Czemu dzieciństwo już się skończyło? Foch!

Wszystkie dzieci naszą sąąąą, a w nas ciągle drzemie trochę dziecka. Dlatego z okazji święta, które jakby nie było, jest też naszym świętem - wspominamy, rozczulamy się i przypominamy zabawne anegdoty z lat dziecięcych.

KASIA NOWAKOWSKA (REDNACZ)

Skupienie, lepiej nie przeszkadzaćSkupienie, lepiej nie przeszkadzać

Moje córki uwielbiają zdjęcia i historie z mojego dzieciństwa. "Mamusiu, opowiedz jak byłaś mała" to motyw przewodni wielu naszych wieczornych (i nie tylko) rozmów. Oczywiście najbardziej kochają te anegdoty, z których jasno wynika, że byłam małym diablęciem. I że mówiłam "łagan na łodze" oraz zapytana, czemu coś zbroiłam z dużym spokojem odpowiadałam "BO NIE MUSIAŁAM". Do dzisiaj najbardziej lubię zrobić coś OKROPNEGO tylko dlatego, że mogę. I bardzo nie lubię robić tego co MUSZĘ. To zdjęcie zrobiono w ogrodzie starego poniemieckiego domu, w którym się wychowałam. To było takie sielskie dzieciństwo - z grzebaniem w ziemi (robaki! roślinki!), jedzeniem agrestu prosto z krzaka, układaniem pod szkiełkiem "sekretów" i spadaniem z jabłonki, na której rosły najlepsze na świecie antonówki. Tęsknie okropnie za tamtymi smakami - choć jak widać na fotce wówczas przedkładałam nad nie smak lizaka. Tego "kultowego" z kwiatkiem.

RĄCZKA

Moje dzieciństwo? To kanapki składane jedna na drugą, żeby szybciej móc wyjść na dwór (później nie dało się ich ugryźć, takie były duże). To zabawy na trzepaku przy śmierdzącym śmietniku, ćwiczenie fikołków i "cyrkowych” numerów. To zawiśnięcie na płocie na sukience (jakiś obcy pan mnie musiał zdjąć, sama zejść nie byłam w stanie), posiniaczone i pościerane kolana (nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką). To płacz, kiedy z kolonii trzeba było wracać do domu, to harcerskie obozy i rajdy w głuchej dziczy.

To zimowy spacer połoninami z Wetliny do Ustrzyk Górnych, z nadzieją na powrotny autobus i wielkie rozczarowanie, że tej zimy autobusy z Ustrzyk do Wetliny nie jeżdżą, bo za dużo śniegu. Więc powrót nocą na nogach. To skakanie przez płot prosto w gnojówkę w czasie wakacji na wsi i wielokrotne obsranie mnie przez ptaki. Ptaki ewidentnie uwielbiały na mnie srać, jak byłam dzieckiem.To podrywanie chłopaków na "niezdobytą twierdzę” i zdziwienie, że ten sposób nie działa. Sielsko anielsko. Tak to przynajmniej wygląda z dzisiejszej perspektywy. Prawie nie pamiętam, że były też chwile, kiedy siedziałam na oknie i chciałam skakać, bo taki był dramat.

NATALIA SOSIN

Miałam najlepsze dzieciństwo na świecie. Z mamą, która miała dla mnie i mojego brata 100% czasu i uwagi. Ona nie musiała chodzić do pracy, ja z kolei dzięki temu nie musiałam chodzić do przedszkola, w którym ktoś by mnie zmuszał do spania na komendę i jedzenia na komendę. Ja mogłam nie spać albo spać, kluski z zupy odcedzać ręką (jak miałam fazę jedzenia jedynie klusek lanych - na mleku, ale koniecznie bez tego mleka). Byłam małym wolnym człowieczkiem żyjącym w towarzystwie zwierząt, które najwyraźniej upodobały sobie dom moich rodziców. W pewnym momencie któryś z wujków - nie pamiętam czy "prawdziwych" czy "przyszywanych" - zażartował nawet, że chyba wszystkie bezdomne koty w okolicy podają sobie nasz adres, bo wiadomo, ze każdą znajdę przygarniemy.

Były więc psy, koty, przez jakiś czas nawet sowa ze złamanym skrzydłem, którą tata znalazł gdzieś przy drodze albo w lesie. Wspólnym mianownikiem wszystkich moich wspomnień z dzieciństwa jest chyba wolność i coś w rodzaju takiej fajnej samotności dziecka, któremu nikt nie zabrania żyć we własnym świecie. Co potwierdza anegdota mojej mamy przepytanej na okoliczność tego tekstu, jak to jako czterolatka, przyłapana na jakimś kombinowaniu i przypierana do muru, żebym się przyznała, co ukrywam, wijąc się jak piskorz w końcu desperackim tonem powiedziałam: "czy ja ci mamo WSZYSTKO O MOIM ŻYCIU MUSZĘ MÓWIĆ?!".

Słitfocia z kotemSłitfocia z kotem

Mama oczywiście dostała ataku śmiechu i szlag trafił całe przesłuchanie. W ogóle to, że moja mama miała poczucie humoru i zawsze pozwalała nam dyskutować i kłócić się z dorosłymi, co bardzo ukształtowało mnie jako człowieka. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek dostała klapsa czy usłyszała "ma być tak, bo ja tak mówię".

*Komentarz od mamy: Posiadanie poczucia humoru szalenie umila i ułatwia proces wychowawczy.

DOMINIKA WĘCŁAWEK

Z dzieciństwa najbardziej brakuje mi nieświadomości, to strasznie banalne, ale zatęskniłam do życia bez tego poczucia, że wszystko ma swoją cenę. To było cholernie fajne marnować czas bez smutku, że mija, robić głupoty wiedząc tylko tyle, że ewentualnie to może starzy się wkurzą, ale właściwie to przecież im przejdzie, bo to rodzice. Brakuje beztroskiego nicnierobienia i wszystkorobienia. Dzisiaj działam jak barokowi mistrzowie zapełniania pustki wszystkim, wtedy było inaczej. Poza tym byłam słodko nieukorzeniona żyjąc na kartonach i wiecznie w drodze, co chwila inny dom, inne miasto, inne dzieci i inne znajomości.

Domi w różu i na sportowoDomi w różu i na sportowo

Całe przedszkole kumplowałam sie z kolegami. We trójkę stanowiliśmy zgraną bandę, chodziliśmy d przedszkola na Orlej we Wrocławiu, tego, które uwiecznił Krajewski w swoim cyklu o Breslau - to był fajny budynek, stary, na tyłach był sad. Wszystkie drzewa były nasze. Nieustannie gubiłam okulary, zawsze nas było pełno tam, gdzie nie wolno było wchodzić dzieciom - na schody bez barierek. Moja matka wspomina, że musiała przychodzić po mnie z torbą ciuchów na zmianę. Raz z kolegami w ramach głupiej akcji nacięliśmy sobie ręce kawałkiem szkła znalezionym na przedszkolnym podwórku. Nie wiem już czy to był chrzest krwi, czy tylko durny pomysł - tak czy inaczej bliznę mam do dziś

MARTA LEWIN

Najlepiej z mojego dzieciństwa wspominam letni bezczas - bawiliśmy się na dworze do upadłego. Nikt nie umawiał się z nami na konkretną godzinę powrotu do domu, bo wiadomo było, że nie nosiliśmy zegarków, a telefonów komórkowych na szczęście nie było. Do domu wracało się albo coś zjeść, albo kiedy robiło się na tyle ciemno, że nie było już widać lotki lub piłki. Poza tym bardzo lubiłam zostawać w domu pod opieką starszego brata. Robiliśmy wtedy cudownie nieodpowiedzialne rzeczy. Na przykład wspinaliśmy się po regale, albo skakaliśmy z balkonu na kupę piasku. Dobrze przygotowana przez starszego brata, parę lat później wędrowałam po zewnętrznej stronie parapetu od okna do okna. To był piękny czas, kiedy nikt nie myślał, że coś złego może nas spotkać. Niektórzy do dziś nie pozbyli się tej słodkiej naiwności...

MAGDA ACER

Na zdjęciu mam około siedmiu miesięcy. W tym wieku miałam totalną fiksację na punkcie gazet. Strasznie lubiłam je drzeć na małe paseczki. Cieszyło mnie to niezmiernie i zajmowało na jakieś pół godziny.

Rozmiłowana w papierkachRozmiłowana w papierkach

Jedną z zabawniejszych rzeczy, którą zrobiłam w dzieciństwie, była samodzielnie wykonana poprawka fryzjerska. Miałam wtedy 3 lata. Babcia zaprowadziła mnie do fryzjera. Bardzo spodobała mi się ta wizyta. Po powrocie do domu zamknęłam się cichutko w pokoju z nożyczkami i zaczęłam się twórczo bawić. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu skoncentrowałam się na włosach na czubku głowy. Dzięki czemu osiągnęłam efekt fryzury na mnicha: łysy czubek i grzywka dookoła głowy. Fryzura nie zyskała aprobaty rodziny i zostałam obcięta na jeża przez tatę. To zaskakujące, ale nie mam zdjęć z tego okresu.

Podsumowując - miałam szczęśliwe dzieciństwo. Bardzo dużo się śmiałam. Spędzałam mnóstwo czasu na dworze, na zabawach z dzieciakami z osiedla. W moich wspomnieniach najwięcej jest ciepłych dni. Mam wrażenie, że teraz wiosną jest chłodniej niż w latach osiemdziesiątych. I trochę mi brakuje tej dziecięcej beztroski.

MISS OLGU

Olgu modna jak zawszeOlgu modna jak zawsze

Jak byłam super maluchem to mieszkaliśmy w kawalerce mojego taty. Później przeprowadziliśmy się do mieszkania z 3 pokojami. Był rok 82, a ja miałam 3 lata. Nie pamiętam tego, ale podobno przebiegłam się po pustym mieszkaniu i zaczęłam płakać, że jest za duże i że nie chcę tu mieszkać. Pamiętam natomiast jedną rzecz z mieszkania w kawalerce. Była to czarna deska klozetowa.

MONIKA MURAVIOVA

Moje dzieciństwo prześladuje mnie zapachem miodu. Wakacje spędzałam na działce, na której mieliśmy pasiekę. I to tam właśnie pokąsały mnie pszczoły. Wszędzie, ale najwięcej zaplątało się ich w moje włosy. Ich wyciąganie nie należało do przyjemności. Możliwe, że dlatego do dziś nie przepadam, gdy ktoś dotyka moich włosów. Swoją drogą nie wiem, dlaczego niektórzy nie potrafią trzymać rąk przy sobie.

ANIA KONIECZYŃSKA

Wychowałam się w Katowicach. Nie, nikt u mnie w domu nie „godoł” po śląsku, a rolady (czyli to, co w pozostałych częściach Polski zwie się „zrazami zawijanymi”) jadało się od wielkiego dzwonu. Śpiewało się za to po niemiecku. Moja prababcia, rocznik 1904, sadzała mnie na kolanach i opowiadała, jak to za czasów Franza Josepha, jej ojciec, a mój prapradziadek, znany w Poznańskiem krawiec, urządzał w karnawale kuligi. „Teraz już nie ma takiego salcesonu”, rozmarzała się prababcia, a ja - nierozumiejąca jeszcze zbyt wiele, ani o kuligach, ani o salcesonie, trzylatka - prosiłam o piosenkę. Oczywiście niemiecką. Z czasów Kaisera. Zanim nauczyłam się słów do „Lulajże Jezuniu”, na pamięć znałam „O Tannenbaum”. Ale moją absolutną faworytką była piosenka „Hänschen klein” o małym niemieckim Jasiu. Chętnie produkowałam się z tym utworem na rodzinnych imprezach. Istnieją nawet archiwalne nagrania, które świadczą o tym, że głosu nigdy nie miałam, ale słuch do języka naszego wroga - jak najbardziej.

Mała Ania, miś i liścieMała Ania, miś i liście

Jakie było moje zdziwienie, gdy poszłam do przedszkola. Ciepłego i zacnego, prowadzonego przez siostry zakonne. Ale nikt tam o Hänschen nie słyszał. Szybko zorientowałam się, że postępująca u mnie w domu germanizacja, typowa dla Śląska wcale nie była. Zasymilowałam się więc i Jasia zamieniłam na Karolinkę, która szła do Gogolina. Teraz, po latach, nie mam pojęcia, czy do tego Gogolina kiedykolwiek doszła. Ale do końca życia zapamiętam, jak płakała mama Jasia, gdy ten włożył kapelusz i wyruszył w świat. Bo to piękna historia była.

AGATA ŻYCHLIŃSKA

Jak widać na zdjęciu, jako dziecko (czy może raczej - od dziecka?) lubiłam być w centrum uwagi. Z opowieści wiem (i co nieco pamiętam), że jak urodził się mój dwa lata młodszy brat, którego teraz nad wyraz kocham, przez jakiś czas zżerała mnie okrutna zazdrość. Dało się to zauważyć między innymi, gdy nastąpił wyczekiwany przez wszystkich (poza mną) dzień i mój brat po raz pierwszy o własnych siłach stanął na nóżkach. Mama od razu poderwała się ze szczęścia i pobiegła po aparat, żeby tę chwilę uwiecznić. Jako że trzydzieści lat temu zrobienie zdjęcia wymagało nieco więcej zaangażowania, czasu i skupienia niż obecnie, kiedy mama przymierzała się do fotografowania, ja miałam szansę przygotować się do realizacji swojego planu. Kiedy zobaczyłam, że już zaraz rzeczywistość znajdzie swoje odbicie na kliszy fotograficznej, podbiegłam do kojca, w którym chybotliwie stał mój braciszek i ustawiając się po środku odebrałam mu chwilę chwały i uwagę mamy!

Gwiazda na pierwszym planieGwiazda na pierwszym planie

Nie pamiętam czy dostałam karę czy nie. Z późniejszego okresu mam za to całe mnóstwo wspomnień z moim młodszym bratem, a większość z nich kojarzy mi się z fajnie spędzonym dzieciństwem. Co roku razem czekaliśmy na Dzień Dziecka.

GOSIA TCHORZEWSKA

Tak do piątego roku życia wszyscy uważali mnie za chłopca. Miało to zapewne związek z tym, że chodziłam ubrana w spodenki, sukienek miałam niewiele. Mojej mamy przyjaciółka słała z Włoch ubrania po swoich dwóch synkach, co było dla nas luksusem, bo jak wiadomo w naszym pięknym kraju wówczas nadmiaru ładnych ciuchów nie było. Miałam też krótko obcięte włosy i zawsze mnóstwo siniaków i zagencjanowanych miejsc na ciele. Było to wynikiem upadków podczas wspinaczki na wszystko, co tylko było w zasięgu wzroku.

Ofiara różnych przeszkódOfiara różnych przeszkód

Jako pięciolatka, opanowawszy już świetnie jazdę na rowerku, chciałam pochwalić się mamie, że umiem zjeżdżać z ogromnej góry. Mama stała na dole i z przerażeniem obserwowała rozwój wypadków, tata - obok niej - przekonywał, że ja już sto razy z tej góry zjeżdżałam, nie ma się o co bać. No i ja się ładnie rozpędziłam, nogi na boki, wiatr we włosach i... koło ugrzęzło w piachu, a ja przeleciałam nad kierownicą, lądując twarzą w żwirze. Połknęłam jednak piach i chciałam jeszcze raz, żeby mama zobaczyła, że potrafię.

Więcej o: