Kontaktu wzrokowego unikać - komentarz do rasistowskiego hejtu na rapera Sobotę

Nawet jeśli nie jesteście fanami rapu, ta sprawa powinna was obchodzić - rasistowskie bluzgi pod adresem szczecińskiego rapera Soboty, jego czarnoskórej partnerki i dziecka (!) zwyczajnie bulwersują, ale być może świadczą też o głębszym problemie? Specjalnie dla Focha sprawę komentuje znawca polskiego rapu i kultury hip-hopowej, dziennikarz muzyczny Marcin Flint.

W polskim hip-hopie nie było rasizmu. Teraz odbiorcy tej muzyki pomagają nakręcać jego spiralę. Artystom wydaje się być na razie wszystko jedno - ilość słuchaczy, jest ważniejsza od ich jakości. To, co wydarzyło się na fanpage'u szczecińskiego rapera Soboty świadczy o narastającym problemie. Sobota wrzucił na swój profil rodzinne zdjęcie - z jego czarnoskórą partnerką i ich dzieckiem. Pod zdjęciem pojawiły się komentarze: "Rodzinna wyprawa na pola bawełny" czy "co to jezd za małpa?" - to tylko dwa i to nie najbardziej wulgarne.

Sobota/ Facebook.comSobota/ Facebook.com

Jestem związany z polskim hip-hopem od 20 lat, w tym kilkanaście lat zawodowo, przyzwyczaiłem się już więc do tych branżowych spojrzeń - zdegustowanych, zdziwionych, wręcz współczujących. Wszystko dlatego, że ten gatunek nie wyrósł tak jak oczekiwano. Nie stał się wiecznie naburmuszonym dzieciakiem punk rocka, nie chciał kisić się na blokach w ostrym sosie własnym, wciskać w alternatywny gorset, kiedy akurat nie miał na to ochoty. Przez dwie dekady popełnił rzeczywiście wiele błędów, na których nie zawsze umiał się uczyć, toteż łatwo mu zarzucić deficyt oryginalności, bylejakość, nieświadomość tego, że najpierw jest muzyką, potem namiastką poezji, nieumiejętność wyczucia obciachu. Jakoś nie zbijało mnie to z tropu z dwóch powodów. Stroniąc od "artystów" kłaniających się disco polo czy nastoletniemu emo, zawsze znalazłem sporo dla siebie. Bo - choć nie ma za bardzo kto o tym przypominać - mamy również płyty, gdzie acid jazz spotyka się z narracją drwiącą sobie z macho, przejmujące pokoleniowe manifesty, nadwiślańską, inną niż wszystko interpretację funku, a nawet konceptualne albumy napędzane fantastycznonaukową prozą Philipa K. Dicka. To po pierwsze. Druga sprawa: hip-hop nauczył młodzież tego, że płyty się kupuje, bo to najprostszy sposób okazania szacunku czy podziękowania artyście. Wpoił jej lokalny patriotyzm. Wreszcie oduczył ją rasizmu. Przynajmniej tak mi się wydawało.

"Nasza muzyka była zawsze pożyczona, pożyczona od Sly Stone'a i George'a Clintona" - rapował jeden z twórców, i cóż, ten funkowy, afroamerykański rodowód to żadna tajemnica. Druh Sławek, radiowiec, pionier, zasłużony promotor pisał we wstępie leksykonu "Beaty. Rymy. Życie": "Nie da się zrozumieć hip-hopu nie wiedząc, kim byli Iceberg Slim i Malcolm-X, The Last Poets i Watts Prophets, co oznaczają słowa pimp i hustler, nie znając filmów blaxploitation (...) Krótko mówiąc nie da się zrozumieć hip-hopu bez znajomości Czarnej Ameryki, jej historii, tradycji, kultury, religii, języka". No właśnie, a że wiedza była namaszczona na piąty element hip-hopu (na który składa się rap, dj'ing, breakdance i graffiti), wstyd było tego nie wiedzieć. Mizoginia i homofobia kwitły (i kwitną zresztą) w najlepsze, jednak rasizmu nie było. Czarni raperzy funkcjonowali jako z szacunkiem wymieniane inspiracje (posłuchajcie nagrań Pei, gdzie z pasją wymienia ich ksywki, choćby tego), a występy czarnych zespołów zza oceanu były dla podzielonej sceny jak święto. Wraz z jej rozwojem zaczynały się kooperacje - Prosto dotarło do sceny francuskiej (co zaowocowało m.in. pamiętnymi hitami WWO i Zipery z Soundkail), ba, nawet kubańskiej. Na śląskiej składance "Usta Miast Kast" obok kawałków Paktofoniki czy Gutka z rapowanym po romsku kawałkiem pojawił się Dene.

Gdy Borixon, pamiętany chociażby z legendarnego Wzgórza Ya-Pa-3 zarapował w 2004 roku "Niektórych rzeczy nie da się ogarnąć / Niektóre sprawy są na czarno / Ja jestem dumny, że moja skóra jest biała" wers mógł mi się wydać niefortunny, niemniej nie zapalił choćby jednej lampki ostrzegawczej. Nie chciałem szukać dziury w całym, to jak dopatrywać się cuchnącego Ku-Klux-Klanem żartu w jednej z najważniejszych polskich rapowych wytwórni Asfalt Records, czy rasizmu (do pary z homofobią!) w "To jest Polska, czarnuchu / Rap pedały sprzedają się tu w kioskach ruchu". Później, gdy przy okazji dyskusji w domu kultury, kolega z wydawnictwa zwrócił mi uwagę na jawnie i świadomie już rasistowskie treści, machnąłem ręką. To były jakieś marginalne zespoły, funkcjonujące gdzieś przy stadionach, coś co przy tak rozbudowanej scenie mogło incydentalnie wyniknąć. Teraz zdałem sobie sprawę, że już wtedy trzeba było reagować.

Rok temu internetowy tabloid rapowy, Glamrap.pl napisał, że "Martyna Chakanetsa, która prywatnie jest żoną poznańskiego rapera DonGURALesko, prowadzi blog dla mam". W samym doniesieniu nie ma nic rasistowskiego, gorzej z komentarzami: "Won do Afryki" czy "Ja pi***ole murzynka która dała się sprzedać za paczkę fajek dla wodza" to dwa najpopularniejsze. I cały czas wiszą zachęcając do dalszej tego typu aktywności. Stąd raperzy (nie róbmy im reklamy) piszący na profilach "Props dla Andrychowa za tępienie brudasów" z odzewem w stylu "Z nimi trzeba nawet kontaktu wzrokowego unikać, bo przez samo spojrzenie stówa może z portfela wyparować".

Czy wreszcie sytuacja, która stała się przyczynkiem do tego tekstu. Szczeciński raper Sobota wrzuca do siebie na facebookowy profil zdjęcie z czarnoskórą partnerką i dzieckiem. Co dostaje w komentarzach (wcale nie anonimowych?): "Test na HIVa zrobiłeś?", "Po chuj gówno trzymasz w aucie, posprzątałbyś", "rodzinna wyprawa na pola bawełny", "Wygląda jak małe gówno", "co to jezd za małpa?". Ten język to kipiący nienawiścią Redwatch. Przeniesiony jeden do jednego. Kumpel, z którym dzieliliśmy łamy jeszcze w czasach magazynu Ślizg widzi w tym rezultat tego, że raperzy kokietują nakręcających takie postawy kiboli i narodowców. I bez dwóch zdań jest w tym coś, poza krzywdzącą zapewne sporą grupę osób generalizacją.

Trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Oczywiście chciałbym, żeby najpierw pociągnięto bijących rekordy głupoty krzykaczy do bolesnej, najlepiej finansowej, zepchniętej na rodziców odpowiedzialności (tutaj parę prawnych sugestii dla poszkodowanych), chociaż zdaję sobie sprawę, że raper nie splami sobie rąk donosicielstwem. To za mało. W 2002 r. ukazała się składanka "Hip Hop Rasizm Stop", wywołując na scenie pewną wesołość - brał się za nie twórca zbyt słaby, by w inny sposób zwrócić na siebie uwagę, a sygnalizowany problem po prostu nie był dla nas problemem. No to już jest. Przydałoby się coś w ten deseń, jasny klarowny komunikat, jeśli nie względu na branżową solidarność której trudno oczekiwać (ilość słuchacza od dawna bierze tu górę nad jego jakością), to z powodu ludzkiej przyzwoitości. Mam nadzieję, że nie trzeba brodatej Austriaczki w popowym konkursie, by skłonić zblazowaną scenę do gremialnego komentarza.

Co zaś do reszty osób, proszę nie myśleć, że to problem wewnątrz subkultury. Gdy polski hip-hop zyskiwał w latach 90. popularność pokazywał, jak żyje polska młodzież i co jej w głowie świta, unaoczniając opresyjność organów ścigania, wątpliwą kulturę imprezowania oraz kwestię obecności heroiny na osiedlach. Teraz też coś sygnalizuje, ale tylko mimochodem. Nie w rapowanych wersach. Pomiędzy nimi.

Marcin Flint

* Marcin Flint - dziennikarz kulturalny wyspecjalizowany w muzyce miejskiej. Publikuje od 2000 roku. Współpracował m.in. ze Ślizgiem, Radiostacją, Przekrojem i Rzeczpospolitą. Obecnie pisze dla CGM, Interii i tygodnika wSieci. Gracz, fan NBA, wieczny nastolatek, prywatnie mąż Dominiki Węcławek.

Więcej o: