Byłem lekarzem w okopach - przed setną rocznicą wybuchu I wojny światowej

Celebrujemy wiele historycznych rocznic, ale tej akurat nie, jak zauważa Olga Wróbel. "Pierwsza wojna światowa trwała cztery lata. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, że wasz partner zostaje powołany do wojska i możecie najwyżej pomachać mu na dworcu chusteczką, kiedy będzie jechał na front?" Warto pamiętać.

Mam wrażenie, że pierwsza wojna światowa nie należy w Polsce do ulubionych tematów historycznych. W rocznicę jej zakończenia, kiedy większość Europy w zadumie obchodzi Dzień Pamięci lub Dzień Weterana, my celebrujemy Święto Niepodległości. 28 czerwca będzie setna rocznica zamachu w Sarajewie  a 28 lipca minie sto lat od wybuchu konfliktu, który pochłonął 10 milionów ofiar i znowu - jakoś u nas cicho. Czy to dlatego, że „Polski nie było na mapie” i trudno utworzyć wokół tych walk spójną, bohaterską mitologię, do której jesteśmy przyzwyczajeni?

Fot. Olga WróbelFot. Olga Wróbel

Tym bardziej cieszę się, że Czytelnik publikuje okolicznościowo pamiętnik Louisa Maufrais, którego tytuł mówi wszystko - Byłem lekarzem w okopach 2 sierpnia 1914 - 14 lipca 1919. Możemy spojrzeć na wojnę oczami człowieka, który tuż po zakończeniu studiów obejmuje niecodzienną praktykę - w dramatycznie trudnych warunkach musi naprawiać to, co machina wojenna z siebie wypluwa - ludzi, sprowadzonych do roli mięsa armatniego, które w miarę możliwości należy połatać i odesłać z powrotem na pierwszą linię.

(Pierwsza wojna światowa trwała cztery lata, druga - sześć. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, że wasz partner zostaje powołany do wojska i możecie najwyżej pomachać mu na dworcu chusteczką, kiedy będzie jechał na front?)

Zaczynając lekturę spodziewałam się relacji w stylu „Stulecia chirurgów”, opowieści o potężnej medycynie w ekstremalnych warunkach. Jednak o warsztacie lekarskim Maufraisa nie dowiemy się wiele - jego praca polegała na organizowaniu pomocy rannym w punktach medycznych bezpośrednio na polu walki - czyli w ziemiankach tonących w błocie. A pomoc ta opierała się głównie na ocenie, kogo warto jeszcze transportować na tyły, do polowych szpitali, a kogo nie ma sensu męczyć już podróżą.

(Cztery lata to bardzo dużo czasu.  Pomyślcie o wszystkim, co robiłyście od 2010 roku i wyobraźcie sobie, że waszego partnera lub innej bliskiej osoby przy tym nie ma, ponieważ przebywa nie do końca wiadomo gdzie, a możliwe też, że już nie żyje, ale wy nie dowiecie się o tym zbyt prędko.)

Francuska kartka wojennaFrancuska kartka wojenna

Wyobrażenie o wojnie często kończy się na obrazach, które atrakcyjnie prezentują się na ekranie: towarzyszymy bohaterowi w okopach, w ataku, w którym traci najlepszego przyjaciela i wynosi z huraganowego ognia jego ciało, przysięgając zemstę wrogom etc. W tej książce takich scen praktycznie nie ma, za to mamy szansę odkryć, że wojsko to nie tylko walczący żołnierze - to także wojska inżynieryjne, które kopią i umacniają transzeje, to orkiestry wojskowe, obecne na froncie i wykorzystywane do transportowania rannych, kiedy brakuje noszowych, weterynarze, dbający o konie oficerów, kolonialne oddziały z Indochin, całymi dniami sypiące żwir pod koła ciężarówek, szybko niszczących nieasfaltowane drogi. Jak często myśli się o tym, że żołnierze podczas wielodniowych bitew musieli jeść, a przede wszystkim pić i że ktoś musiał na bieżąco dostarczać im zapasy? Autor wspomina, że śmiertelność wśród pracowników kuchni polowych była ogromna. Jak często myślimy o tych, którzy zginęli nie w czasie ataku na bagnety, ale niosąc kocioł z zupą?

(„W portfelu znaleźliśmy czterostronicowy list od żony. Ktoś mi go przetłumaczył. Dowiedzieliśmy się z niego, że biedak w tych dniach miał jechać do domu na przepustkę. Żoneczka obiecywała mu tysiące różnych przyjemności, o których tutaj zamilczę, powiem tylko, że przy nich zaklęcia miłosne z Pieśni nad Pieśniami to wierszyk dla grzecznych dzieci. Podpisała swe wyznania >Twoja Myszka<”.)

Ponieważ Maufrais jest Francuzem nie może zabraknąć opisów jedzenia - jest ich naprawdę zadziwiająco wiele. Co żołnierze jedzą na śniadanie? Cóż, gorący sok (od razu widzę mamę Muminka z termosem). Nie jest to jednorazowy wybryk w zaopatrzeniu, ale regularny „posiłek”, wielokrotnie pojawiający się w tekście. A jak wygląda kiepski dzień w okopach (w dni dobre jest befsztyk z frytkami i kakao ze skondensowanego mleka)? Sardynki w puszce i camembert, który, jak zauważa z niesmakiem Maufrais, „robiony był z odtłuszczonego mleka i niemal płynął w rękach”. Najdziwniejsza jest jednak opowieść o walkach w Szampanii - żołnierze jadą ambulansem do jednego z pobliskich producentów wina po zaopatrzenie. Wychowana w polskim etosie, przykazującym oddać ostatnią koszulę i całusa dzielnym wojakom ze zdumieniem przeczytałam, co Maufrais uważa za dowód wzruszająco dobrej woli: „Kiedy usłyszał, że jesteśmy z 94. Pułku Piechoty, w którym walczy wielu mieszkańców jego regionu i że od siedmiu miesięcy bronimy Niemcom wstępu do Szampanii, sprzedał nam wino za połowę ceny”. Grunt to mieć gest.

(”Maszerujemy w ciepłym słońcu i tylko krzyk jakiegoś żołnierza mąci dobre nastroje tego promiennego poranka: >Jest tak pięknie, a my idziemy dać się zabić!<”)

W wolnych chwilach Maufrais robił zdjęcia i chwała mu za to. Czytając słowa nadal tkwimy w świecie własnych wyobrażeń. Lekarz osłuchuje chorych - oczywiście widzę stetoskop, rozsądek mówi, że biały fartuch to przesada, ale głowa i tak reprodukuje znajome widoki. I nagle zdjęcie - Maufrais stoi na środku piaszczystej polanki w wojskowym płaszczu (gdyby H&M takie sprzedawał, cała Warszawa by nosiła) i osłuchuje jakiegoś biedaka, przykładając mu głowę do klatki piersiowej W innym miejscu wspomina, że warunki sanitarne nie pozwalają na przeprowadzanie transfuzji ani nawet na dożylne zastrzyki, a wody jest tylko tyle, żeby przemyć czubki zabłoconych palców przed dotknięciem rany. Antybiotyków jeszcze nie wynaleziono.

(A jeżeli miałabyś szczęście i Twój ukochany wróciłby z wojny, nawet bez poważniejszych okaleczeń - chociaż niewielu się to udało - jak rozmawiać z człowiekiem, który przez cztery lata funkcjonował w zupełnie innym porządku, w świecie mężczyzn i śmierci? Wiem, że dynamika uczuć rodzinnych sto lat temu była trochę inna od tej, którą znamy, ale gdyby wojna wybuchła wkrótce? Przy okazji ostatniego konfliktu na Ukrainie pytałam tatę, byłego zawodowego żołnierza, co by się stało w wypadku mobilizacji, i cóż, nie byłam zachwycona tym, jak szybko mój mąż wylądowałby na poligonie).

Na innym, najbardziej szokującym w książce zdjęciu żołnierz trzyma na pokrywce pudełka oderwaną dłoń, znalezioną w okopach. Ponieważ nikomu z Francuzów tej właśnie części ciała nie brakowało, dłoń trafiła do lazaretu. Żołnierz z uśmiechem pozuje z niecodziennym (dla nas) rekwizytem. Uświadamiam sobie, że wbrew dobremu smakowi spodziewałam się, że w książce Maufraisa szokujących obrazów będzie więcej. Wydaje się to cechą dzisiejszej wrażliwości (a raczej jej braku) hodowanej na tabloidach, pokazujących zdjęcia a to rozszarpanych w zamachu zwłok, a to dziewczyny, która utonęła w Wiśle, a wszystko na pierwszej stronie i w kolorze, żebym idąc do pracy nie przegapiła żadnego detalu. Człowiek, który widział ludzkie ciała od podszewki, jest dyskretniejszy.

Ale tutaj pojawia się ciekawa kwestia autentyczności nie tyle relacji, co emocji w niej zawartych - ze wstępu dowiadujemy się, że książka jest efektem pracy Martine Veillet, wnuczki Maufraisa, która spisała i opracowała taśmy magnetofonowe, nagrywane przez dziadka pod koniec życia na podstawie zapisków z frontu. Nie neguję ogromnej pracy obojga, ale być może to właśnie ten podwójny dystans decyduje o eleganckiej, ale momentami chłodnej formie pamiętnika, która musiałaby budzić ogromne zdumienie w przypadku dokumentu pisanego na żywo. Stąd też fragmenty, które poruszają, bo działają na wyobraźnię, ale jednocześnie brzmią sztucznie: „Temu z kolei brakowało obu nóg, a wybuch zdarł z niego spodnie. Rozpoznałem go! To był dzielny ojciec rodziny, Houpot, człowiek niezbyt już młody, sierżant z ósmej kompanii, z którym wiele razy przyszło mi spożywać posiłki. (...) Przyzwoity, spokojny człowiek. Ach, ta cholerna wojna! Co za draństwo!”

Ta kartka została zakazana ze względu na pacyfistyczną wymowęTa kartka została zakazana ze względu na pacyfistyczną wymowę

I tak czytam, przejęta grozą, myśląc, że o ile w Polsce pierwsza wojna światowa nie jest tematem powszechnej refleksji, to zaraz będziemy mieć rocznicę, której w mediach nie zabraknie - 70 lat od wybuchu Powstania Warszawskiego, a z nim wiąże się kolejna fala rozważań. Gdyby mojego męża nikt na front nie wysłał, tylko sam chciałby iść i walczyć na ulicach? Co bym mu powiedziała? I nieoczekiwanie podsumować te rozważania pomaga mi Naomi Wolf, która w „Micie urody” pisze o tym, jak wyglądałby świat oparty na porozumieniu płci, a nie przepaści między nimi:

„Armia pochłania prawie jedną trzecią budżetu amerykańskiego i kierują nią mężczyźni, którzy przedkładają relacje ze sobą nawzajem nad relację z kobietami i dziećmi. Dla mężczyzn, którzy kochaliby kobiety, rodzina i wspólnota, z których - by stać się mężczyznami - musieli zostać wygnani, byłby ponownie na pierwszym miejscu. Poważni kochankowie i ojcowie nie byliby skłonni wierzyć typowej propagandzie armii: że ich żony i dzieci skorzystają na ich heroicznej śmierci. Matki nie obawiałby się innych matek, gdyby miłość do kobiet i dzieci sprawiła, że mężczyźni zaczęliby definiować się przede wszystkim jako ojcowie i kochankowie. Propaganda wojny nie padałaby na podatny grunt: wrogowie także byliby postrzegani jako ojcowie i partnerzy”.

Tak, wiem, że to wizja bajkowa i naiwna, ale po prawdziwych obrazach z notatnika Maufrais - potrzebna. Cóż nam pozostaje, kochajmy się.

Książkę można kupić na Publio.pl >>

Olga Wróbel

*Olga Wróbel - rysowniczka i scenarzystka, autorka komiksu o ciemnych stronach macierzyństwa "Ciemna strona księżyca". Prowadzi blogi: Odmiany masochizmu i Kurzojady.

Więcej o: