Klub Książki Focha - "Para w ruch" Terry'ego Pratchetta

W Klubie Książki Focha przełom, na który czekałyśmy: recenzja Czytelniczki! Marzy nam się, byśmy razem wybierali książki, razem je czytali, a potem byśmy mogły nagradzać książkami i kodami do Publio.pl Was, naszych Czytelników. Oczywiście za recenzje! I oto przed Wami recenzja książki czerwca autorstwa Agaty Szendzikowskiej.

Świat Dysku z łoskotem i sykiem wtacza się w epokę węgla i żelaza. I czy to się Patrycjuszowi podoba, czy nie, wraz z podstawowymi zmianami (takimi jak konieczność położenia torów i zbudowania peronów) niesionymi przez machinę parową zwaną Żelazną Belką, nadchodzą te naprawdę poważne, ukryte głęboko w sercach ludzi wokół niej skupionych. Mieszkańcy Dysku już niebawem odkryją, że wobec Belki nie można pozostać obojętnym. A Vetniari? No cóż, nie będzie przecież walczył z wiatrakami. Jedynym, co może teraz zrobić, jest skierowanie pędzącego w obłokach pary postępu na właściwe tory, oczywiście z Moistem za sterami.

W kolejnej (czterdziestej) powieści rozgrywającej się w świecie w kształcie dysku, spoczywającym na grzbietach czterech słoni (stojących na skorupie wielkiego A'Tuina -żółwia płynącego przez wszechświat) Dick Simnel odkrywa, że mając do dyspozycji suwak logarytmiczny, tangensa, cotangensa i może nawet cosinusa, jest wstanie zbudować działającą (to znaczy dłużej niż do chwili wybuchnięcia zebranym w twarz) machinę parową. Młody wynalazca uznaje swoje odkrycie za epokowe, ale ma jednocześnie pewność, że to, co epokowe, ma szansę na życie w świadomości ludzi nieco dłużej niż jętka, tylko w wypadku dużego zastrzyku gotówki. Gdzie jej szukać, jeżeli nie w Ankh-Morpork (mieście tysiąca niespodzianek)? Dzięki talentom Dicka i pieniądzom Harrego Króla (przechodzącego obecnie niewielki kryzys wieku średniego) Mois von Lipwig ma po raz kolejny okazję pocić się jak mysz „na gorącym blaszanym dachu”, obtłukiwać sobie rzyć na glinianym koniu, kłamać, kręcić, nadstawiać karku i czuć, że znowu żyje (choć jak przypomina mu nieustannie Vetinari, nie jest to stan, który trudno zmienić). Bo, rzecz jasna, wszystko nie może iść jak po, hmm, torach, szczególnie w sytuacji, gdy nie bierze się pod uwagę ugruntowanej opinii pewnych potężnych, mrocznych, zakapturzonych krasnoludów.

Polecamy!Polecamy!

W najnowszej powieści Pratchett kontynuuje problemy poruszone w tomie „Niuch”: rasizm, seksizm, postęp ścierający się z ortodoksją, liberalizm walczący z konserwatyzmem. I choć nie ujmuje tematu w tak mroczny, brutalny sposób, jak robił to w „Niuchu”, wciąż robi to w poważnym tonie.

Od jakiegoś czasu obserwuję ewolucję, jaką przechodzi proza Pratchetta. Od zawsze nawiązywał w swojej twórczości do polityki, religii, filozofii i sztuki. Przekazywał czytelnikom istotne wartości, uczył przez śmiech (rzadziej przez powagę), jak ważne są miłość, dobro, uczciwość, szczerość (nie zawsze - przyp. M. von Lipwig), odwaga (też nie zawsze - przyp. Rincewind), ale robił to zdecydowanie subtelniej. Teraz zaś mam wrażenie, że Pratchett porzucił umieszczanie aluzji między wierszami i zwyczajnie bije na alarm. Nie wiem, czy ma to związek z jego postępującą chorobą, ale mam poczucie, że czasy delikatnych sugestii i napomknięć odeszły na zawsze. Może się mylę i błędnie (wyłącznie w wyniku wielkiego szacunku i miłości) przypisuję autorowi ambicje, których on nie posiada, ale mam wrażenie, że nie trzeba wiele, by przeniknąć aluzje autora i nanieść je na politykę, kłopoty i waśnie współczesnego świata. I stare przysłowie „zgoda buduje, niezgoda rujnuje” też dźwięczy mi w uszach - zupełnie rytmicznie, jak koła Żelaznej Belki.

Agata Szendzikowska

Agata Szendzikowska - stała czytelniczka Focha, przekwalifikowana eks-dziennikarka i nauczycielka w jednym. Kocha koty, Pratchetta, wegetariańskie jedzenie i rockowe brzmienia. Domorosły psycholog, fanka makijażu, zwolenniczka "focha z przytupem" (kiedy grzeczne tłumaczenia zawodzą).

Więcej o: