Piosenka o stolicy (nie tylko Polski)

"Mam w dupie małe miasteczka" - krzyczy, cytując poetę, autorka dzisiejszego artykułu-pieśni na cześć stolic(y).

Czy też czasami znienacka przypomina Wam się fragment jakiegoś wiersza albo tekstu piosenki? I ma to związek akurat z tym, co się u Was w życiu dzieje, chociaż nie zawsze zdajecie sobie z tego sprawę? Mnie na przykład, po niezdanych egzaminach do szkoły filmowej (razy trzy, w porywach do sześciu) zawsze chodził po głowie "Do krytyków" Tuwima: "Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju, Wielce szanowni panowie"! I wcale, ale to wcale, absolutnie nie obchodzi mnie to, że mnie nie przyjęliście. Życie toczy się dalej, mam swoje plany, nawet nie jest mi przykro. Oczywiście. Ale nie o tym miało być.

Otóż ostatnio przypomniał mi się wers Bursy, który nader często mnie nawiedzał, w różnych okolicznościach. "Mam w dupie małe miasteczka". I zdaje się, że rzeczywiście mam. Nie uważam ich za gorsze, nie przeszkadza mi też to, że ktoś ma w d**** wielkie miasta. Zwierzam się tylko z tego, co czuję, a co odkryłam zaskakująco niedawno. Zaskakująco, bo zawsze uważałam się za osobę dość bystrą, choć w szkołach filmowych myśleli inaczej (to był żart, jeśli ktoś nie zauważył).

Wybrałam się ostatnio do Krakowa, w którym spędziłam kilka lat studiów. Nagle zaskoczyła mnie dynamika tego miasta, a właściwie jej brak. Zobaczyłam ludzi jakby niezmierzających wprost do celu, tylko zdających się na przypadek. Spacerujących, a nie idących w jasno określone miejsce. Zupełnie inaczej niż w Warszawie, gdzie każdy się śpieszy, jest spóźniony i wie dokładnie, dokąd prowadzi jego droga. To wspaniale, że we współczesnym zepsutym i zmierzającym do upadku świecie ludzie potrafią celebrować życie i po prostu iść, ze względu na samą wartość drogi. To piękne, zupełnie bez ironii. Ale czy motywujące i sprzyjające rozwojowi? I nie mam na myśli tylko tego zawodowego.

Stolica jest jakby podpaństwem w państwie. Zmienia się, żyje w swoim ekstremalnym tempie, przyciąga różnych ludzi - i najgorszych, i najlepszych.

Wspominam czas studiów w Krakowie bardzo dobrze. Z drugiej jednak strony pamiętam coroczne plany wyjazdu i przeprowadzki - dlatego nie miałam stałego mieszkania na dłużej, po każdych wakacjach przenosiłam się do kolejnego. Spełniałam swoje marzenie o życiu w Krakowie, ale jednocześnie czułam się przez to miasto przytłoczona i jakaś część mnie chciała stamtąd uciec. Najpierw wyjechałam na Erasmusa (wiem, banalne) do Hiszpanii, do Sewilli - pięknego miasta na południu kraju. Było oczywiście świetnie, ale okazjonalnie również dopadał mnie swoisty spleen, dziwna, zupełnie nie-erasmusowa nostalgia i melancholia. Wyjazdy do Madrytu sprawiały, że cała moja utracona witalność powracała w dwójnasób, znów miałam ochotę działać na pełnych obrotach i biegać, a nie co chwila przysiadać w smętnej kawiarence i rozmyślać o życiu.

Erasmus się skończył i wróciłam do Krakowa zamknąć etap studiów, jak na pilną uczennicę przystało. I znów nie mogłam tu długo wytrzymać. Wyjechałam do Quito, stolicy Ekwadoru, gdzie spędziłam rok życia. Najbardziej jak dotychczas intensywny i bogaty w doświadczenia, do maksimum. I znów wróciłam do Krakowa, który wydał mi się jeszcze bardziej szary, smutny, ospały. Pomyślałam, że być może wpisuję się w stereotyp Polaka marzącego o emigracji, twierdzącego, że wszędzie jest dobrze, tylko nie w Polsce? Nie chciałam, żeby to okazało się prawdą, lecz niestety wiele faktów to potwierdzało. Przypominałam sobie, gdzie jeszcze byłam szczęśliwa. Madryt. Barcelona już nie. Rzym. Neapol w porządku, ale „to nie to”. Wilno. Sztokholm. Same stolice. Nie przyszło mi jeszcze do głowy, że być może znalazłam wspólny mianownik?

Każdemu życzę takiego odkrycia. Nieważne, czy będzie dotyczyć życia w Nowym Jorku, w kenijskiej wiosce, Wolbromiu czy na polanie w Bieszczadach.

Teraz mieszkam w Warszawie i znów to czuję. Nie dopada mnie spleen, niechęć, skłonność do nadmiernego myślenia zamiast działania. Pewnie wielu powie, że to źle i jestem typowym słoikiem albo aspirującym hipsterem współtworzącym znienawidzoną „Warszawkę”. Nieważne. Po prostu rytm tego miasta mi odpowiada, tak samo, jak odpowiadał mi rytm potężnego ekwadorskiego Quito. I czuję, że w każdej stolicy będzie podobnie. Bo stolica jest jakby osobnym bytem, podpaństwem w państwie. Zmienia się, żyje w swoim ekstremalnym tempie, przyciąga różnych ludzi - i najgorszych, i najlepszych. Nie można jej jasno zdefiniować, określić jej cech, bo stanowi dynamiczny konglomerat wszystkiego. Dla wielu to synonim piekła, dla mnie - element niezbędny do prawidłowego funkcjonowania.

Cieszę się, że to odkryłam i każdemu z Was życzę takiego odkrycia. Nieważne, czy będzie ono dotyczyć imperatywu kategorycznego nakazującego życie w Nowym Jorku, w kenijskiej wiosce, Wolbromiu czy na polanie w Bieszczadach. Najważniejsze to wsłuchać się we własne potrzeby i odczytywać znaki, jakie daje nam nasza intuicja. I pogodzić się z nimi. Albo zaakceptować nieumiejętność pogodzenia się i sobie na nią pozwolić. Tak więc: maj się kończy, a ja nadal jadę na przedniej platformie tramwaju, wielce szanowna komisjo. Możecie wmawiać mi wiele rzeczy i przekonywać mnie, że nie wierzę w to, w co wierzę. Jedno wiem na pewno: Mam w d*** małe miasteczka.

Olga Słowiakowska

*Olga Słowiakowska - na co dzień zajmuje się produkcją w dziale video Gazeta.pl. Wyjściowo chciała wprawdzie być reżyserem filmów fabularnych, podróżować po świecie i jeść w dobrych knajpach, ale szybko pojęła, że te trzy czynności się nie łączą. Miłośniczka wszystkiego, co pochodzi z Hiszpanii i Ameryki Południowej (poza telenowelami). A także czerwonej szminki i dziurawych jeansów. Pisuje o polskich filmach dokumentalnych, może kiedyś nakręci własny?

Więcej o: