Pędź na Romecie po nową Unitrę - retro marki wracają do gry!

Dominika Węcławek
Kojarzyły się z pustymi półkami, brakiem wyboru, walką o każdy egzemplarz. Zniknęły więc z rynku robiąc miejsce nowym, lepszym produktom z Zachodu. Dzisiaj są w cenie, a co więcej - w nowych odsłonach powracają do sklepów.

Pamiętacie ten moment, kiedy wreszcie udało wam się dojechać na rowerze do celu bez wywrotki? Może wciąż potraficie przywołać tę chwilę, kiedy po raz pierwszy puściliście na odtwarzaczu jedną z najważniejszych płyt waszej młodości, albo tamto święto, gdy wymarzony model - gitary, kolejki elektrycznej, roweru, gramofonu, słuchawek - był wreszcie wasz, choć wydawało się, że to już nigdy nie nastąpi? Takie wspomnienia mogą być niebywale intensywne. Nostalgia sprawia, że zapominamy o niedoróbkach, a największe wady potrafimy obrócić w zalety. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później specjaliści od marketingu sięgnęli po nasze wspomnienia, by jeszcze raz na nich zagrać.

Znów chcemy kupować rzeczy, które pamiętamy z naszego dzieciństwa, na przykład to, co dawniej było ledwie namiastką Milki czy innego Lindta, czyli blok czekoladowy. Latem sięgamy po oranżadę i lemoniadę w szklanych butelkach z (tym razem już celowo) obskurną papierową etykietą, zimą możemy założyć nowe (i drogie!) Relaksy. W mięsnych zaś na szczęście już nie ma nagich haków, ale jedna z masarni wypuściła budzącą swą nazwą mieszane uczucia "szynkę jak za Gierka”.

Z niebytu wróciły też dwie marki, które kilku pokoleniom Polaków towarzyszyły w dzieciństwie i młodości. Unitra i Romet znów wypuszczają na rynek nowe produkty, a dorośli użytkownicy z wypiekami na twarzy przekazują sobie wieści o nowościach.

"Wicher powrócił!” - entuzjazmowali się fani szybkiego kolarstwa. "Patrzcie, kultowe SN-50 znów tu są, czyli nie będę mógł już szpanować swoimi starymi?” - z nutą rozczarowania, ale i humorem zauważył w sieci jeden z audiofilów. Wicher był jednym z rometowych "szlagierów”, rowerem wyścigowym na lekkiej ramie. W przeciwieństwie do Jaguarów super, które dostawali wyłącznie członkowie kadry narodowej, takiego Wichra przy odrobinie szczęścia można było kupić w sklepie. Którym i kiedy? A to już był inny problem. SN-50 to z kolei słuchawki zakładane na głowę, szerokopasmowe, posiadające bardzo charakterystyczny, nieco kanciasty pałąk. Bezkonkurencyjne - dosłownie i w przenośni.

Montaż roweruFot. Archiwum

Wicher powrócił w nowej odsłonie rok temu - jako limitowany do 65 (!) egzemplarzy model "nowego” Rometu, marki wykupionej przez grupę Arkos. Wśród rowerzystów wywołał oczekiwany przypływ nostalgii, a ponieważ można go było zdobyć biorąc udział w konkursie na rowerowe wspomnienie z przeszłości, łatwo do tych sentymentalnych opowieści dotrzeć. W fanach "starego” Rometu wzbudził zaś mieszane uczucia - przytył, a może nabrał masy i stracił swój "ostry” charakter.

Słuchawki SN-50 z Unitry nie przeszły aż tak drastycznego liftingu. Pokazane z końcem maja na pierwszej konferencji prasowej nowej-starej marki z daleka do złudzenia przypominały oryginał. Diabeł tkwił oczywiście w szczegółach: nowe "pięćdziesiątki” mają inne, przyjemniejsze dla ucha wykończenie nauszników, mają też nowy, krótszy, ale wzbogacony o regulator głośności kabel. Największym zarzutem pod ich adresem okazało się miejsce produkcji. To już nie są zakłady Tonsilu we Wrześni - te, choć sukcesywnie nikną w oczach, nadal działają, ale odkąd dwadzieścia cztery lata temu stały się spółką akcyjną, nie dostarczyły Unitrze choćby pół membrany głośnikowej. Nowe SN-50 powstały więc w Chinach i to najbardziej dotknęło dawnych użytkowników.

Pocztówka z przeszłości

Zarówno Unitra, jak i Romet kojarzą się z produktami krajowymi. Sprzęty z charakterystyczną, kanciastą literką "U” były w niemal każdym domu. Radia "Śnieżka”, wzmacniacze, gramofony, kolumny głośnikowe, poręczny, przenośny "Kasprzak”, na którym można było słuchać kaset także podczas wypadów pod namiot na Mazury.

- Unitra to było dla nas wszystko, na radiach wytwarzanych w zakładach Diora łapało się fale radiowe, czatowało godzinami, aż spiker zapowie ulubioną piosenkę... Wzmacniacz działa do dziś, kolumny też, gramofon, bardzo solidny, pewnie by nadal chodził, ale pasek sparciał - wymienia Grzegorz Błaszczyk, jeden z tych, którzy nie zdecydowali się na wymianę unitrowych sprzętów na nowsze, zachodnie. W jego mieszkaniu obok szafki z zestawem audio dumnie stoi sprawny do dziś magnetofon szpulowy Dama Pik. Ludzi, którzy zostawili sobie sprzęt Unitry, ba, polują na kolejne egzemplarze, dbają o nie i z pieczołowitością restaurują, jest w Polsce wielu. Jednym z nich jest założyciel fanpage'a Unitra, Łukasz Lange, który w rozmowie z nami przyznaje, że sprzęty Unitry miały swoje słabe punkty, ale zalety zdecydowanie przeważają. Nie tylko paski w gramofonach, ale też zawieszenia membran w kolumnach parciały, poszczególne elementy czasem trzeba było dość szybko wymienić na nowe, wielu audiofilów uskarża się też na bałagan, zwłaszcza w układach scalonych. Wszyscy jednak mówią otwarcie - Unitra była najlepsza, bo jej produkty były zwyczajnie dostępne, były łatwe w naprawie i tanie w serwisowaniu.

Fot. UnitraFot. Unitra

- Jeśli chodzi o mocne strony Unitry jako całego zrzeszenia zakładów, to było oczywiście zatrudnienie wielu tysięcy ludzi, jakość wykonania, łatwość naprawy, produkcja odbywająca się w pełni w Polsce, wspaniali inżynierowie, konstruktorzy oraz technolodzy, którzy projektowali sprzęty własnoręcznie - dodaje jeszcze Łukasz Lange. Faktycznie, produkty ze znaczkiem "U” pochodziły z setek obiektów w całym kraju. Pod koniec lat 80. Zjednoczenie Przemysłu Elektrotechnicznego i Teletechnicznego, jak brzmiała pełna nazwa Unitry, zrzeszało 28 przedsiębiorstw produkcyjnych, a zarówno całe urządzenia, jak i pojedyncze podzespoły wytwarzane były także na eksport. Trudno jednak wskazać na konkretnych bohaterów związanych z tą marką, łatwiej przypomnieć sobie czyich nagrań można było dzięki tym sprzętom słuchać.

Gdzie jest pegaz?

Zjednoczone Zakłady Rowerowe Romet to także kilkanaście różnych fabryk w kilku miastach, ale tu znacznie łatwiej o przywiązanie do marki. Romet to piękna historia legend polskiego kolarstwa, to wreszcie opowieść, która zaczyna się jeszcze w czasach przedwojennych, w dwóch zakładach rzemieślniczych działających przy jednej ulicy w Bydgoszczy. Nawet po sześćdziesięciu sześciu latach od powołania do życia zakładów znaleźć możemy nazwiska nie tylko naszych zawodników, ale konkretnych konstruktorów odpowiedzialnych za poszczególne rowery, a nawet ich wyposażenie. Co więcej, Jaguary, na których startowali nasi zawodnicy, nie przynosiły ujmy naszemu krajowi.

- To była klasa, synonim porządnego sprzętu! Normalny człowiek mógł go co prawda nabyć w Peweksie, ale to nie była tania przyjemność - opowiada Sebastian Smyl, pasjonat kolarstwa, współwłaściciel serwisu rowerowego. Dodaje, że na tle Francji czy Włoch wcale nie wypadaliśmy blado. Żelazna Kurtyna nie powstrzymywała rozwoju. Jego gwarantem byli bowiem najlepsi specjaliści - Mieczysław Ciesielski i Stanisław Palicki. Ich rozwiązania testował na torze nie mniej legendarny kolarz: wielokrotny medalista wyścigów szosowych, pierwszy polski triumfator Wyścigu Pokoju Stanisław Królak. On też podczas zagranicznych wojaży podpatrywał rozwiązania konstrukcyjne stosowane u konkurencji.

- Do tej pory ramy, które wyszły spod ręki Ciesielskiego, trzymają się dobrze - zapewnia Sebastian. - Wiadomo, po tylu latach to nie jest to samo, co nowa rama, ale dalej można powiedzieć, że to był szczyt techniki - dodaje Smyl.

Montaż roweruFot. Franciszek Mazur / AG

„Nasza pozycja wyjściowa była bardzo skromna. Przemysł rowerowy w przedwojennej Polsce zajmował odległe i mało znaczące miejsce w statystykach gospodarczych świata” - pisał we wstępie do jubileuszowej książeczki "60 lat Zakładów Rowerowy 'Romet' 1924 - 1984" dyrektor Józef Wieczorek. Historię zapoczątkowali Wilhelm Tornow i Willy Jahr - ten pierwszy był od ram, drugi od podzespołów. Działali w pracowniach umieszczonych w kamienicach na jednej bydgoskiej ulicy. Z tych dwóch przedsięwzięć po wojnie powstał właśnie Romet. Wiemy, że pierwsze dzwonki składała ręcznie pani Zofia Żuchowska, pracownica Fabryki Billnera, specjalizującej się pierwotnie w okuciach meblowych, a dzięki zamówieniom ZZR (Zjednoczonym Zakładom Rowerowym) produkującej także pedały, pompki, piasty i przekładnie. Części te były, jak piszą użytkownicy "starannie wykonane i estetycznie zapakowane”. Nic więc dziwnego, że nawet po kilkunastu latach od wstrzymania produkcji widok charakterystycznego pegaza z logo Rometu i dźwięk nazw legendarnych modeli potrafi wywołać w kolarzach falę gorących uczuć. Te emocje mogły stać się doskonałym punktem wyjścia do budowania siły reaktywowanego Rometu. Przypomnijmy, że dawne Zjednoczone Zakłady Rowerowe Romet nie poradziły sobie w systemie wolnorynkowym i - podobnie jak Unitra od 1989 roku - chyliły się ku upadkowi, by wreszcie zniknąć z rynku.

Pierwsze wróciły rowery z Pegazem. Już w 2006 roku ponownie można było kupić model Wigry i Jubilat. Potem wrócił Orkan, Huragan, Gazela i Wagant. W katalogu nowego właściciela przeważają jednak zupełnie nowe, nie brzmiące już tak swojsko Ramblery, Spary czy Jolene.

Nie tylko wspominany wcześniej Wicher stracił swój charakter, wszystkie "nowe” Romety mają inny design. Producenci mówią, że to odświeżenie, że nowoczesność idzie w parze z tradycjami.

- Miałem ostatnio w serwisie takiego nowego Rometa na 28-calowych kołach. Trekkingowy model na ramie męskiej. Cóż, to był zwykły rower, wyglądał tanio, osprzęt z dolnej półki, masowa produkcja. Nie było w nim nic, w czym można by się zakochać, nic, co sprawiłoby, że powiedziałbym: nasz Romet jest lepszy od Gianta czy Meridy - relacjonuje Sebastian Smyl. Widać, że nie jest mu z tym dobrze. Podobnie jak wielu miłośników polskiego kolarstwa, chciałby, żeby te dwukołowce były wyjątkowe, by miały duszę.

Powrót Edwarda

O duszy nie mówi się zakładając na uszy słuchawki SN-50, ale już patrząc na Edwarda - nowy wzmacniacz Unitry - można poczuć emocje i ciepło. W przenośni, jak też dosłownie, wreszcie to wzmacniacz lampowy, który musi się dobrze nagrzać, by dźwięk mógł płynąć dalej. Co więcej, Edward jest zaprojektowany i wykonany przez Polaka, Przemysława Godylę, właściciela małej, choć cenionej przez audiofilów firmy PhonoGraph. Propozycja współpracy wyszła od firmy K-Consult, właściciela praw do marki Unitra.

UnitraFot. Unitra

- Przedstawiciele firmy zwrócili się do mnie z pytaniem, czy istnieje możliwość adaptacji istniejącego i dobrze sprzedającego się w kraju i zagranicą wzmacniacza PhonoGraph 60 do projektu Unitra. Przedstawiony plan reaktywacji marki był bardzo interesujący, najistotniejsze zaś okazało się to, że będziemy wspólnie „przeprojektowywać” wizualnie istniejący i sprawdzony produkt, mający bardzo dobre recenzje, a nie wytwarzać prototyp - wyjaśnia Godyla. Czy nie bał się, że może na takiej współpracy stracić zaufanie klientów? Nie, przyznał, że malkontenci byli i zawsze będą. PhonoGraph za to niezmiennie stawiać będzie na wysoką jakość i sprawdzone rozwiązania. Jest jedno "ale". Jakość kosztuje. Unitra wcześniej kojarzyła się z przystępnymi cenami, a Edward ma już swoją bardzo konkretną cenę - 8 999 zł. Nie bez powodu jest tak wysoka, chodzi nie tylko o jakość.

- Nowy wzmacniacz Unitry z definicji miał być towarem deficytowym, dostępnym tylko dla wybranych - wyjaśnia Mariusz Kulesza, dyrektor ds. strategii marek w firmie K-Consult. Od wspomnień o dostępności i marzeniach zaczęło się myślenie o wskrzeszeniu samej Unitry.

- W dowolnym markecie elektronicznym na świecie można kupić w większości to samo, co u nas. W tym momencie przypomnieliśmy sobie, że w czasach naszej młodości wyglądało to zgoła inaczej, kiedy to po sprzęt RTV, w tym także po słuchawki, trzeba było stać w kilkudniowych kolejkach. Zaczęliśmy wspominać, jakich słuchawek używaliśmy w latach młodości i to był początek reaktywacji - mówi Kulesza. Pamiętna rozmowa miała miejsce w lipcu 2012 roku, pierwsze słuchawki SN 50, wzmacniacze Edward i zestawy do mocowania sprzętu RTV: Ryszard, Wacław i Zdzisław trafiły do sprzedaży dokładnie 22 maja tego roku. Co ciekawe, po mieszanych uczuciach, jakie wywołały komentarze dotyczące miejsca produkcji słuchawek, obecnie zauważyć można falę dość przychylnych recenzji.

Krzysztof Najder, współwłaściciel firmy specjalizującej się w marketingu strategicznym Stratosfera przyznaje, że o ile Romet miał ułatwione zadanie z powrotem, o tyle Unitra ze swoją ofertą ma większe szanse na powodzenie. Dlaczego Rometowi miałoby być lżej? Rowery mają cały szereg pozytywnych skojarzeń ze zdrowym trybem życia, ze swobodą, przywołują miłe wspomnienia z dzieciństwa, więc zapominamy o wadach i usterkach.

- Niestety nowy Romet proponuje nam "chińszczyznę” bez stylu, to jedynie powtórzenie oferty konkurencji - ocenia Najder. W którą stronę zatem powinien podążać rometowy Pegaz? - Rokującym rozwiązaniem są dziś dobrze zaprojektowane rowery kurierskie, przystosowane do powszechnego użytku, ostre koło to wolność i alternatywa - wyjaśnia Najder. Dodaje też, że solidnie wykonanym rowerem tego typu nie tylko można przemierzyć setki kilometrów, ale - co też jest ważne dla współczesnych młodych nabywców jednośladów - bez obciachu podjechać pod modną kawiarnię, czego nie można powiedzieć o większości modeli z obecnej oferty. A co z Unitrą? Taki "relaunch” - jak fachowo nazywa się powrót na rynek - to wyzwanie.

- W przypadku tej marki nie ma mowy o "strefie ochronnej”, którą miały rowery. Mało kto wierzy, by w Polsce można było dziś masowo wytwarzać dobrą elektronikę - wyjaśnia ekspert. Z jego punktu widzenia, ryzykiem jest więc wypuszczanie na rynek serii tańszych słuchawek. Co innego wysokiej jakości sprzęt audiofilski. - To jest dobry trop, bo w Polsce wciąż cenione jest rzemiosło - przyznaje Najder.

Właściciel PhonoGraphu przyznaje, że sam jest zaskoczony tym, jak wiele zamówień na Edwarda spłynęło do jego firmy po 22 maja. Specjaliści od pracy z dźwiękiem - testerzy i masteringowcy - też są zaskoczeni. Mówią, że to niepotrzebne dziś "ocieplanie” barwy dźwięku, że taki wzmacniacz na nic się nie zda, gdy w domu brak dobrych kolumn i dobrej jakości źródła dźwięku. Spokojnie, podobno Unitra ma coś w zanadrzu - już teraz prowadzone są negocjacje z Diorą Legnica i Tonsilem, oraz kolejnym małym wytwórcą designerskich gramofonów, krajową firmą AdFontes. PhonoGraph ma w planach wypuszczenie przedwzmacniaczy. "To może jeszcze magnetofon kasetowy rzucą?” - pytają nieco ironicznie audiofile. To byłoby niegłupie. Kasety też przecież przeżywają w ostatnich latach drugą młodość.

Więcej o: