Szatan błądzi w Paryżu, czyli słów kilka o bękarcie Rosemary

Choć jestem już pochłonięta ostatnimi przygotowaniami do wyjazdu, po prostu musiałam znaleźć czas na obejrzenie najnowszej ekranizacji "Dziecka Rosemary?. Uzbrojona w lampkę nocną (ot, na wszelki wypadek) zasiadłam radośnie przed telewizorem w czasie burzy (potęgowanie efektu) i ruszyłam po dreszcz. Dreszcz był.

Ponieważ jestem nie tylko w pośpiechu, ale także ogarnęło mnie bez reszty straszliwe Reisefieber, pragnęłam relaksu. Serial zapowiadał się interesująco, a ponieważ jest to bardzo niewielka produkcja - to tylko dwa odcinki - czas był. Do tego same smaczki - urocza Zoe Saldana, wspaniała Carole Bouquet, reżyseria Agnieszki Holland, akcja w Paryżu. Miodzio. Jakie były wrażenia, prawdopodobnie wiecie, bo przeczytaliście tytuł, ale pozwólcie mi podzielić ten tekst na dwie części. Dzięki temu, niektórzy z Was skończą pewnie czytać bardzo szybko. To co? Może zwiastun? Wygląda nieźle...

Jednak w porównaniu z tym, wygląda nieco blado.

No dobrze, nie mogę tego odkładać w nieskończoność. Ale może w takim razie jeszcze tylko

Serial wypuściła stacja NBC, nie jest on na razie dostępny w Polsce, ale mam obawy, że ze względu na "silne polskie akcenty" może on wkrótce się i u nas pojawić. Zatem czujcie się ostrzeżeni.

Krótka recenzja dla tych, którzy nie czytali książki i nie widzieli filmu Polańskiego

Zlekceważcie ten serial. Lepiej obejrzyjcie "Penny Dreadful" - też się znudzicie, ale trochę później i w lepszym stylu. Poza tym będzie trochę przyjemnej makabry i zjawiskowa Eva Green - fantastyczna w jednej z głównych ról. Przyjemna fabuła, urocze nawiązania literackie i filmowe. A jeżeli zaśniecie, to niewiele stracicie.

Rosemary's Baby

Dłuższa recenzja dla tych, którzy czytali książkę i/lub oglądali film Polańskiego

Naprawdę nie wiem, kto wpadł na ten szereg idiotycznych pomysłów, który psuje tę ekranizację do cna. Tak uczciwie, to nie wiem nawet od czego zacząć, bo zastanawiam się, co mnie zirytowało najbardziej. A konkurencja jest w tym przypadku ogromna. Może zacznę zatem od tego, co mi się podobało najbardziej. Były to napisy końcowe. Wyzwoliły we mnie szereg pozytywnych uczuć. Spotęgowała je także muzyka, która okazała się jedną z tych rzeczy, których zepsuć się jakimś cudem nie udało. Warto zwrócić na nią uwagę - oczywiście, jeżeli zdecydujecie się to w ogóle obejrzeć. A polecam, bo to wyjątkowo interesujące doświadczenie.

No ale naprawdę, nie mogę tego odwlekać. Skupię się zatem na głównej bohaterce, Rosemary Woodhouse, której rolę powierzono ślicznej Zoe. Uroda to rzecz gustu, mi akurat Zoe do niego całkiem przypadła, ale naprawdę myślałam, że z tej miłej twarzy da się wykrzesać nieco więcej, niż cztery dyżurne miny. Oszczędzę Wam porównań i skojarzeń, bo doprawdy nie wypada. Aktorka w ogóle mnie nie przekonuje. Jej emocje są ewidentnie sztuczne i cholernie męczące - także dla oka. Jako Rosemary jest wyjątkowo irytująca - niestety, nie w ten zamierzony w powieści i w filmie Polańskiego sposób. Bo przecież nasza bohaterka ma nas denerwować, ma wzbudzać w nas głęboką irytację, a jednak przepaść między Farrow a Saldaną jest ogromna. W filmie Polańskiego irytuje mnie bohaterka, w ekranizacji Holland nieprzeciętnie wkurza mnie sama aktorka. Dodam, że obsadzenie czarnoskórej Zoe w głównej roli także mnie zdenerwowało. Być może jestem zanadto czepliwa, ale na litość Thora - pochodzenie Rosemary miało ogromne znaczenie dla jej postaci. Skreślenie całego tła, osłabia cały efekt, czyniąc postać zdecydowanie uproszczoną wersją książkowej bohaterki.

Rosemary's Baby

Słynna scena pożerania surowej wątroby, w wykonaniu Farrow budziła dreszcze. Swoją drogą - wiedzieliście, że Farrow wypadła tak przejmująco, bo jest wegetarianką, a okrutny Polański zmusił ją do zjedzenia prawdziwej kurzej wątróbki? Tym smutniejsza jest ta scena w wykonaniu Saldany, bo budzi wyłącznie znudzenie, no może lekkie zażenowanie. Kolejny epizod - scena postrzyżyn, także nie wywołuje zamierzonego (tak przynajmniej to interpretuję) efektu. Farrow pozbawiona swoich długich włosów zaczyna wydawać się jeszcze bardziej bezbronna i niewinna. Wygląda jak ofiara, którą przecież powoli się staje. Śmiem twierdzić, że o taki efekt właśnie chodziło. Ostrzyżona Zoe Saldana nie wygląda łagodniej, bezbronniej, delikatniej. Wygląda (nadal) bezjajecznie.

Kolejny strzał w dziesiątkę, to zmiana postaci Hutcha, przyjaciela i mentora Rosemary, na jej żeński odpowiednik (choć to słowo, to ogromne nadużycie). Julie, grana przez Christinę Cole, ma tu być owym mocnym charakterem, usiłującym postawić Rosemary na nogi. Efekt? Dość żałosny. Hutch miał charyzmę, emanował siłą i autorytetem. Julie jest miałka do granic wytrzymałości. Nie mogłam się doczekać momentu, w którym ginie. Dodam, że scena jej śmierci (w odróżnieniu od Hutcha, Julie ginie nagle) wywołuje wzmożone przewracanie oczami. Istna masakra. Na widzu.

W tej chwili się zorientowałam, że nie wspomniałam jeszcze o mężu Rosemary - musicie mi wybaczyć, ale jest to tak koszmarnie bezbarwna postać, że naprawdę jestem usprawiedliwiona. Przemiana niespełnionego aktora, w pozbawionego weny pisarza i wykładowcę uniwersyteckiego mogła być ciekawa. Powiem tylko, że zdecydowanie nie jest.

Do frustracji doprowadził mnie także polski akcent, oczywiście poza osobą samej Holland. Mamy oto doskonałego Wojciecha Pszoniaka, aktora sugestywnego, wyjątkowego sprowadzonego do roli jednego z satanistów, gromadzących się na przyjęciach Castavetów. Nie sprawdziłam, czy na ekranie pojawia się on na minutę czy na dwie, bo musiałabym w tym celu jeszcze raz obejrzeć serial. Weronika Rosati, jak by o niej nie pisano, aktorka obiecująca i interesująca - błyska nam w tle w roli przecinka. Fantastycznie, że znowu polscy aktorzy pojawiają się w światowej produkcji. Ale ech. Zamilknę.

Słabym promyczkiem jest jedynie para Castevetów, choć tu też, niestety, pojawiają się zgrzyty.

Rosemary's Baby

Doskonała i zjawiskowa Carole Bouquet w roli Margaux Castevet sprawdza się znakomicie. Zmiana imienia bohaterki wyjątkowo nie drażni, bo naprawdę gdyby zaserwowano mi prostacką Minnie z twarzą Carole, to wrzeszczałabym długo i głośno. Z kolei Roman Castevet o twarzy Jasona Isaacsa to zaskoczenie duże, ale przemiłe. Postać wykreowana przez Isaacsa jest urocza, ujmująca, ale i diaboliczna w dobrym stylu. Pomysł na przeistoczenie prostackiej pary, trzymającej w toalecie książkę "Wice w WC", w przedstawicieli śmietanki towarzyskiej Paryża był ryzykowny, ale o dziwo - sprawdził się. Te dwie postacie nadały smaku tej wielce mdłej adaptacji, choć niektóre sceny nadal bawią zamiast straszyć. Co prawda jestem przywiązana do oryginalnego zderzenia tandetnej nieco w wyrazie pary i satanistycznych praktyk - miało to swój smak - ale tę zmianę można bez problemu wybaczyć. Co prawda bywa plastikowo, ale można machnąć na to ręką.

Do łez doprowadziła mnie tajemnicza męska postać (czyżby Adrian Mercato?), na którą Rosemary natyka się kilka razy. Mężczyzna o fosforyzujących niebieskich oczach (te tandetne soczewki były naprawdę dobijające) ma chyba emanować diabelskim seksapilem - emanuje głównie nudą i bezsensem. Po raz kolejny widz zadaje sobie pytanie "po jaką cholerę to wszystko?". Miałam nadzieję choć na to, że się porządnie wystraszę. Lampka nocna nie była mi potrzebna, a wręcz miałam ochotę rzucić nią w ekran.

Najgorsza jednak w tej produkcji jest dosłowność. Widz nie ma żadnych wątpliwości co do stanu umysłu Rosemary, bo nikt nie pozwala mu ich mieć. Ani przez chwilę nie pojawia się myśl, że może to jednak studium szaleństwa, a nie opowieść o przypadkowej kobiecie, zgwałconej przez szatana (o scenie gwałtu z uprzejmości się nie wypowiem). To, co było tak ważne i przejmujące u Polańskiego, u Holland nie istnieje. Nie wiem, czy taki był zamiar, ale efekt pozostaje niezbyt zadowalający. W połączeniu ze wszystkimi innymi wadami tworzy to całość, na którą szkoda czasu. Lepiej obejrzeć sobie wiekowy sequel "Dziecka Rosemary", zwłaszcza, że dostępny jest on w całości na You Tube.