High five, czyli kto przybił pierwszą "wysoką piątkę" w historii

Małgorzata Tchorzewska
Gest wyrażający radość, ogromny entuzjazm, jedność. Proste klepnięcie w dłonie, które oznacza, że oto coś się udało! Świętujemy nim wspólny sukces lub wyrażamy pozytywne emocje. Nieraz przybijaliście piątkę, czując, że w tym klaśnięciu jest moc. A czy ktoś się kiedyś zastanowił, skąd to się tak właściwie wzięło?

2 października 1977 r. Baseballowa drużyna Los Angeles Dodgers gra ostatni mecz sezonu. Dusty Baker uderza bardzo mocno i piłka wylatuje w trybuny. To jego 30. home run (zdobycie wszystkich baz jednym uderzeniem) w tym roku. 46 tysięcy fanów na trybunach wpada w euforię. Dusty triumfalnie obiega boisko. Kiedy jest już przy ostatniej bazie ze świętującej ławki rezerwowych zrywa się Glen Burke, pseudonim King Kong (imponująca sylwetka z olbrzymimi bicepsami), i podbiega do Bakera z wyciągniętą w górze ręką. Fotograf chwyta ten moment. Zdezorientowany bohater odwzajemnia gest i uderza w rękę kolegi. Właśnie przybito pierwszą, a przynajmniej pierwszą udokumentowaną,  "wysoką piątkę" w historii. - Zobaczyłem jego podniesioną rękę i uderzyłem w nią. Czułem, że to dobra reakcja - mówił później w wywiadach Dusty Baker. Ten gest radości i tryumfu stał się jednym ze znaków firmowych drużyny. Dziś zna go cały świat.

Glenn Burke, inspirator pierwszej "wysokiej piątki", nie był wybitnym baseballistą. Miał za to ogromną charyzmę, był duszą drużyny Dodgersów. - Radosny, bardzo towarzyski, miał w sobie coś takiego, że człowiek miał ochotę przybić mu "piątkę" - mówił jego agent i przyjaciel jeszcze z czasów dzieciństwa, Abdul-Jalil al-Hakim.

Niewiele osób wiedziało, że Glenn Burke był homoseksualistą. W trakcie sportowej kariery starał się utrzymywać swoją orientację seksualną w tajemnicy, choć w klubie i tak pojawiały się plotki na ten temat. Z telewizyjnego dokumentu o Glennie (z 2010 r.) można się dowiedzieć, że zarząd klubu miał plan, jak „pomóc” swojemu graczowi - w 1977 roku zaoferowano mu 75 tysięcy dolarów, by... ożenił się. Później zarząd tłumaczył się, że nie była to próba przekupstwa, a „gest pomocy”. Burke jednak nie zamierzał przybijać z zarządem piątki. Ponoć na propozycję odpowiedział żartem: „Zakładam, że chodzi wam o ślub z kobietą?”.

Wspominam o tym, ponieważ wątek high five wiąże się także z tym osobistym aspektem jego życia. Ale do tego wrócę za chwilę.

Glenn Burke taking some batting practice at Dodger Stadium in Los Angeles on Monday, Oct. 4, 1977 was given the call to start at center field for the Los Angeles Dodgers on Tuesday when they open the National League Championships against the Philadelphia Phillies. Burke got the call when Rick Monday, the Dodgers regular center fielder, came up with a sore back that has been bothering him all season. (AP Photo/LM)ASSOCIATED PRESS/LM

Jak łatwo się domyślić, gest high five (czy, jak chcą niektórzy, mniej liczni - hi five) doczekał się nie jednej, a kilku historii o jego początkach. Druga opowieść przenosi nas na Uniwersytet Louisville, gdzie w sezonie 1978-79 zawodnik koszykarskiej drużyny Cardinals, Derek Smith, podczas treningu przybił "wysoką piątkę" z kolegą z drużyny, który podbiegł do niego w czasie gry.

Wiley Brown chciał przybić low five, czyli "niską piątkę", która była gestem wówczas powszechnym - uderzenie dłonią o dłoń, ale na poziomie bioder. Derek Smith zażartował, że nie chce przybijać nisko, a wysoko, więc Brown przybił mu piątkę ponad głową. Uniwersytecka drużyna Cardinals zwana była Doctors of Dunk - dosłownie: „doktorzy wsadów (piłki do kosza)”.  Ponieważ z tego słynęli, ta "wysoka piątka" odzwierciedlała charakter ich gry: skakali wysoko, zatem "piątki" także  przybijali wysoko. Brzmi przekonująco. A sam Wiley Brown, który po latach opowiada o tym, jak go nazywa - historycznym momencie - brzmi wiarygodnie.

Brown, który jest dziś koszykarskim trenerem, twierdzi, że to właśnie jego kolega Smith jako pierwszy przybił high five. I że to drużyna Cardinals rozpropagowała ten gest. W archiwalnych nagraniach z 1980 r., z meczu decydującego o mistrzostwie dla drużyny Louisville, słychać nawet podekscytowanego komentatora, który zapowiadając wejście Browna na boisko, krzyczy, że drużyna przybija z nim high five. Nie widać tego niestety na nagraniu...

...bo rzecz dzieje się poza kadrem, ale komentator to widzi i wraz z drugim śmieje się z tego określenia. Za to już w końcowym fragmencie nagrania można zobaczyć wyraźnie, jak panowie przybijają sobie „wysokie piątki”. Smith, wedle wypowiedzi Browna, był bardzo dumny, że wymyślił i rozpropagował ten gest.

Inny trop prowadzi ponownie do Glena Burke'a. W wydaniu z 1 września 1980 r. The New York Times napisał, że high five wymyślił niejaki Derek Smith. Gazeta przywołała historię Toma Lasordy, menadżera drużyny Dogersów (w latach 1976-96), Spytany, kto to u nich wymyślił, Lasorda odpowiedział, że nie wie. Czy mówił prawdę? Jego syn, Tommy Lasorda Jr., zwany też Spunky Lasorda, nie ukrywał swojego homoseksualizmu. Ojciec nigdy nie pogodził się z orientacją seksualną syna - po jego śmierci zaprzeczał, jakoby przyczyną zgonu było AIDS, powtarzał wielokrotnie, że Spunky nie był gejem. To może tłumaczyć, dlaczego w rozmowie z dziennikarzem "NYT" nie wspomniał o fakcie, że gest high five wynalazł dla świata sportu Glenn Burke, którego, jak wiele wskazuje, łączyła z Tommym Lasordą Jr. nie tylko przyjaźń. Ale to tylko domysły.

Prawda o relacji Burke'a i Spunky'ego nigdy nie ujrzała światła dziennego. We wspomnieniach wydanych w 1995 r. Burke zdecydowanie ucina ten temat. Początek rychłego końca kariery Burke'a w szeregach Dogersów można jednak datować na moment rozpoczęcia ich przyjaźni. Menadżer Dogersów, ojciec Spunky'ego wymienił Burke'a na innego zawodnika, zsyłając go tym samym do kiepskiej drużyny Oakland Athletics. Tłumaczono to faktem, że Burke jeszcze nie rozwinął swego potencjału, a przyszedł za niego doświadczony gracz. Ale dla Burke'a i jego kolegów z drużyny było jasne, że ma to związek z jego seksualnością.

Po bezproduktywnych dwóch latach Burke miał nadzieję na świeży start z nowym menadżerem Oakland A's, ale plotki o jego homoseksualizmie go doścignęły. Trener nie chciał go wystawiać, koledzy go unikali. Dodatkowo nabawił się kontuzji kolana. To był początek końca kariery. Niedługo później odszedł z zawodowego sportu. Miał wówczas 27 lat. Trafił do Castro - dzielnicy San Francisco. Został gwiazdą w lokalnej homoseksualnej lidze softballowej i zdominował Gay Softball World Series.

Przyjaciel z tamtych czasów mówił: Burke był bohaterem, był wszystkim, czego środowisko homoseksualne potrzebowało, by dowieść światu, że możemy być właśnie tacy, jak on: męscy, atletyczni, atrakcyjni.

W Castro moda na high five stała się częścią kreacji Burke'a - regularnie przesiadywał na dachach samochodów zaparkowanych przed gejowskim klubem. Uśmiechał się od ucha do ucha i przybijał piątkę każdemu, kto przechodził obok.

W 1982 r. zrobił coming out na łamach czasopisma Inside Sports. Autor artykułu Michael J. Smith (będący zarazem aktywistą ruchu gejowskiego) napisał, że high five było symbolem gejowskiej dumy - tym samym niejako wyrosło ze zniszczonej kariery Burke'a.

W tym czasie Burke zmagał się już z problemami narkotykowymi. W 1987 roku w wypadku samochód połamał mu prawą nogę w czterech miejscach. Burke stracił na zawsze sprawność fizyczną. Nie mógł utrzymać pracy, załamał się, trafił do więzienia, a w 1993 okazało się, że jest nosicielem wirusa HIV. Zmarł dwa lata później, a w jednym z nekrologów pojawiła się ironiczna wzmianka, że mężczyzna, który wymyślił high five, przed śmiercią nie był nawet w stanie podnieść dłoni.

Moda na high five kwitła. W latach 80. Dogersi sprzedawali  t-shirty z logo high five. Z czasem gest ten rozprzestrzenił się poza Los Angeles. Przyjaciele Burke'a lubią powtarzać, że high five wyzwoliło ludzi. Graczom pozwoliło jawnie cieszyć się wynikami, zdobytymi punktami. Można powiedzieć, że odkorkowało potrzebę ekspresji i jedności w amerykańskim społeczeństwie.

Jest jeszcze jedna historia o pierwszej "wysokiej piątce". sięga do lat 60. i opowiedział ją Lemont Sleets. Jego ojciec służył w Wietnamie w jednostce 1st Battalion, 5th Infantry, która nazywała się The Five. Żołnierze często zbierali się w domu Sleets'ów. Przy powitaniu pozdrawiali się gestem podniesionej do góry dłoni z wyprostowanymi wszystkim pięcioma palcami i hasłem „five!”. Mały Lemont miał któregoś razu podbiec do kolegi ojca, który właśnie wykonywał ów gest. Chłopczyk myślał, że gość nazywa się Five, dlatego podskoczył, klepnął swoją dziecięcą rączką w jego podniesioną dłoń i zakrzyknął „hi Five!” („Cześć Piąty”). Wywołało to ogólną wesołość, zaś mały Lemont, który nie był w stanie spamiętać imion kompanów taty, witał się tak z każdym, przy każdej nadarzającej się okazji.

Ta historia znalazła się w broszurze wydawanej z okazji obchodzonego od 2002 r. w Ameryce Narodowego Dnia High Five, który przypada na trzeci czwartek kwietnia. Pomysłodawcą tego święta był między innymi komediopisarz Conor Lastowka. To on odgrzebał historię małego Lemonta Sleetsa. Dzień "wysokiej piątki: był najpierw małą oddolna studencką inicjatywą. Ot, zwykłe siedzenie na kampusie Uniwersytetu Wirginii, rozdawanie lemoniady i przybijanie high five stało się szybko ogólnonarodowym fenomenem. Twórców imprezy zapraszano kolejnych programów radiowych i telewizyjnych. Potrzebna była dobra, mocna historia. I tak narodziła się legenda o Lemoncie Sleets'ie.

Historia spodobała się, wszyscy gorąco w nią wierzyli. Aż sam Conor Lastowka postanowił wyjawić, że była ona całkowicie wyssana z palca.

Mistyfikacja, będąca zarazem świetnym chwytem reklamowym, musiała się opierać się na założeniu, że gdzieś realnie żyje osoba, która kilkadziesiąt lat wcześniej wykonała ten gest po raz pierwszy. Tak powstała urocza opowieść o Lemoncie Sleets'ie, który kreując się na osobę ceniącą prywatność (a może rzeczywiście taką osobą będąc), niechętnie rozmawiał z dziennikarzami. Jeden z nich, wyjątkowo dociekliwy - Jon Mooallem, zdołał się nawet do niego dodzwonić, ale starszy już pan, Lemont Sleets, zbył go, zasłaniając się zmęczeniem, poprosił o telefon po południu i... więcej nie podniósł słuchawki. Mooallem nagrywał się na jego sekretarkę wielokrotnie, prosząc o kontakt, ale bezskutecznie. Lastowka tłumaczy, że nie było żadnego ojca Lemonta, który witałby się z kompanami w Wietnamie. Co więcej, w rodzinie Lemonta nie było w ogóle figury ojca - Sleets to panieńskie nazwisko matki...

Nie przeszkadza to Amerykanom nadal świętować Narodowego Dnia High Five. Ludzie chodzą po ulicach i przybijają sobie piątki, ciesząc się przy tym jak dzieci. Towarzyszą temu akcje charytatywne, np. kupując koszulkę czy inny gadżet z "piątkowymi" hasłami można dołożyć swoją cegiełkę na rzecz walki z nowotworami.

Dzisiaj przybić piątkę potrafi każdy, jest zakorzeniona w naszej kulturze jak coca cola. Wydaje Wam się, że to taki prosty gest? Okazuje się jednak, że nie wszyscy mają wprawę...

Więcej o: