywany, wiecie, chłodno, ciemno, z zakrętką lub korkiem, ale nie obok, tylko na butelce z octem). Nawiasem mówiąc, zgłębiając zagadnienie przechowywania i wytwarzania octu trafiłam na octowa "matkę", po angielsku mother of acid (brzmi ekstra, pasuje do mnie jak ulał), czyli taki osad, chmurkę taką, która zbiera się na occie i jest żywą kulturą bakterii, którą możecie wykorzystać do robienia większej ilości octu winnego.

Jeśli propozycja pani Sharon przejdzie przez wszystkie niezbędne procedury, obejmie zdjęcie wyroku śmierci z przeterminowanej mąki, ryżu, makaronów, twardych serów, pikli, dżemów i kawy. Czy to znaczy, że już niebawem każdy sprzedawca będzie mógł nam wcisnąć zwietrzałą kawę i zleżały makaron? No cóż, to wymaga zapewne wprowadzenia nowych regulacji. Sharon zaś chodzi przede wszystkim o sytuacje, w której kupimy produkt we właściwym momencie, ale jakimś cudem nam się o nim zapomni i wygrzebiemy go z domowej spiżarni grubo po terminie. Jeśli jest to mięso - samo przypełznie i nawet nam nie przyjdzie do głowy, by je zjadać. Jeśli zaś chodzi o ryż i inne takie, makarony, dobrze pasteryzowane (i tyndalizowane? bawiliście się w to kiedyś?) dżemy i pikle, to konsument sam oceni, czy chce to jeszcze jeść bez baczenia na stresujące napisy o przydatności. To doskonała wiadomość dla początkujących preppersów (gotowych na koniec świata, jaki znamy i zombie apokalipsę) i tych, którzy zwyczajnie są gapowaci, albo gromadzą dobra na zapas a potem ich nie zużywają. Co można jeść bezpiecznie po narzucanej przez producenta dacie przydatności?

Mąka - można ją przechowywać nawet do 15 lat. Tylko musi być sucho. I bez tlenu. W tym celu można nabyć pochłaniacze wilgoci i tlenu. Autor bloga Domowy Survival ma dla Was kilka wskazówek jak to zorganizować. Pytanie tylko czy jest sens tak się męczyć z tą mąka i po cholerę? Jeśli mąka leżała w waszym domu bez takich dodatków, to niestety po kilku latach raczej traci na wartości. Albo zyskuje - jeśli zalęgły się w niej mole spożywcze. Potrawy z owadami są coraz modniejsze, a tu od razu macie też panierkę. NIE! Stop! Koniec żartów. Mąkę z molami wywalacie natychmiast a śmieci wynosicie tak szybko, jak się da. Szafkę myjecie a na drzwiach przyklejacie lep na mole.

Oto w jaki sposób nie przechowujemy ryżu, jeśli chcemy go zjeść za 30 lat...Oto w jaki sposób nie przechowujemy ryżu, jeśli chcemy go zjeść za 30 lat...

Ryż - zapakowany próżniowo, pozbawiony dostępu tlenu i wilgoci, umieszczony w zamrażalniku przetrwa spokojnie okres dorastania waszych dzieci. A być może będzie mógł być świadkiem ich ślubów i towarzyszyć narodzinom ich dzieci. Znaczy więcej niż 30 lat może leżakować taki dobrze odtleniony ryż. W innych wypadkach ryż na surowo, przechowywany w suchym, ciemnym miejscu, najlepiej w słoiku, może być zjadany nawet pięć lat po sugerowanym terminie spożycia.

Oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia podobno wciąż jest dobra nawet dwa-trzy lata po terminie. Olej słonecznikowy - dwa lata, pikle w słoikach podobnie. Makaron to poleży ze dwa lata, ale są śmiałkowie, którzy twierdzą, że jeśli nie ma "śmiesznego zapaszku" (a tym bardziej dziwnych, zapewne równie zabawnych narośli) - można gotować i jeść. Tu odsyłam do uroczego artykułu na stronach NY Times.

Sfochowany makaron jest wiecznySfochowany makaron jest wieczny

W tym samym artykule znalazłam sprytny test na świeżość jajek. Wiecie, generalnie z jajkami nie ma żartów. To bardzo poważne artykuły nabiałowe. Owszem, nawet sześć tygodni po upływie daty przydatności do spożycia można ryzykować gotowanie tych małych cholerników, ale jeśli wolicie nie ryzykować, nalejcie sobie najpierw do miski dużo wody, włóżcie tam jajka. Jeśli toną, to znaczy, że złe mzimu zostało odegnane i jajka pozostają świeże i zdatne do konsumpcji. Jeśli jajko surowe unosi się na powierzchni - lepiej dzwońcie po Pogromców Duchów - zmieniło się bowiem w inkubator śmierdzących demonów... znaczy, że pod skorupka zebrały się gazy i takie tam, wiecie, wszystko się zepsuło i będzie niedobrze, gdy je rozbijecie w kuchni.

Jedzenie w puszkach nadaje się do użycia dopóki nie przekroczy podwojonej daty przydatności do spożycia. Majonez, jeśli zjełczał tylko z lekka na powierzchni, to praktyczna pani domu ze Śląska radzi: zgarnijcie tę warstwę, wywalcie, a resztę nadal możecie jeść. Chyba, że wszystko nabrało dziwnego zapachu i koloru.  Ludzie z internetu pozwalają wam jeść majonez nawet pięć tygodni po terminie - możecie im zaufać, są przecież z internetu (tutaj adres, gdyby trzeba było jednak jechać i naliczać).

Kawa. Po prostu kawaKawa. Po prostu kawa

Kawa w ziarnach trzymana w lodówce może być całkiem okej nawet trzy lata po terminie. Mielona niestety dość szybko wietrzeje i po dwóch latach w lodówce smakuje właściwie czymś kawopodobnym. Znaczy, w sytuacji wystąpienia świata po zagładzie jest to wciąż coś lepszego niż zwykła woda bez dodatków, ale nie daje tego kopa. Ciśnienie trzeba sobie więc podnosić, bo ja wiem? Walką ze zmutowanymi psami, wampirami, czy innymi takimi.

Kawa rozpuszczalna właściwie przechowywana może być zalewana i wypijana nawet 20 lat po dacie, a jeśli będziecie ją trzymać w lodówce stanie się waszym skarbem rodowym, który wasze wnuczęta będą mogły przekazać swoim wnuczętom. Surowe owoce i warzywa niestety nie są waszymi sprzymierzeńcami w obliczu konieczności przechowywania. Za to czipsy - owszem. I naczosy. Podobno można je żreć bezkarnie tyjąc nawet jeśli przeleżały na dnie szafki siedem, albo i dziesięć lat. Jeśli nie śmierdzą i nie zmieniły się w zupę - chrupcie sobie, śmiało. Dla lepszego efektu możecie je podgrzać w piekarniku.

Orzechy trzymane w chłodzie i suchości (i w ciemności) też całkiem długo da się jeść. Czy są wtedy smaczne? Nie wiem. Po roku leżakowania w lodówce możecie nadal nimi zagryzać wódkę, czy tam niedźwiedzia, ale już kolejnych 12 miesięcy porzucenia tych orzechów na niespożywanie jest dla nich wyrokiem śmierci. Znaczy ten... Dietetycy odradzają żarcie orzechów kilkadziesiąt miesięcy po upłynięciu terminu przydatności do spożycia.

Ziarna fasoli, kukurydzy, groszku, soi - jeśli zostały wysuszone są wieczne, jak diamenty. Nie da się tego powiedzieć o rybie, za to rzemienie, o, moi mili! Kto czytał książki Jacka Londona, ten wie, że nie ma to jak dobry rzemień na pusty żołądek człowieka steranego przeprawą przez tonącą w śniegu tajgę.

Ser żółty, jeśli jest suchy i twardy - spoko, można jeść póki dziwnie nie śmierdzi i nie ma narośli. Pleśniowy - nawet kilka tygodni po terminie, ale wracamy tu do tematu dziwnych zapaszków, im bardziej śmierdzi jak amoniak, tym szybciej trzeba go wywalić.

Sól i cukier, jeśli spakujecie je w wodoodporne worki i upchniecie na dnie swych sań przetrwają nawet dwa tysiące lat błąkania się po tundrze. Co jeszcze jest wiecznym pokarmem? Kurz.

A teraz bez żartów. Z naszego domowego doświadczenia: jogurty kilka dni po terminie - spoko, chyba, że dziwnie bulgocą same z siebie. Mięso - nigdy. Spleśniałe pomidory? Nie. Ogórki też. I inne zgniłe warzywa. Dżemy z miłym mchem na wierzchu? Nie. Soki domowej produkcji, które pachną już bardziej winem - khmmmm, dyskusyjne. Koleżanka z redakcji użyła pięknego sformułowania "lepiej zeżreć i chorować, niżby miało się zmarnować" - mam jednak pewne wątpliwości, czy to słuszne podejście. Wreszcie, reakcje chemiczne, które zachodzą w produktach spożywczych nie zawsze są sprzyjające dla naszego organizmu. W obliczu wszechobecnej nawet w organicznych owocach i mięsie bakterii wywołujących listeriozę oraz kilka innych niewesołych chorób należy po prostu przed zjedzeniem czegokolwiek wybrać sposób samobójstwa.

Miało być bez żartów, to pytam na poważnie: jak jest u Was? Popadacie w obsesję terminową i wyrzucacie wszystko jak leci po przekroczeniu daty? Myślicie, że to słuszny pomysł, by pewne produkty nie zawierały sugestii o tym, iż ich czas powoli mija? Jak najlepiej rozwiązać takie kwestie?

Więcej o: