Dziecko na gorąco, czyli o domowych metodach gotowania dzieci

Kochamy dzieci. Szczególnie te dobrze podgrzane, lub wręcz upieczone. Buracki żart, powiecie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę tragiczny wypadek, który miał miejsce ostatnio w Rybniku. I pewnie macie rację. Ale chciałam zwrócić uwagę na bardzo powszechny problem - przegrzewania naszych pociech.

Czy wam też powiedziano, że dziecko należy ubierać w tyle warstw, ile sami macie na sobie, plus jedna? Od pierwszych tygodni życia moich dzieci analizowałam to zalecenie. I uważam, że jest wybitnie do bani.

Po pierwsze niemowlak jeździ w głębokim wózku, albo jest noszony w chuście. Zarówno wózek, jak i chusta chronią przed zimnem, wiatrem a równocześnie same w sobie stanowią dodatkową warstwę, no może nie dosłownie ubrania, szczególnie wózek, ale... rozumiecie o co mi chodzi, prawda? Są dodatkową osłoną.

Po drugie, wózki mają w zestawach różnego rodzaju śpiworki, pokrowce, futeraliki, czy jak to tam zwał, i rodzice, szczególnie świeżynki, montują ten cały ekwipunek nad niemowlakiem, tak, że nawet noska z wózka nie widać. Czyli znowu, mamy kolejną warstwę chroniącą. Aż za bardzo chroniącą. Szczególnie, że wyprowadzamy dziecko na spacer między innymi po to, aby KONTAKTOWAŁO się ze ŚWIEŻYM powietrzem. Tymczasem efekt jest taki, jakbyśmy zabrali dziecko na spacer samochodem...

Po trzecie, jeśli dziecko jest już samobieżne, to rusza się znacznie intensywniej niż osoba dorosła: a to ujeżdża rowerek biegowy, a to hulajnogę, a to biega w tę i z powrotem, a to skacze w kałuży, a to oblatuje urządzenia na placu zabaw i tak dalej, i tak dalej. A dorosły w tym czasie podrepcze, postoi, zrobi kilka dostojnych kroków. No i jak, pytam się, można, mając na uwadze sposób spędzania czasu przez dziecko, ubrać je grubiej, niż siebie? Po co?!

Po czwarte, jeśli rodzic dziecka jest zmarzlakiem (jak ja - ciepły chów na piecu uczynił ze mnie termiczną kalekę na całe życie), to napcha na siebie milion warstw i w tyleż samo ubierze, zgodnie z tym zaleceniem, dziecko. Nie, chwila, chwila, dziecku wepchnie jeszcze jedną, tym samym czyniąc i z niego termiczną kalekę. Oraz dziecko wiecznie zasmarkane.

A teraz kilka obrazków jak z horroru: wiosna, temperatura koło 10 stopni, z tendencją do wyższej w słońcu. Idę na spacer z juniorem, junior w gondoli, w dwóch (!) warstwach bawełny, z narzuconym niedbale bawełnianym kocykiem, żeby stópki nie zamarzły. Słońce grzeje wózek, wsadzam głowę do wózka, pod rozłożony daszek, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie ma tam piekarnika. Jest całkiem milutko, chociaż oczywiście cieplej, niż na powietrzu poza wózkiem. Mijają mnie dwie mamy, obie z niemowlętami w gondolach. Dzieciaczki ubrane (usiądźcie proszę i zacznijcie się wachlować) w grube, zimowe, puchowe kombinezony. Do tego na jeden wózek naciągnięty ten cholerny futeralik. Ja nie wiem, co te panie wyjęły po spacerze z wózków - chyba ociekające potem, gotowane dzidziusie. Wspominałam na początku, że takie lubimy najbardziej? Dodam, że był to kwiecień, przed Wielkanocą. Ja wiem, że rok temu na Wielkanoc spadł śnieg, ale czy to znaczy, że musieliśmy i w tym roku trzymać dzieci w pogotowiu w kombinezonach zimowych?

To drugi obrazek. Letni upał w maju. Jadę na spacer z córką. Córka, pięć miesięcy, leży w gondoli. Rozebrana do pieluchy, okryta tetrówką. Nad wózkiem buja się leniwie parasolka. Dodam, że temperatura taka, że nawet ja mam komfort termiczny i jestem ubrana w klapki, przewiewną spódnicę i top na ramiączkach. Mija mnie podobnie ubrana mama, również pchająca gondolę. W gondoli zapewne dziecko, ale dokładnie nie widzę, ponieważ zapuszczenie żurawia uniemożliwia mi gruby, złożony na pół koc, zakrywający dwie trzecie wózka. Gdzieś w okolicy główki widzę tylko bawełnianą czapkę... Do dziś zastanawiam się, czy ten koc, to przypadkiem nie była dobrze przemyślana forma izolacji termicznej.

I jeszcze jeden przykład: upalny letni dzień, plus trzydzieści na termometrze, w pomieszczeniach może nawet więcej. Budzi się dziecko śpiące w gondoli. Mama wyjmuje je z wózka, i wyłuskuje z kolejnych warstw: zasuniętego bawełnianego śpiworka (ja wiem, są dzieci, które potrzebują takiego utulenia do snu), bawełnianego pajaca z długim rękawem... a pod spodem jest bodziak. I niemowlak. Dziecko wygląda jak to z amerykańskiej kampanii społecznej "nie zostawiaj dziecka w aucie": spocona główka, mokre włosy, pot ścieka po buźce. Oczy nieprzytomne, z trudem się otwierają. Dziecko płacze wniebogłosy. "Bo on zawsze tak trudno się budzi." informuje mama. Co mogę powiedzieć, całe szczęście, że się budzi...

Wspomniałam o czapeczce. Czapeczka to fetysz rodziców. Tradycja silnie zakorzeniona i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dobrze utrwalona w świadomości. Czapeczka. Do jasnej cholery, ściągnijcie dzieciakom te czapeczki! Lód im głów nie rozsadzi! Dziecko traci ciepło przez głowę, podobnie jak i człowiek dorosły. To prawda. Zimą czy chłodną jesienią niech ta czapeczka przed utratą nadmiaru ciepła chroni. Ale wiosną, latem?! Czy wy zakładacie bawełniane czapeczki przy plus dziesięciu?! Kiedy dziecku jest gorąco, to ono to ciepło musi jakoś oddać, a w odróżnieniu od dorosłych ma bardzo niewielkie możliwości. Może użyć w tym celu głowy. A wy też użyjcie głowy. Swojej. Do przemyślenia imperatywu czapeczki.

Rajstopki pod spodnie. To też temat, który uwielbiam. Wciskanie dziecku na nogi tych wszystkich warstw, kiedy temperatura jest powyżej zera. Po co? Czy ktoś z was złapał katar, bo przewiało mu łydki, albo uda? Tak myślałam. Jeśli martwicie się, że dziecko na placu siądzie pupą na zimnych urządzeniach i rzeczona pupa przemarznie, to załóżcie dodatkową warstwę na pupę - krótkie spodenki, leginsy, ale zostawcie nogi w spokoju. A jeśli pupa jest zapieluszkowana, to w ogóle zostawcie ją w spokoju. Pielucha to dobra izolacja termiczna.

Czasem jest taki, że rodzice ulegają panice, bo dziecko ma zimne rączki i stópki. Rozumiem, sama jej ulegałam (aż kilkudniowa córka dostała zimą potówek). Jednak ani rączki, ani stópki nie służą do sprawdzania, czy dziecku jest zimno, czy nie. Do kontrolowania komfortu termicznego służy karczek. Jeśli jest ciepły, to dziecku jest ciepło. I tyle w temacie kolejnych warstw ubrania.

Inny powód do termicznej paniki, to chore dziecko. Przyznam, często jej ulegam i wciskam potomkom kolejne warstwy ubrania, kiedy chorują. Później przychodzi refleksja, że niepotrzebnie. Chorujących dzieci nie powinno się przegrzewać. Wbrew temu, co mówią nasze babcie, czy mamy, to wcale nie jest dobre i nie przyspiesza powrotu do zdrowia. Wręcz przeciwnie, przegrzanie osłabia walczący z chorobą organizm. Przypadek Rozalki włożonej na trzy zdrowaśki do pieca, pamiętacie? To wspomnijcie za każdym razem, kiedy ktoś będzie wam "sprzedawał" mądrości ludowe.

Na zakończenie napiszę, że łatwo jest rzucić kamieniem. Ale zanim się to zrobi, warto pomyśleć, czy nie ma się też czegoś na sumieniu. Domowe metody przegrzewania dzieci co prawda rzadziej są śmiertelne w skutkach, ale za to bardziej popularne, zatem wyrządzają krzywdę znaczącej populacji naszych skarbów. I to są krzywdy wymierne, gdzie udar cieplny jest oczywiście skrajnością, ale już obniżenie odporności - już dość powszechne.

Więcej o: