Kobiety mają okres - w 2016 roku moglibyśmy już uznać, że to normalne

Och, taki "niesmaczny" temat. Damy nie rozmawiają o menstruacji, ani nie przyznają się publicznie do faktu, że właśnie krwawią.

W kobiecym gronie, owszem, można napomknąć, że "ciotka do nas przyjechała" czy posłużyć się jakimś innym, równie debilnym, eufemizmem, w końcu mamy już XIX wiek! Nie raz i nie dwa widziałam różne brewki wędrujące w górę, gdy głośno, wyraźnie mówiłam różnym mężczyznom (horrendum!), że mam okres, tudzież w wersji "light", że oto wykrwawiam się właśnie.

Byłoby to zresztą dużo bardziej zabawne, gdyby nie było tak bliskie prawdy: jak mam okres to się wykrwawiam i z osłabienia czasem nie jestem w stanie wejść po schodach do domu. I to jest ten aspekt kobiecości, który z jakiegoś powodu nieustannie zbywa się i pomija albo wręcz lekceważy. Takie tam "babskie fanaberie", "histerie", "fochy" - "pewnie ma okres - hahaha", śmiech tubalny. Nie wypada się przyznać, że źle się czujesz, bo krew leci z ciebie jak ze szlachtowanego prosięcia. Takie rzeczy się ukrywa. Nie mówi o nich. Jakby wciąż obowiązywały te wszystkie pradawne przesądy dotyczący krwi w ogóle, a tej najgorszej "nieczystej" krwi menstruacyjnej w szczególności.

A jeśli kobieta ma wyciek i tym, co wycieka z jej ciała, jest krew, pozostanie ona siedem dni w swej nieczystości menstruacyjnej i każdy, kto się jej dotknie, będzie nieczysty aż do wieczora.

Głosi tak Prawo Mojżeszowe, ale paradygmat rytualnej "nieczystości" krwi menstruacyjnej był (jest?) obecny we wszystkich monoteistycznych religiach. W związku z tym formułowano rozmaitego rodzaju zakazy i nakazy dotyczące odseparowania krwawiących kobiet, zamknięcia ich w domu, lub odebranie im możliwości wykonywania takich czy innych czynności, np. sprzątania, czy gotowania. Podłożem jednak nie była troska o dobre samopoczucie miesiączkującej, tylko przekonanie, że taka krwawiąca baba to istota z piekła rodem, więc lepiej, by nie kalała swoimi łapami świętych domowych pieleszy. Ani pana małżonka - seks w trakcie menstruacji był absolutnie zakazany! Z pomiotem szatana się nie spółkuje, proste.

W wierzeniach ludowych krew miesięczna była otoczona nieco większą ambiwalencją. Owszem, niby to kobieta krwawiąca nie mogła na przykład czerpać wody ze studni (żeby jej nie zatruła tą diabelską posoką swoją), a zbierać "dobre" lecznicze zioła mogły tylko te kobiety, które w ogóle nie menstruowały, czyli staruchy i małe dziewczynki. Ale z drugiej strony krew menstruacyjna (zwłaszcza dziewicza) uchodziła za afrodyzjak i uniwersalne lekarstwo na wszystko - od podagry po ból głowy i brodawki. Krwi używano także jako środka antykoncepcyjnego albo wręcz przeciwnie - pito ją przy braku okresu i w celu wywołania płodności. Na dwoje babka wróżyła.

Strasznie śmiesznie było w tych dawnych czasach, prawda? Jak to dobrze, że TYLE się zmieniło i przynajmniej można sobie chałupę posprzątać w spokoju, jak się ma okres. Zawszeć to jakaś pociecha. Bo tak poza tym, to jakoś nie jest dużo lepiej. Kobieca menstruacja jest teraz dla odmiany przedmiotem kpiny, szyderstwa i niechęci. Jest to folgowanie jakiejś głupiej biologicznej słabości, dla której zrozumienia nie mają ani lekarze ("Boli panią? Nie widzę żadnej przyczyny, chyba pani PRZESADZA"), ani mężczyźni ("Nie ufam niczemu co krwawi trzy dni i nie zdycha.") ani te dziewczyny, którym los podarował bezbolesną menstruację lub same podarowały sobie pełną farmakologiczną kontrolę nad cyklem ("PMS? Wymyśliłaś to sobie, żeby zamaskować swój wredny charakter"). Poza tym to jest obrzydliwość. Krew jest obrzydliwa. A krew miesięczna - podwójnie. Bo taka brudna. Nieczysta znaczy. Lepiej pilnować, by ta kwestia była społecznie niewidzialna. Kiedyś odbywało się to na mocy religijnych obyczajów, dziś dzięki higienicznym wynalazkom. Załóż tampon i nie epatuj mi tu tą juchą, babo!

Spokojnie, nie należę do nurtu eko-wegan-kubeczek menstruacyjny-glutenfrei i nie będę tu nikogo przekonywać, że miesiączka jest cudownym darem matki natury i że powinnyśmy ją radośnie celebrować, obryzgując okolice własną posoką, wykonując przy tem rytualny taniec ku czci Luny. Kwestie higieny, środków uśmierzających ból, granic dyskomfortu pozostawiłabym poza nawiasem dyskusji - to są prywatne sprawy, indywidualne wybory i upodobania. Natomiast strasznie bym chciała, żeby jednak ten wiek XIX już się skończył i żebym mogła powiedzieć: "MAM OKRES" nie powodując u interlokutorów grymasów obrzydzenia, czy też zwykłego zakłopotania. Może już czas uznać, że to zupełnie normalne, zupełnie niewstydliwe i umiarkowanie obleśne (no fakt: krew z cipki płynie - straszna ohyda. Lepiej jak płynie z niej sperma, prawda?). Bliski jest mi postulat, by kobiecą menstruację uczynić normalną. Wyjąć z dyskursu ideologicznego - obojętnie czy jest to ideologia religijna czy feminizm. Okres to nie jest żadna sprawa demoniczna, nie jest to też manifestacja kobiecej siły, ani znowu powód do wrednych podśmiechujków. To fakt. Prosty i bezdyskusyjny, aczkolwiek obarczony kilkoma konsekwencjami.

W moim przypadku - a według badań także u więcej niż 60% miesiączkujących kobiet - te konsekwencje są przykre. Ból. Tak silny, że aż do wymiotów. Mocne krwawienie. Obrazy jak ze szlachtuza, naprawdę. Zawroty głowy, osłabienie, konieczność natychmiastowego położenia się. Powtarzająca się w opowieściach koleżanek wizja "leżę na jakiejś brudnej podłodze w publicznej toalecie, bo jak się nie położę, to chyba umrę" jest dobrą miarą tego hardkoru. A jednocześnie nasza kultura każe nam tę kwestię zamieść pod dywan. Nie utyskiwać, nie wywlekać, zejść innym z oczu z tym swoim głupim babskim cierpieniem. Idź nieczysta się schowaj. Paszła!

Nasza kultura nie tylko zmusza nas do tego by miesiączkę ukrywać, ale też ugruntowuje jej niegatywny obraz. Australijska badaczka Lauren Rosewarne w swojej książce "Periods in Pop Culture" przeanalizowała sposoby przedstawienia menstruacji we współczesnych filmach i serialach od "Annie Hall" do "Mad Menów". Wnioski do jakich doszła są raczej niesympatyczne. Menstruacja jest przedstawiana niemal zawsze jako trauma, dramat lub przyczyną śmieszności czy zawstydzenia bohaterki. W przypadku "Carrie" (skądinąd to wspaniały film na podstawie świetnej książki) pierwsza miesiączka ma nawet moc uruchomienia paranormalnych, demonicznych zdolności! Czyli rację mieli praojce: to dzieło szatana!

No dobrze, to w końcu ten okres ma być straszny (bo przecież boli), czy hip-hip-hurra-jestem-kobietą wspaniały (bo przecież się go nie wstydzę)? Okropnie dzisiaj marudzę - chyba mam okres, prawda? Prawda. Mam. I w związku z tym zupełnie stereotypowo: jestem rozdrażniona i marudna. Bo ten wypływ krwi jednak źle na mnie wpływa. Tak zwyczajnie i banalnie: źle się czuję. Bez traumy, dramatu i karykaturalnych przerysowań. Zwyczajnie źle. Nie ma w tym żadnej tajemnicy, mrocznego sekretu, ani powodu do wstydu. Nie ma też żadnej poprawy, choć obiecywali że "po dziecku" będzie lepiej. Cholerni kłamcy menstruacyjni, płatne pachołki patriarchatu!. Na pohybel-że wam!

PS. Na poprawę humoru trochę krwawego horroru: playlista spod znaku "period pride".

Więcej o: