"Ja nie mam nic, ty nie masz nic... a razem mamy ekipę filmową"

Katarzyna Nowakowska
Jak zwiedzać świat płacąc tylko za bilet? Jak zrobić film niemal bez budżetu? Jak zmienić swoje życie? Nie da się? Filmowy projekt "Don't pay me" i jego twórcy są żywym dowodem, że da się! Da się nawet być szczęśliwym.

45 dni zdjęciowych, osiem miejsc w różnych zakątkach Europy, tysiące przejechanych kilometrów, kilkadziesiąt godzin materiału filmowego, ponad 400 stron spisanych wywiadów z około 30 osobami. Zero złotych budżetu. Efekt? Zapierający dech w piersiach, bardzo profesjonalnie zrealizowany zwiastun filmu, który powstaje dzięki zaangażowaniu, dobrej woli i nieodpłatnej pracy wielu osób. Obraz, jeśli uda się go ukończyć, będzie opowiadał o tym, że - jak mówi reżyser Ryszard Szozda - istnieje alternatywna rzeczywistość. Taka, w której nie ma pośpiechu, nerwów, pogoni za pieniądzem. Są za to szczęśliwi ludzie.

- "Ty możesz, ja mogę, Grzesiek może - to jak w "Ziemi obiecanej": ja nie mam nic, ty nie masz nic... - a razem mamy ekipę filmową" - śmieje się Piotr Skarbek, główny pomysłodawca projektu. Piotr i Ryszard znają się od dawna - pracowali razem w agencjach reklamowych, wpadali na siebie przy różnych zawodowych okazjach. Ryszard, kiedy usłyszał od Piotra o systemie umożliwiającym pracę w różnych miejscach świata w zamian za jedzenie i dach nad głową, od razu wyczuł w tym temat na film.

- "Siedzieliśmy u mnie na balkonie i zastanawialiśmy się nad tym, co można zrobić fajnego i dla siebie. Nie kolejną reklamę, ciągnęło nas do filmu. I wtedy Piotr opowiedział mi o systemie wolontariackim, o którym nie miałem kompletnie pojęcia, a którego on spróbował w Australii. To było dla mnie odkryciem takim, że opadła mi szczęka. Od razu pomyślałem sobie: jakbym chciał być młodszy! Dlaczego nie wiedziałem o tym mając 20 lat?" - opowiada Szozda. To on wpadł na pomysł, by do ekipy dokooptować młodego, zdolnego fotografa Grzegorza Hospod, którego też ciągnęło do filmu i miał już na koncie kilka prób filmowych, między innymi współtworzył materiał o surferach w Portugalii .

We trzech zdecydowali się podjąć wyzwanie i nakręcić film dokumentalny. Bez budżetu, pisania treatmentu, składania wniosków o dofinansowanie. W ciągu miesiąca zgromadzili potrzebny sprzęt (część pożyczając, część kupując), wyznaczyli trasę, skontaktowali się ludźmi, którzy prowadzą miejsca oparte na pracy wolontariuszy i wyruszyli w podróż samochodem pożyczonym od żony Ryśka.

- "Piotr powiedział: OK, zróbmy coś, nie zastanawiajmy się skąd wziąć na to pieniądze. I tak zrobiliśmy: płaciliśmy na bieżąco za to, co było potrzebne i nie przekraczało naszych finansowych możliwości " - mówi Ryszard.

- "Bardzo nam pomogło, że przez całą naszą trasę zdjęciową byliśmy goszczeni. Mimo że czasem wytrącaliśmy ich z rytmu codziennego" - dopowiada Grzegorz.

- "Do wszystkich naszych gospodarzy pisaliśmy: słuchajcie, o nas się nie martwcie, będziemy mieli swoje żarcie, swój namiot, nie będziemy inwazyjni. Ale prawie wszędzie dawali nam pokoje, jedzenie, niczego od nas nie oczekując. My się trochę angażowaliśmy w prace, bo to było fajne coś czasem zrobić. Ale ci ludzie nas przyjmowali i nie chcieli nic w zamian" - opowiada Piotr.

fot. Don't pay mefot. Don't pay me

Co to za ludzie, miejsca, i sposób życia, które tak głęboko poruszyły autorów "Don't pay me"? Hodowla lam w Pirenejach. Mały francuski browar. Produkcja ekologicznych, kompostujących toalet. Zamek, który leczy. Brzmi intrygująco? Wszystkie lokacje zostały dokładniej opisane na stronie projektu. Notabene stronę zrobił na ochotnika, za darmo, pracujący na stałe w Barcelonie projektant Grzegorz Pawlik, który zgłosił się do chłopaków poprzez profil projektu na Facebooku.

- "Byłem w szoku, że dostaliśmy coś takiego jak ta strona - takiej jakości - za darmo. Dostaliśmy dużo więcej niż moglibyśmy się spodziewać" - dziwi się Szozda. Choć właściwie nie powinien się dziwić, po wszystkich tych rzeczach, których doświadczyli po drodze. Okazuje się, że ludzi gotowych dzielić się z innymi pracą, dachem nad głową, wiedzą, czy twórczą energią jest bardzo wielu.

- "Gospodarze tych miejsc to niesamowici ludzie. Bo wolontariusze rotują, podróżują, dla większości to tylko epizod, krótsza lub dłuższa przygoda. Natomiast ci, którzy te miejsca prowadzą i przyjmują ochotników, dokonali wyboru na całe życie. Dla mnie byli totalnie inspirujący, jawili mi się jako mistrzowie zen. I można pojechać spotkać buddyjskiego mnicha w Tybecie, ale można też odnaleźć go w brodatym Niemcu, który wiecznie się śmieje. Wszyscy ci ludzie byli też super szczęśliwi w tym, co robili" - mówi Ryszard.

fot. Don't pay mefot. Don't pay me

- "Trafiliśmy w specyficzne miejsca. Na pewno nie wszystkie w tym systemie typu Workaway są takie. Nie ma co wpadać w taki ton, że to jest jedyna słuszna droga. Ale może być inspirująca" - tonuje zachwyty Grzegorz.

- "Nie ma co idealizować. Trzeba sprawdzać - zarówno Workaway jak i HelpX mają system ocen gospodarza. Można sobie przeczytać opinie i zdarza się, że są to jacyś zblazowani ludzie, którzy widzą w wolontariuszach niewolników do roboty. Miejsca, do których my trafiliśmy były jednak bliskie ideału, mimo że praca w nich była niekiedy ciężka. Ale wszyscy byli z tym szczęśliwi" - dodaje Piotr.

- "Bo ludzie, którzy tam mieszkają nie przejmują się ogólnoprzyjętymi wartościami, tym, że trzeba robić karierę, gonić za pieniądzem, awansem, zbierać, gromadzić. Oni nie są w tym pędzie i wirze. Żyją egzotycznym dla nas życiem, bo ważniejsze niż kolejny awans jest zbieranie pomidorów lub zrobienie rzeźby" - dopowiada jeszcze Ryszard.

Przepis na szczęście wydaje się więc prosty? Porzucić wszystko, zrezygnować z pieniędzy? Zbuntować się "przeciwko systemowi"?

- "Próbowaliśmy siebie postawić w takiej sytuacji i to wymaga dużej odwagi, by zerwać z utartymi przyzwyczajeniami, wartościami" - mówi Grzesiek

- "Ale nie trzeba dokonywać ostatecznego wyboru. Dla mnie odkryciem było to, że te miejsca można odwiedzić i że można żyć inaczej. Że to też jest sposób na szczęście" - zaznacza Rysiek.

- "Jeśli nie wiesz, co chcesz robić - jeszcze nie wiesz, bo jesteś młody, lub już nie wiesz, bo jesteś w jakimś kryzysie - to możesz sobie popodróżować i zobaczyć: tu farma organiczna, tu jakiś browar, tu hodowla psów husky. Można tak chwilę pożyć, spróbować, czy to jest dla ciebie. I masz sposób na życie" - zachwala sens wolontariackich podróży Piotr.

fot. Don't pay mefot. Don't pay me

Ryszard, Piotr i Grzegorz dzięki swojej wyprawie przekonali się, że tym, co chcą robić w życiu są filmy. Zarówno pracujący nad swoim dyplomowym obrazem - krótką fabułą - Hospod, Szozda, który wcześniej przymierzał się do nakręcenia pełnometrażowej fabuły, jak i Skarbek, który nosi się z zamiarem napisania scenariusza czarnej komedii, mówią zgodnie, że widzą swoją przyszłość związaną właśnie z branżą filmową. Całkiem cenna życiowa lekcja, ale jednak nie tak darmowa, jak by chcieli. Jak mówi Ryszard: "Don't pay me kosztuje - po prostu". Jak dużo i co konkretnie? Bo przecież sami podkreślają, jak wiele zawdzięczają darmowej pracy własnej i wolontariuszy: plakat zrobili za darmo graficy Jacek Walesiak (ze studia UVMW) i Agata Dudek, muzykę skomponowali Une Pipe, o stronie internetowej była mowa już wcześniej. Ogromny wkład w powstanie filmu dali też ludzie, którzy pomogli przy transkrypcji wywiadów, które stanowią esencję zebranego materiału i jest ich bardzo wiele - około 50 godzin nagrań.

- "To jest ogrom pracy. Wielki szacunek dla tych, którzy nam w tym pomogli. Kilkunastu wolontariuszy, którzy poświęcili nam swój czas, wiele godzin. To jest mega upierdliwa, ciężka robota!" - nie kryje podziwu i wdzięczności Piotr.

Czego jednak nie da się zrobić za darmo lub na zasadzie wymiany usług? Co stanowi barierę w ukończeniu całego filmu?

- "Niezbędny będzie profesjonalny montażysta, który ma doświadczenie w pracy nad filmem dokumentalnym. Bo trzeba nadać temu rytm, ciągłość. Trailer na przykład zrobiliśmy sami, ale nad tą trzyminutową formą siedzieliśmy z dwa tygodnie i wiemy, że wciąż daleko nam do doskonałości" - samokrytycznie przyznaje Ryszard.

- "Jeśli to będzie nudne i widzowie nie będą chcieli tego oglądać, to cała idea, która popchnęła nas do zrobienia tego filmu, czyli, żeby ludzie dowiedzieli się o istnieniu takiego sposobu na życie, legnie w gruzach" - dodaje Piotr.

A koszt profesjonalnego montażu, synchronizacji i udźwiękowienia filmu jest wysoki. Nie bez powodu - montaż wymaga czasu.

- "Rozmawialiśmy z profesjonalistami i jeśli ktoś swoją pracę nad tego typu projektem wycenia na poziomie dwóch-trzech miesięcy, to jasnym się staje dlaczego te stawki są takie wysokie" - tłumaczy Ryszard.

Jak oceniają potrzeba im około 40 tysięcy złotych - licząc po przyjacielskich stawkach, by ukończyć film. Dlatego twórcy "Don't pay me" zdecydowali się uruchomić crowdfundingową zbiórkę na Indiegogo, licząc na wsparcie osób, którym spodoba się ich projekt. Na zachętę dla wpłacających pieniądze oferują m.in. kolekcjonerski plakat filmu, prywatny koncert Agi Zaryan, obrazy namalowane przez Ryszarda, podziękowania w napisach filmu czy zaproszenie na premierę.

fot. Don't pay mefot. Don't pay me

- "Po fakcie zorientowaliśmy się, ze zaczęliśmy właściwie od końca, czyli od tego, żeby coś zrobić zamiast najpierw zabezpieczyć stronę finansową. To jest właściwie nie do pomyślenia w profesjonalnej produkcji filmowej" - śmieje się Ryszard.

- "To ja daję d*** jako producent. Jestem niedoświadczony, powinienem to lepiej zorganizować, przepraszam panowie" - składa żartobliwą samokrytykę Piotr.

Determinacji, chęci i pozytywnego nastawienia na pewno autorom nie brakuje, choć wiedzą już, że nakręcenie profesjonalnego filmu bez budżetu jest bardzo trudne. Brak tegoż budżetu jednak nie musi być totalną przeszkodą, ani wymówką, by nic nie robić. Z kolei chęć zarobienia nie jest też jedyną motywacją, by wziąć się za produkcję filmową.

- "Nasz film powstaje spontanicznie, opowiada o wolontariacie i o tym, że życie nie musi kręcić się wokół pieniędzy. I my też nie musimy tych pieniędzy mieć - nie robimy tego filmu, żeby zarobić. Tu nie ma kalkulacji: zrobimy, sprzedamy i będziemy bogatymi ludźmi. Najważniejsze jest, żeby to powstało" - przekonuje Szozda.

Tymczasem Piotr Skarbek udowadnia, że to o czym opowiadają w filmie stało się naprawdę ich życiem. Nie tylko zaprzyjaźnili się z wieloma bohaterami, którzy zapraszają ich do siebie ponownie lub odwiedzają w Warszawie, ale też nadal korzystają z opcji pracy ochotniczej. Piotr wkrótce jedzie do hiszpańskiej Galicji, gdzie przez miesiąc będzie pomagał w ogrodzie, rąbał drewno i gotował dla rodziny mieszkających w górach muzyków.

- "Podszkolę hiszpański, nie będę wydawał pieniędzy i jeszcze nauczę się ogrodnictwa . No i będę miał trochę fizycznej pracy, która super działa na głowę. Fajna rzecz" - cieszy się Piotr.

Fajni ludzie. Fajny projekt. Może da się pomóc wcielić go w życie?

Więcej o: