Absurdalne wymagania artystów. Garderobiany foch!

Sezon letnich festiwali już wystartował, do naszego skromnego kraju zjeżdża się artystyczne chamstwo z całego świata. A taki artysta estradowy to potrafi mieć wymagania! Beyonce żąda czerwonego papieru toaletowego, u Jennifer Lopez wszystko ma być białe - począwszy od kwiatów, przez meble, a na winie skończywszy, Mariah Carey wymaga białych kotów i gołębi (!!!), ale wszystkie panie przebija Slayer - w garderobie zespołu musi być stado białych baranków i rzeźnik.

Wszystkie te kwiatki znajdują się w tak zwanym riderze. Rider techniczny to taka święta lista potrzeb artysty, gościa, którego przecież organizator zaprasza w swe skromne progi celem zapewnienia uciech stu i wrażeń kulturalnych. Aby owe wrażenia były każdorazowo równie niepowtarzalne, organizator musi znać odpowiedź na kilka kluczowych pytań, choćby ile prądu potrzeba takiemu artyście, jak dużo miejsca dla jego zespołu, jakie wzmacniacze do instrumentów, jakie oświetlenie dla jeszcze lepszej prezentacji całokształtu i tak dalej, i tak dalej... Bez ironii - rider techniczny ma pomóc muzykom i organizatorom w uniknięciu sytuacji w których okaże się, na przykład, że zabrakło wyjść dla wszystkich instrumentów wykorzystywanych na scenie, wtyczki od syntezatorów nie pasują do gniazdek, nie ma stojaka na szóstą gitarę i brakuje miejsca na zestaw perkusyjny.

Iggy Pop słynie nie tylko z autodestruktywnego zachowania na scenie, ale i zaskakujących oczekiwań poza niąIggy Pop słynie nie tylko z autodestruktywnego zachowania na scenie, ale i zaskakujących oczekiwań poza nią

Większość zespołów traktuje rider bardzo poważnie, ma sensowne i racjonalne wymagania. Zamiast łysych i bezzębnych prostytutek - jak Marylin Manson - prosi skromnie o plastikową osłonę dla perkusisty na scenie, suchą podłogę w garderobie, kawę bez cukru, papierowe ręczniki i kanapki. Metallica żąda przede wszystkim bekonu, jeszcze więcej bekonu oraz bekonu. Są i tacy, którzy idą na całość, albo przynajmniej umierają próbując, jak choćby Iggy Pop. W riderze jednej z tras koncertowych z The Stooges napisał, że byłoby niezwykle miło, gdyby garderoba wyglądała nieco mniej podobnie do typowej rockandrollowej przebieralni. Jak? - A bardziej interesująco. Ale jak konkretnie? - No inaczej. Było coś o popuszczaniu wodzy fantazji. Do tego dochodzi jeden koordynator sceny (ktoś, kto pilnuje by gwiazda zjawiła się na niej o czasie), który "nie lęka się śmierci" (jednym słowem: wchodząc do tej garderoby żegna się z nadzieją) i siedmiu karłów ubranych w stroje krasnoludków z disneyowskiej wersji Królewny Śnieżki. Mogą być nieco wyżsi, liczy się ich postawa i zaangażowanie. Jeśli widzieliście otoczony w pewnych kręgach kultem film "This is Spinal Tap", zapewne w tym momencie oczyma wyobraźni widzicie już zjeżdżający na scenę w kłębach dymu miniaturowy Stonehenge i tańczące wokół niego skrzaty.

Na co im to wszystko? Do budowania swojej legendy, także jako trolla. Serio. Co to za gwiazda, która nie ma specjalnych życzeń? Czy ona chce mi powiedzieć, że jest taka jak ja, zwyczajna?! Jeśli tak, to ja sobie poszukam innej, bardziej pokręconej, takiej, która chce jeść kwadratowe melony na specjalnej skórzanej sofie (jak Axl Rose) albo wpatrywać się w oprawione w ramki zdjęcie Księżnej Diany jedząc hamburgery z McDonald's (ale bez bułek!) - jak Britney Spears. W tej sytuacji nikogo nie powinien zdziwić uznawany za jednego z najlepszych raperów Eminem ze swym prostym pragnieniem, by na zapleczu znajdował się drewniany staw z karpiami Koi, ani tym bardziej supergwiazda tanecznej elektroniki Steve Aoki oczekujący siedmiu czarnych podkoszulków, siedmiu kompletów bielizny i szampana Cristal, choć ten ostatni nie jest konieczny. Oczywiście, gdyby się znalazły ze dwie flaszki - nie pogardziłby. Przyznam szczerze, że ja też nie, w końcu nie co dzień można pić szampana za 1200 złotych.

Królami riderów technicznych zostali jednak Foo Fighters i ich słynna książeczka z zadaniami i kolorowankami, z której każdy dobry organizator dowie się jak należy rąbać lód, by artyści byli zadowoleni, jak powinno wyglądać śniadanie, oraz czym różni się dobra sałatka od złej sałatki. Odnajdując wyjście z labiryntu szef garderoby będzie już wiedział czego oczekuje Dave Grohl. I pomyśleć, że zaczęło się od żartu, jaki z olewających ridery organizatorów zrobili sobie muzycy z grupy Van Halen umieszczając w samym środku spisu wymagań technicznych żądanie miski pełnej M&M'sów, przy czym bez tych w kolorze brązowym. W obliczu takich postulatów jeden okrągły stolik i łóżko, które można wnieść na scenę (Ich Troje), czy zestaw kanapek z colą zero (Liber i Sylwia Grzeszczak) brzmią szokująco normalnie.

Dave Grohl uczy: dobra i zła sałatkaDave Grohl uczy: dobra sałatka i zła sałatka

Pomijając już wszystkie te absurdalne, budujące legendę i często zmyślone (jak ten czerwony papier toaletowy Beyonce) historie - ridery mają pomóc artystom przetrwać wielotygodniowe, ba, wielomiesięczne życie w drodze. Owszem, sami takie życie wybrali, ale nie zawsze potrafili przewidzieć jego konsekwencje. Zresztą wyobraźcie sobie taką sytuację: kolejny tydzień na walizkach, kolejny kraj, kolejna strefa czasowa, zmiana klimatu, kuchni i otoczenia, a wy macie raptem kilka godzin, by nabrać sił przed wyjściem na scenę, potem dać z siebie maksymalnie dużo, wrócić do pokoju, przespać się, spakować i jechać dalej.

Nie dość, że nie macie zbyt wiele czasu na cokolwiek, nie odróżniacie już Dubaju od Hong Kongu, a Lizbona i Bratysława oznaczają dla was głównie zmianę w kształcie żyrandola pokoju hotelowego, to jeszcze jesteście zdani na łaskę i niełaskę obcych ludzi. Nakarmią was i napoją. A co, jeśli to będzie coś obrzydliwego? Coś na co nie macie ochoty, bo jesteście zmęczeni, zestresowani, albo akurat dopadło was przeziębienie? Dlatego zupełnie nie zdziwiło mnie, kiedy dowiedziałam się, że Adele żądała dwóch zgrzewek piwa lagerowego (byle nie Budweiser i amerykańskie sikacze). Outkast, którzy zagrali na tegorocznym Orange Warsaw Festivalu wybierają podobno mini KitKaty, a Pearl Jam w 2008 roku zaznaczyli, że zależy im na dobrej jakości czerwonym włoskim winie.

Kasia Tarka, która od wielu lat pracuje przy organizacji dużych festiwali i opiekuje się najważniejszymi zagranicznymi artystami przyznaje, że nigdy nie spotkała się z dziwnymi wymaganiami. Żadnych latających dywanów i żywych flamingów na zapleczu, za to Xbox w każdej garderobie? Proszę bardzo.

Zespół jest w trasie przez większość roku, jeśli chcą mieć Xbox i to ma im poprawić humor oraz stworzyć dobrą atmosferę, to dlaczego im go nie dać? To samo z ulubionymi ciasteczkami. Amerykańskie zespoły często chcą batoników lub jedzenia z konkretnej restauracji sieciowej, której nie ma w Europie. Wtedy dajemy zamienniki, oczywiście za ich zgodą.

Kasia wspomina też, że znacznie łatwiej dogadać się z tymi, którzy już w Polsce byli. Wiedzą co to Delicje i życzą sobie, by to właśnie one były na zapleczu, a zamiast wódki Grey Goose chcą Żubrówki. I dodaje jeszcze:

Artyści to normalni ludzie. Czasem zmęczeni, czasem tęskniący za rodziną. Jeśli traktujesz ich normalnie, to wszystko jest OK. Oczywiście, że duże zespoły mają własną kuchnię i jeżdżą z kucharzem. Nie uważam tego za fanaberię. Przynajmniej wiedzą, że dostaną do jedzenia to, co lubią. Rider niby jest po to, by organizatorzy wiedzieli takie rzeczy, ale widziałam promotorów, którzy wcale go nie czytają, albo chcą oszczędzić i serwują byle co.

Jest też grono twórców, którzy w riderach zaznaczają to, czego sobie stanowczo nie życzą. Na przykład mięsa. Nie tylko w swoim cateringu, ale na terenie całej imprezy. Tak zrobił Morrissey.

Morrissey na SXSWMorrissey na SXSW

Artysta znany z zaangażowanej postawy, zdeklarowany wegetarianin, sprawił, że na dużym, kilkudniowym festiwalu przez jeden wieczór nie serwowano żadnych mięsnych potraw. Nikomu. Organizatorzy wiedzieli, że lider The Smiths nie żartuje - w 2008 przerwał swój koncert na innym dużym festiwalu, Coachelli, bo poczuł zapach grillowanego mięsa. To go zwyczajnie zbulwersowało.

Ale, ale! Nie z takich powodów przerywano już koncerty. W zeszłym roku środowisko podzieliła dyskusja o zachowaniu kompozytora i pianisty Krystiana Zimmermanna, który zakończył występ natychmiast po tym, jak zauważył, że ktoś z publiczności filmuje go telefonem komórkowym. Jack White, inny z ważnych gości Open'era apelował niedawno, by na jego koncertach obowiązywał zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Zakaz nagrywania, fotografowania, tweetowania, świecenia i machania smartfonami - niech ci cholerni ludzie wreszcie się skupią na muzyce tu i teraz! Podobny pomysł przyświecał organizatorom zeszłorocznej edycji cenionego krakowskiego festiwalu Unsound, którzy odgórnie i niemal całościowo zakazali korzystania z telefonów i rejestratorów, ba! Nie przyznawano nawet akredytacji fotografom. Koniec z utrwalaniem, czas na przeżywanie!

Więcej o: