Praca może zastąpić żonę, gdy odejdzie, dzieci, gdy dorosną. A co, gdy ją tracisz?

Sam o sobie mówi, że nie jest "tym Wojciechem Albińskim, tylko tym drugim". Nie tym, który zadebiutował jako pisarz w wieku 68 lat. Jest kreatywnym człowiekiem ze świata reklamy, który w wieku 35 lat, latem 2012 roku, "na wypowiedzeniu w kolejnym z biur" napisał książkę "Jak czuć się dobrze, gdy cię wywalą (bo że to się stanie, to pewne)", którą można zadedykować wszystkim. Bo przecież wszyscy kiedyś stracą pracę.

Spędziłeś wiele lat w reklamie, byłeś w tym dobry. Postanowiłeś zmierzyć się z pewnym tematem i sprzedać go. Sprzedajesz nam produkt - książkę.

- Tak, masowy brak pracy. Dla wszystkich. Proszę kupić. Bo pracy nie będzie. Ale właśnie dlatego, że to sprzedaję - nie lubię tej książki. Chciałem napisać coś takiego i osobistego, i zgrabnego, a tu się okazuje, że ona musi być sformatowana, dla klienta. Jest w tym jakaś tragedia, reklama mnie zmieniła i w ogóle mało co potrafię teraz zrobić bez myślenia o kliencie.

Bo ona jest produktem, zgadzamy się? Przecież ona poza treścią jest też ładna, opakowałeś ją.

- No jest ładna. Marcin Władyka o to zadbał. Paul Arden, dyrektor kreatywny Saatchi&Saatchi, napisał książki „Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie” i „Nieważne, jak dobry jesteś, ważne, jak dobry chcesz być”. One mają taki sam format jak ta moja książeczka i ja się ewidentnie nimi inspiruję. Żałuję, że nie ma o tym informacji na okładce. Powinienem wyrazić wdzięczność dla niego. W tych książkach jest mowa o tym, że trzeba być odważnym, że jeśli jesteś pompiarzem, to miej na wizytówce „zawiadowca stacji benzynowej”, albo: nie „architekt”, a „architekci”. Te książeczki to jest takie wejście w anglosaski kapitalizm lat 80. Schludnie, ale morderczo. Po pierwsze one mi dużo dały, bo człowiek mógł się poczuć poważniej w robocie, a z drugiej strony mam wrażenie, że to totalne oszukaństwo.

fot. Marcin Władykafot. Marcin Władyka

Czyli co? Stworzyłeś produkt, w którym jest takie subtelne sformułowanie, wyjęte z języka kreatywnych: te ch... to łykną. Myślisz, że te ch... to łykną? Temat jest nośny. Przecież każdy się bał, boi lub będzie bał utraty pracy.

- Nie wiem. To dobre pytanie. I smutne, że mnie o to pytasz. Chciałbym wiedzieć, czy łykną. I chciałbym, żeby nie było we mnie tych uczuć, które miałem wtedy, gdy mówiłem: te ch... to łykną, sprzedając co innego. Wtedy to było oszołomienie. Dzienna dawka roboty, hałasu. Kto pierwszy, ten lepszy. To jest smutne.

A czy ty lubiłeś swoją pracę?

- Tak. Bardzo. Wchodziłem na rynek pracy w 2001 roku, gdy było olbrzymie bezrobocie. Przez dwa lata nie miałem pojęcia, co robić, więc poszedłem pisać doktorat, gdzie mnie świetnie przyjęli. Tylko to było tysiąc złotych, a w reklamie na początku od razu cztery. To była olbrzymia różnica. Ale każda formuła, nawet oportunisty, w końcu się wyczerpuje. Ja w to wtedy szczerze wierzyłem. Cieszyłem się, gdy zrobiłem pierwszy film reklamowy, liczyłem, ile filmów zrobiłem rocznie. A teraz? Gdy mam perspektywę, że mam jutro dzień zdjęciowy, to myślę o tym, że to jest dla mnie męczące.

Może zatem te siedem lat w reklamie jest symboliczne. Podobno co siedem lat człowiek jest zupełnie nowy, wymieniają mu się wszystkie atomy.

- Może (śmiech). Ludzie, którzy się w ogóle nie zmieniają - kto to w ogóle jest? A ja się zmieniłem. Andrzej Leder w książce „Prześniona rewolucja” napisał, że przeciętny zakład pracy to folwark, a my, potomkowie chłopów, nie możemy robić nic innego, tylko pracować na panów. Ale i to się musi skończyć. Praca chłopa to jest przecież praca samotna. Jesteś na roli i jesteś swoim panem. Masz ileś tej pańszczyzny, ale w gruncie rzeczy gospodarstwo jest twoje. I jest pewna nić pokoleniowa w tym sposobie myślenia: po długim okresie pańszczyzny, powiedzmy, minionej dekadzie, te całe biura kolorowe, karykaturalne zachęty na każdym piętrze: keep walking, good life, good food się ludziom przejadły. Zresztą obecnie materiał ludzki w korporacjach jest dużo gorszy niż kiedyś. Rozsądni już dawno zwiali. Bo jeśli można się czołgać z podniesioną głową, po co tam chodzić?

fot. Marcin Władykafot. Marcin Władyka

Żeby mieć pracę. Trzeba mieć pracę przecież.

- Pracy będzie coraz więcej, pieniędzy niekoniecznie. Nie znam się na tym, ale jeśli młodzi wyjechali, starzy idą na emeryturę, to kto ma pracować? Więc ci wszyscy, co mają choć trochę życiowego luzu, bo nie mają kredytów, już mówią sobie: nie muszę. Nie ta robota, to inna. A może jeszcze inna. Kolega mi kiedyś sprzedał taką myśl, że w krajach bogatszych praca korporacyjna jest postrzegana jako drugi sort. Nie potrafisz trafić do urzędu czy założyć swojego biznesu, to zostajesz trybikiem.

Super, jeśli to jest coś, co chce się robić. Czuje się rozwój. Można znaleźć takie piękne hasła w self-help bookach: cel, rozwój. Ty w swojej książce też używasz tych chwytliwych słów. Specjalnie?

- Mnie to tam teraz, po czasie, przeszkadza. Gdybym to pisał dziś, nie skończyłbym tak. Książka wymagała puenty. I to jest ta moja puenta. Poradnikowa danina. Nie jestem z tego zadowolony. Ja strasznie długo ludziom mówiłem: kup, zrób. Bo miałem młotek, umiałem stukać, więc stukałem. I zrobiłem to też tutaj. Teraz bym wyczyścił te kilka stron. Człowiek się swobodniej czuje, gdy nie musi nikomu mówić, co ma robić.

A idealizm, o którym także piszesz - da się go wcielić w życie?

- Miałem rozmowę o tej książce niedawno, o tym, czy ona w ogóle ma sens. Popłakałem się w trakcie... I teraz taka historia: wracam po tej rozmowie samochodem ze znajomą - z Łodzi do Warszawy. Opowiadam jej, że tak mnie to poruszyło, że łzy wzruszenia. I ona mi mówi: Wiesz co, Wojtek, tyle tu mówisz o tej całej szlachetności, a nie chce ci się zawieźć mnie do Warszawy. Bo ja mieszkam pod Warszawą. I rzeczywiście. Pominąłem chwilę bieżącą.

Ten poradnik jest o tym, co potem - piszesz. To jest duża odpowiedzialność mówić ludziom, co mają robić w trudnej sytuacji.

- A ja ci na to odpowiem jak typowy reklamiarz: ch... mnie to obchodzi. Ale z drugiej strony myślę sobie, że mam tę moją odpowiedź o szlachetności. I o tym, że codzienna uważność jest ważna.

fot. Marcin Władykafot. Marcin Władyka

Dziś byś to napisał inaczej?

- W ogóle bym tego nie napisał. A z drugiej strony - zabawne. Piszę opowiadania, miniaturki, szukam wydawcy do powieści, ale z tym nie trafiłbym do „Wyborczej”.

Co teraz robisz?

- Wciąż pracuję w agencji reklamowej. Ale od września mam nadzieję wstąpić do zakonu bibliotekarzy.

Biblioteka to takie twoje owce w Bieszczadach?

- Nie. Do owiec trzeba mieć więcej zapału, a to jest taka ucieczka od pracy na słuchawce czy ganiania między półkami w jakimś magazynie. Biblioteka to pomysł łatwy i poręczny. Będę miał więcej książek pod ręką. Poza tym chcę pisać kolejne. Może uda mi się zrobić coś pożytecznego.

Dobrze rozumiem, że masz teraz wizję, że ze świata korpo przejdziesz na ciepłą państwową posadę?

- Nie wiem, jak to się ułoży. Możliwe, że za dwa lata będę dzwonił po kolegach i błagał, by mi pomogli znaleźć pracę w reklamie. Potrzebuję rytmu i ludzi. Myślę, że jestem oportunistą, czasy sprzyjają, by się wycofać. Ale należy też pamiętać o sobie.

Jesteś takim typowym pracownikiem agencji reklamowej, która cię wyżuła i wypluła?

- Nie. Przemek Bogdanowicz, człowiek, który przeżył to wszystko od samego początku, wciąż jest w reklamie, mimo zawirowań na rynku - ma na to takie stwierdzenie, że oni, ta grupa, do której i on się zalicza, wychowali Polskę, bo dzięki nim ludzie zaczęli myć zęby, używać proszku. Oczywiście to jest bzdura, ale chodzi o pewien, jeśli można tak powiedzieć, etos. Nie jest tak, że agencja to zło. Jakby dostali zlecenia, żeby uczyć ludzi samodzielności i odwagi, toby ich nauczyli, ale takich zleceń nie ma. W latach 90. w ogóle się wszystkim wydawało, że praca w agencji jest super.

Wtedy reklamy to był symbol tego, że wreszcie mamy tu Zachód. A dziś jesteśmy już reklamą zwyczajnie zmęczeni. Poza tym ta praca może być strasznie frustrująca: człowiek poświęca mnóstwo czasu i energii, by stworzyć jakąś koncepcję, a potem przychodzi ten, co płaci, i wszystko zmienia.

- To zależy. Do tego trzeba być człowiekiem, który trochę się nie szanuje. Ostatnio kolega reżyser opowiadał mi historię, których zresztą krąży mnóstwo. Poszedł 10 lat temu do najlepszej agencji, był tam trzy miesiące, dali mu umowę do podpisania, ale on jej nie podpisał, wyszedł i zostawił to wszystko.

Dlaczego?

- Robił reklamę. Chciał opowiedzieć o szybkim internecie, więc wsadził ślimaki do samochodu, taka historia, że one odjeżdżają. Ale klientowi ślimaki się nie spodobały i zamienił je na koty.

fot. Olga Świątecka | PUAP collectivefot. Olga Świątecka | PUAP collective

Wróćmy do książki. Sprzedajesz w niej pewną wizję.

- Nie, chyba nie.

Ja to tak odbieram.

- A jaką?

Że trzeba to wszystko odłożyć i skupić się na pracy nad sobą. To jedyna słuszna praca, jedyna, która ma sens, jedyna, która wyzwala, a nie zniewala.

- Moi znajomi z warszawskich liceów przepisywali sobie i rozsyłali tekst „Dezyderaty” - tam było coś o tym, że praca jest najważniejsza, że zbawia. Ja tego wtedy nie czytałem, ale na wszelki wypadek się zgadzam. Tak prosto myśląc, skoro pracą można się kształtować albo przynajmniej zająć na tyle, żeby o niczym już nie pamiętać, praca może zastąpić żonę, gdy odejdzie, dzieci, gdy dorosną. Wszystkich, nawet siebie.

Chodzi ci o to, że dla wielu osób praca jest alibi? Twierdzą na przykład, że dlatego nie mają dzieci?

- Upraszczasz to. Myślę, że to jest taki konglomerat. Łatwo jest się zatopić w rutynie, wszystko cię na tyle męczy, że wracasz po prostu do domu, włączasz serial, obejrzysz ze dwa odcinki przy lekkim piwku i spać - właściwie jakby wejść pod dywan. Ciepło, ciemno, płaski telewizor. To wygasza. Ludzie potrzebują wygaszenia, bo jest za dużo bodźców. Żeby się dostosować, żeby być tolerancyjnym i mniejszym, robisz to, czego oczekuje materia publiczna. I się wygaszasz. A paradoksalnie wydaje mi się, że takie wygaszenie typu ta moja biblioteka, takie wejście pod podszewkę, może sprzyjać wyzwoleniu.

Frustrujące jest, gdy tej pracy nie ma, gdy się ją utraci. Ale i praca frustruje. I na dodatek problem dotyczy wszystkich, bo albo sami mamy takie doświadczenie, albo znamy dobrze kogoś, kto pracę stracił czy nie znosi tego, co robi. Jak tu żyć?

- Oczywiście, że to dotyczy wszystkich. Właśnie o to chodzi! Wydawca mi mówił, że gdy zaniósł tę książkę na konferencję, to nikt nie chciał po nią sięgać. Ludzie się boją. Dla ludzi ze skarbówki to jest kosmos. Nie lubię tej książki również dlatego, że ona jest promocyjna. Promuje utratę pracy.

fot. Marcin Władykafot. Marcin Władyka

Piszesz, że to wylanie się w książce ma przynieść ulgę. Przyniosło?

- I tak, i nie. Mam 37 lat, dwoje dzieci, rodzinę i kredyt. Nie mogę pójść w żyto i zniknąć. Muszę tak tym sterować, żeby się udało. Myślałem, że proces wydania tej książki zajmie mi trzy miesiące. Potem wpadłem w tryb męczenia buły z wydawnictwem, z grafikiem, redakcją. Ta książka mnie bardzo męczyła. A w tej chwili wiem, że ja już nigdy nie napiszę książki o robocie, że to jest już poza mną. Nawet miałem taki pomysł na powieść: jest facet, bity, sprząta kible na lotnisku, szoruje kible po tych wszystkich ludziach, którzy odlatują. I kończy się to tak po jakimś większym zamieszaniu, że otwierają się bramy lotniska, Schengen miesza się z nie-Schengen i on może sobie odlecieć, dokąd chce, z tego gównianego miejsca. Nie napisałem. Nie mam już dziś tych emocji. Ta książka je wyczyściła, zajęło to dwa lata, ale tak - czuję ulgę.

Chciałeś się poczuć dobrze i powiedzieć ludziom, co mają zrobić, by poczuli się dobrze.

- Chciałem im powiedzieć, że są sami. I w związku z tym też muszą się poczuć dobrze.

Podpowiadasz, że rozwiązaniem jest miłość własna.

- No pewnie, przecież to jest aż tak proste. Ta rozmowa ze znajomą, podczas podróży z Łodzi przyniosła mi ogromny smutek. A potem przychodzi taki moment - kojarzysz takie zasłonki w kuchniach? Takie błyszczące drobne brylanciki w drzwiach? Przechodzisz przez te brylanciki i myślisz: to jest ten smutek, a widzisz skarb. To jest kwestia miłości.

Wszystkie czasopisma kolorowe namawiają do miłości własnej i wejrzenia w siebie - tylko w wersji pop.

- No tak. Powinienem teraz powiedzieć, że oni to robią, ale w spłaszczony sposób. Nie mamy prawa, by mówić, że osoba, która czyta kolorowe czasopisma, jest gorsza w tych odczuciach ode mnie, który mówi o skarbach. Trudno nienawidzić ludzi za to, że pragną tego samego.

Zastanawia mnie też, po co mówisz wprost o pieniądzach.

- W Skandynawii ludzie tak mówią.

Ale na naszym podwórku nie wypada.

- A ile razy miałaś taką sytuację, że chciałaś powiedzieć albo spytać i nie mogłaś?

fot. Marcin Władykafot. Marcin Władyka

Podobnie jest z chorobą. Miałam raz taką sytuację. Siedzę ze znajomymi, jakiś ich kolega z nami. I tak sobie luźno gadamy, a tu nagle on zaczyna mówić, szczegółowo, z detalami, o chorobie bliskiej osoby. Nie wiedziałam, jak się zachować.

- Może ja bym tego gościa, o którym mówisz, nie zrozumiał. Może sam nim jestem. Gadam o pieniądzach, jakbym pokazywał rany. To jest trochę tak jak z takimi menelami na ulicy. Poprosi o papierosa, a potem chce, żeby być mu świadkiem całego życia.

Uciekasz, odwracasz wzrok. Ucieczka jest rozwiązaniem. O ucieczce też jest w książce.

- Wiesz, co jest ciekawe? Moja żona, jak przeczytała tę książkę, to się zdziwiła, że nie ma tam w ogóle jej ani dzieci. A ty mnie w ogóle o to nie pytasz. Nie pytasz, bo nie masz dzieci. A dla mojej żony ta sytuacja jest trudna. Facet piszę taką książkę, wyrzuca tyle z siebie, a jej w tym nie ma. Może to wynika z poczucia osamotnienia? Może te białe strony są właśnie po to, by sobie uświadomić, że nic nie ma? Że dzieci też cię opuszczą?

Jest jeszcze ten motyw, że mimo zmian przecież czym innym jest praca dla kobiety, czym innym dla mężczyzny. Kiedyś facet pracował, żona siedziała w domu, chyba że duża bieda była, to też pracowała. Ale jeśli wiemy, że w rodzinie jedno pracuje, drugie nie, to automatycznie myślimy, że to facet chodzi do roboty, a żona siedzi w domu. Nie mieści nam się w głowie, że może być odwrotnie.

- Mężczyzna bardziej przeżywa utratę pracy w tym świecie publicznym? To jeszcze chyba prawda.

Dlatego mnie nie zdziwiły nawet te wtręty o myślach samobójczych. Praca jest bardzo potrzebna, bo ona wszystko porządkuje. Nie masz pracy, nie masz czasu wolnego. Praca powinna też dawać poczucie bezpieczeństwa.

- Wierzysz w to? Czy twoja praca daje ci bezpieczeństwo? Serio?

Tak. Mam pracę. Robię to, co lubię. Mogę opłacić rachunki i czasem sobie gdzieś pojechać. To poczucie jest bliskie bezpieczeństwa.

- Ja teraz już widzę, że to jest krótkowzroczność. To podziała przez kwartał od momentu, gdy tę pracę stracisz. A każdą pracę stracisz.

Mówiąc: każdą pracę stracisz, masz na myśli fizyczną utratę pracy, że ktoś przyjdzie i powie: pani już dziękujemy, czy masz na myśli utratę serca i chęci do tego, co się robi?

- To chyba się łączy. Nie podejmuje się roboty, nie myśli się o niej na poważnie, jeśli się nie wkłada w to także serca.

 

fot. Olga Świątecka | PUAP collectivefot. Olga Świątecka | PUAP collective

Ale jak stracisz serce, a potem pracę, to jeszcze nie najgorzej. Gorzej, jak stracisz pracę, do której wciąż miałeś mnóstwo serca.

- Racja. Ale teraz jestem na tyle mądry, że wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Patrzę na ciebie i myślę sobie, że to dziwne, że upatrujesz w tym bezpieczeństwo. Przynosi ci to dochód i daje ci to bezpieczeństwo na te parę miesięcy po tym, jak coś się stanie. A co potem?

Czarne myśli. A książka jest wydrukowana bez czarnej farby. To tak czarno na białym - o czym ona według ciebie naprawdę jest?

- Pytasz, o czym jest... Czyli nie ma puenty? Ja chyba nie umiem pisać książek z puentami. Ale są tam te wszystkie elementy, które są haraczem dla rynku: rób, zarobisz. I to jest złe. Nie jestem w stanie napisać zamkniętego zakończenia. Wszyscy musieliby umrzeć. A to nie jest prawda. Przecież wszystko toczy się dalej. A ludzie lubią ładne zamknięcia. Może do tego właśnie służą mi krótkie formy, opowiadania.

To my też potrzebujemy jakiegoś ładnego zamknięcia.

- Ja wiem, co mam na koniec! Życzenie. Chciałbym, by powstała książka podobna do mojej - opowieść ludzi, których wywalili z Agory! (śmiech) Ja nigdy tam nie pracowałem, ale przecież w zasadzie cała polska inteligencja tam pracowała. I cała ta Agora jest utkana z takich historii. To będzie fantastyczna książka!

fot. Marcin Władykafot. Marcin Władyka

 

Wojciech Albiński. Po nieudanej próbie pisania doktoratu o micie skorzystał z odbijającej koniunktury i w 2005 roku trafił do reklamy, gdzie przepracował dziewięć lat w dziewięciu agencjach. Poza książką, o której z nami rozmawia, napisał zbiór opowiadań: „Przekąski - Zakąski”. Na jesieni wyjdzie jego kolejna książka: „Oświęcimki”.

Więcej o: