Skrzywdzona przez konkubinat

Najzabawniejszy z polskich komentatorów życia publicznego Tomasz Terlikowski postanowił wypowiedzieć się na temat "sprawy Sierakowskiego". Jak zwykle na wątłej podstawie wysnuł wniosek, którego trafność jest bezdyskusyjna, mianowicie: to konkubinat krzywdzi kobiety. No, to już wiecie.

O szeroko komentowanej "sprawie Sierakowskiego" pisałyśmy wspólnie z Rączką, ale przypomnę pokrótce o co chodziło. Redaktor naczelny "Krytyki Politycznej" po rozstaniu z partnerką poinformował opinię publiczną, że przez czas trwania ich związku jego dziewczyna wspierała go w pracy: podsuwała tematy, redagowała teksty, a nawet była ich współautorką, choć jej nazwisko nigdy nie pojawiało się oficjalnie. Wyznanie Sławomira Sierakowskiego wzbudziło zróżnicowane reakcje - czego wyrazem był też nasz redakcyjny dwugłos. Nawet w naszym małym gronie nie odebrałyśmy bowiem tego tekstu jednoznacznie.

Fot. Mateusz Skwarczek / AGFot. Mateusz Skwarczek / AG

Problemów z jednoznaczną interpretacją nie miał natomiast Tomasz Terlikowski, który na łamach "Frondy" zamieścił felieton pt. "Konkubinat krzywdzi kobiety, czyli prywatne jako publiczne". Z historii związku Sławomira Sierakowskiego prawicowy publicysta wysnuł wniosek jakoby odpowiedzialnością za taki stan rzeczy należałoby winić konkubinat, w którym żył szef KryPy.

To on [konkubinat - przyp.red.] jest wręcz modelowym przykładem wykorzystywania człowieka przez człowieka. (...) I choć dla każdego mężczyzny jest oczywiste, że za jego sukcesami zawsze stoi jakaś kobieta (Małgosiu - jak zawsze - chcę Ci podziękować za to wszystko, co mi dałaś), to trudno nie dostrzec, że w małżeństwie ten wkład jest chroniony. Jeśli zawieram ślub, to oznacza, że przyznaję, że wszystko, kim jest jestem, co zrobiłem, i co osiągnąłem jest wspólne. Nie ma już mojego i Twojego, jest wspólne. Wspólne nazwisko, wspólne działanie, wspólny dom, wspólne dzieci, wspólne życie. Na zawsze i do końca. Jeśli więc rzeczywiście coś nie jest podpisane, to i tak jest nasze.

Wzrusza mnie idealizm Terlikowskiego oraz jego optymistyczne założenie, że w żadnym małżeństwie nie dochodzi do wyzysku, a małżonka, która dajmy na to przez całe lata wspiera literackie ambicje swojego męża, de facto pracuje na wspólne nazwisko i wspólny literacki dorobek. Ciekawe, czy w odbiorze tzw. opinii publicznej taka ze wszech miar wspaniała pani Krystyna Chwin dzieli literacką sławę męża, którego wiernie i małżeńsko wspiera? Niestety nie - co jest tym boleśniejsze, że to utalentowana poetka, zasługująca na własną sławę i splendory. Piszę to z pewnym rozgoryczeniem, ale z całym szacunkiem dla jej wyborów - osoba tak inteligentna na pewno świadomie wybrała swoją rolę. Natomiast pan Terlikowski myli się, że taki niesprawiedliwy podział "wspólnego" jest przypisany tylko do konkubinatu.

Inaczej jest w konkubinacie. On jest na chwilę, do momentu, gdy jednej ze stron (a tak się składa, że częściej jest to - nie mam pojęcia, czy tak jest także w tym wypadku - strona silniejsza, czyli Publiczny) się nie znudzi. I wtedy nagle okazuje się, że to, co razem zbudowaliśmy jest tylko jego. I nie chodzi tylko o własność czy kasę, ale także o zasługi, publiczną obecność itd. On przez lata wykorzystywał - na różne sposoby - kobietę (prywatną), a na koniec odchodzi do młodszej, lepszej albo po prostu innej. I cała wspólnota, która od początku budowana była na piasku emocji, bierze w łeb. I kobieta - czy by posłużyć się terminem Sierakowskiego - prywatna pozostaje z pustymi rękoma.

Zdumiewa mnie empatia pana Terlikowskiego, to pochylenie się nad losem biednej konkubiny. Jako zatwardziała konkubina czuję się wzruszona troską także o mój dobrostan, jednak widzę tu pewną lukę w rozumowaniu. Gdyby bowiem pan Sierakowski był łaskaw podpisywać swoją partnerkę pod tekstami, to jej nazwisko zostałoby podpisane pod nimi nawet po rozstaniu. Ręce byłyby trochę mniej puste, konto może też? Wystarczyłaby więc ludzka przyzwoitość, a nie sakrament małżeństwa, który rzekomo chroni przed wszelkim złem i nieszczęściem. Bo ślub cywilny jak pisze Terlikowski "jest w istocie zarejestrowanym konkubinatem, bo od samego początku zakłada możliwość rozstania". No tak - tylko niemożność rozstania sprawia, że ludzie traktują się dobrze i nigdy, przenigdy nie krzywdzą.

Wyciąganie na podstawie tej osobistej i w gruncie rzeczy dość zagmatwanej sprawy jednoznacznych wniosków ogólnych, wydaje mi się dość niebezpieczne. To jakby przekreślać instytucję małżeństwa jako z zasady złą, tylko dlatego, że czyjś mąż jest skończonym dupkiem. Widzę tu też brzydką tendencję do rozmywania odpowiedzialności. Nie jest winien wredny kutafon, z którym się związałaś tylko konkubinat/patriarchat - niepotrzebne skreślić. Bo też najzabawniejsza jest tu dla mnie zatrważająca symetria tych dwóch męskich elukubracji. Przywódca kawiorowej lewicy wini patriarchat. Prawicowy talib wini konkubinat i brak świętych sakramentów. Sobie nie mają nic do zarzucenia. Przecież obaj są tak samo świetni. Panowie stworzenia.

Więcej o: