Kim będziesz za 10 lat?

Takie pytanie pada czasem na rozmowie kwalifikacyjnej, ale niektórzy zadają je sobie sami. Jak odpowiedzieć? Zainspirowana akcją Y+10 zastanawiam się, czy w ogóle warto planować swoja przyszłość?

Do podjęcia tematu natchnęła mnie fajna akcja Y+10 i jej strona na Facebooku. Młodzi, przeważnie dwudziestoparoletni ludzie piszą do siebie samych "z przyszłości" przesłania dotyczące tego, co za 10 lat ma być w ich życiu ważne. Czasem chodzi o jakieś konkretne osiągnięcia, jak zrobienie habilitacji, a czasem o to, żeby być po prostu dobrym trzydziestoparoletnim człowiekiem.

Fot. www.facebook.com/yplusdziesiecFot. www.facebook.com/yplusdziesiec

Podoba mi się to! Podoba mi się idea, chociaż sama się jej boję. Czy to jest właśnie kwestia wieku, że ci dwudziestolatkowie zastanawiają się nad swoją przyszłością, a ja, kobieta po trzydziestce, mam to w nosie? Czy może jest to kwestia osobowości? A może to jest jedno i drugie? Przecież są trzydziestki, czterdziestki, a nawet siedemdziesiątki, które dalej coś planują, bo to jest ich sposób na życie. Dla równowagi są też dwudziestolatkowie, którzy nie mają planów długoterminowych.

Ja sama nigdy nie umiałam odpowiedzieć na takie pytanie. Już wiele lat temu przestałam myśleć o tym, co będę robiła za rok, a co dopiero za 10 lat. Będąc na studiach byłam przekonana, że poświęcę się karierze naukowej. Po zakończeniu studiów plany już mi się zmieniły i chciałam pracować w zawodzie, ale nie na uczelni. Spróbowałam i po roku wiedziałam, że wcale nie chcę tego robić dalej. Zaczęłam pracować w sklepie, bo po prostu musiałam na siebie zarabiać, ale nie czułam, że zostanę w handlu na całe życie. Kolejnym krokiem była praca w reklamie. Tutaj utknęłam na osiem lat. Później powiedziałam, że już nie chcę tego nigdy w życiu robić, ale obecnie znowu mam coś wspólnego z reklamą.

Do tego wszystkiego dochodzi życie prywatne, które przez ostatnie 10 lat zmieniało się i zmienia dzień w dzień. Nigdy nie miałam planów dotyczących określonego wieku w którym wyjdę za mąż, czy urodzę dzieci. Takie plany miała część moich koleżanek. Część pań „zrealizowała plan”, a część nie. Nie wiem, czy dziewczyny, którym nie udało się go zrealizować są smutne i zawiedzione, nie rozmawiamy o tym. Są też takie, które urodziły dzieci, mają mężczyzn życia, świetną pracę. Czy są w 100% zadowolone z tego jak potoczyło się ich życie? Tutaj różnie bywa. Zarówno związek partnerski, dzieci, jak i sama praca, czasami okazują się nie tym, czego się spodziewaliśmy. Związek przestaje się rozwijać i usycha, dzieci nie są aniołkami, a ukochana praca zamienia się w koszmar. Po prostu życie!

Wracając do pytania, które pojawia się na rozmowie kwalifikacyjnej, nie umiem na nie odpowiedzieć, bo może po prostu boję się odpowiedzi. Możliwe, że obawiam się tego, że zapamiętam odpowiedź i będzie mi ona towarzyszyć przez kolejne 10 lat. A ja po prostu nie chcę gdybać. Nie chcę myśleć o tym co będzie za 10 lat. Chcę się skupić na tym co mam teraz. Planowanie długoterminowe mnie irytuje, bo prawie nigdy się nie sprawdza. Więc po co to w ogóle robić? Nie chcę być w życiu prywatnym osobą, która prowadzi jakiegoś excela z harmonogramem życia. Nie chcę siebie poganiać i zarzynać się, tylko po to, żeby harmonogram się zgadzał. Są pewnie ludzie, którym taki system odpowiada. Spoko, niech z niego korzystają, on po prostu nie jest dla mnie.

www.swiatobrazu.plwww.swiatobrazu.pl

Praca w agencjach reklamowych - na razie najdłuższy etap mojej pracy zawodowej - dała mi duży rozwój kreatywny. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, dobrze zarabiałam, ale nic za darmo. Dostałam tam dużą dawkę stresu i siwe włosy. Praca w agencji reklamowej to praca z harmonogramem, który nie może się wywalić bo przecież chodzi o pieniądze. Nie jestem naiwna, żeby nie wiedzieć, że „hajs musi się zgadzać”. Teraz też pracuję, ale kombinuję jak zapłacić ZUS, rachunki, czy mogę pozwolić sobie na jakieś szaleństwo zakupowe? Bywa różnie, ale nie martwię się o jedno: o kasę klienta. Jestem na etapie życia zawodowego o którym nawet nie myślałam mając 20 lat. Ja nie myślałam o tym nawet trzy lata temu. Niektóre pomysły pojawiając się z dnia na dzień i widzę, że mają jakąś przyszłość. Ale czy będą się rozwijać w stronę, jakiej bym chciała? I gdzie ja będę za lat dziesięć? Nie mam pojęcia i nie myślę o tym. Teraz idę na żywioł. Teraz jest mi to po prostu potrzebne do bycia szczęśliwą.

Osoby, które pojawiają się na wspomnianej przez mnie stronie nieszczególnie mówią o pracy, bardziej o tym kim chcą być, albo czego nie chcą sknocić w swoim życiu. Wydaje mi się, że łączy ich wszystkich jedno. Chcą być po prostu szczęśliwi i chcą być dumni z tego kim są. Osobiście każdemu z nich życzę, żeby ich życzenia się spełniły. Nie ma jednej drogi do osiągnięcia szczęścia. Każdy musi po prostu odnaleźć swoją. Czasami trzeba zejść z wcześniej obranego kursu, bo droga, która wcześniej zaplanowaliśmy właśnie zarosła krzaczorami.

Od Redakcji:

Postanowiłyśmy przemówić do samych siebie, ale w drugą stronę (gdyby to tylko było możliwe!) - co dziś, z perspektywy naszych trzydziestu lat powiedziałybyśmy sobie samym sprzed dekady?

RedNaczRedNacz

NataliaNatalia

SekRedSekRed

Więcej o: