Skąd wziąć zwierzaka? Hodowla kontra adopcja

Nie wyobrażam sobie życia bez zwierząt, zwłaszcza psów i kotów, które kocham. Wśród moich znajomych jest wielu podobnych zwierzolubów - jedni przygarnęli znajdki ze schroniska, inni wybrali czworonoga z hodowli. Warto poznać różne strony takich decyzji, zanim zdecydujecie się na własnego pupila.

W moim rodzinnym domu, odkąd pamiętam, zawsze były jakieś zwierzęta. Moi rodzice od dziecka wpajali mi szacunek do naszych braci mniejszych. Wiedziałam, że zwierzę to nie zabawka i skoro zdecydowaliśmy się mieć je w domu, to trzeba o nie dbać.

Może się wydawać, że to jest naturalne i tak postępuje każdy, kto posiada zwierzę. Niestety wcale tak nie jest, a w okresie letnim skala okrucieństwa w stosunku do zwierząt sięga zenitu. Bo okrucieństwo, to nie tylko fizyczne znęcanie się nad czworonogiem, ale również wyrzucenie go z domu, bo jedziemy na wakacje i nie mamy co z nim zrobić. Myślę, że każdy chociaż raz w życiu słyszał o takim przypadku. Pies porzucony przy drodze czy przywiązany w lesie do drzewa, kot wywieziony daleko od domu, żeby nie potrafił do niego wrócić, ptak wypuszczony z klatki przez okno i wiele innych smutnych historii. Kim są ludzie, którzy postępują w ten sposób? Według mnie - zwyrodnialcami, którzy powinni być karani w sposób dla nich dotkliwy. Więzienia są przepełnione ale internet pomieści pełne dane osobowe wraz ze zdjęciem takiego osobnika. Prawo zabrania publikować dane osób trzecich bez ich zgody, więc może warto zmienić prawo w tym przypadku. Ludzie nie lubią jak się o nich źle mówi, nie lubią jak ich grzeszki wychodzą na światło dzienne, boją się stygmatyzacji. Ale ja bym chciała zobaczyć twarz każdego zwyrodnialca, chciałabym móc poinformować jego znajomych, pracodawcę, chciałabym go stygmatyzować jako osobę okrutną. Jestem głęboko przekonana, że ludzie, którzy pozbywają się swoich zwierząt bo im się znudziły, są wyrachowani, obrzydliwi i kłamliwi w stosunku do innych ludzi. Krzywdzenie innych przychodzi im zdecydowanie za łatwo.

Vinyl. Fot. OlguVinyl. Fot. Olgu

Skoro wylałam już swój żal, to chciałabym teraz dla równowagi przedstawić sylwetki ludzi, którzy są prawdziwymi miłośnikami zwierząt. Wśród moich przyjaciół i znajomych prawie każdy ma jakiegoś pupila. Niektórzy mają ich nawet klika, bo jak sami twierdzą „w moim sercu i domu jest jeszcze dużo wolnego miejsca”. Część znajomych ma zwierzęta rasowe, część ze schronisk, są też tacy, którzy mają towarzystwo mieszane. Chciałam się dowiedzieć od nich, dlaczego zdecydowali się na czworonoga z hodowli lub ze schroniska i jakie mieli wyobrażenia i obawy na temat takiego zwierzęcia.

Sama, zanim zdecydowałam się na adopcję mojej suki rozważałam poczekać na szczeniaki bullteriera miniaturki od Morświnu (suka) i Dżodżo (pies). Znam właścicielki obydwu psów, znam psy i je uwielbiam. Są to największe pieszczochy i jedne z najłagodniejszych psów jakie poznałam do tej pory. Te psy nie są agresywne, jeżeli są odpowiednio prowadzone. To samo dotyczy zresztą wszystkich ras i nie-ras. Bulika nie mam tylko dlatego, że panienka Morświnu jeszcze nie widzi się w roli mamy. No dobrze, jest jeszcze jeden aspekt - finanse. Uzbierać na psa wymarzonej rasy to jedno, ale drugie to wydatki związane z jego prawidłowym utrzymaniem. I nie mówię tutaj tylko o jedzeniu. Bullterier, jak każdy rasowy pies, ma zestaw swoich chorób, które są efektem ubocznym tworzenia ras. Trzeba liczyć się z tym, że wizyty u weterynarzy będą stałym elementem naszego życia. Wiedza na temat źródła pochodzenia czworonoga jest naprawdę dość istotna (dopowiem więcej, opisując przypadek Oezil). Ania, właścicielka Dżodżo, ma jeszcze w swoim stadzie Drania (pradziadka Morświnu i Dżodżo), Charliego i Orzecha. Wszystkie są Muminkami, które co najwyżej atakują miłością. Aha, całe towarzystwo zbiera nagrody na wystawach, co dziwnym nie jest. Spójrzcie na te mordki.

od prawej Morświnu, Orzech, Dżodżo, Charlie, Draniu. Fot. OlguOd prawej: Morświnu, Orzech, Dżodżo, Charlie, Draniu. Fot. Olgu

Na psa z hodowli zdecydowała się również moja koleżanka Aga. Jej pieseł, Alfie, jest rasy Lhasa Apso. Za wyborem zadecydowało kilka czynników. Po pierwsze, pies wygląda jak Ewok z Gwiezdnych Wojen, po drugie, Aga chciała mieć psa od szczeniaka, którego będzie mogła od początku ułożyć. Ktoś powie, że mogła wziąć przecież ze schroniska. OTÓŻ, nie każdy nadaje się na wizytę w schronisku. Po prostu serce by im pękło jakby zobaczyli te wszystkie czekające na swojego człowieka psy i koty. Jakie doświadczenia ma Aga? Ewok jest kochany, ale często choruje i ma dość trudny charakter. Jest psem dominującym. Częste wizyty u specjalisty niestety mocno nadwyrężają budżet koleżanki. Jak sama stwierdziła „Koniec końców według mnie psy hodowlane są dla osób cierpliwych lub z wielką pasją do danej rasy oraz bardzo bogatych. Jeśli kiedykolwiek zdecyduję się jeszcze na psa, będzie to na pewno piesek ze schroniska (trudno zacisnę zęby i pójdę)”.

Alfie. Fot. Aga ChildsAlfie. Fot. Aga Childs

W przypadku Beji, ślicznej goldenki, Agata i Bartek (właściciele) od razu wiedzieli jaką rasę chcą. Od samego początku byli świadomi, że biorąc dużego psa do domu trzeba będzie go bardzo dobrze ułożyć. Suka chodziła do psiego przedszkola, w którym miała szkolenie socjalizacji i posłuszeństwa względem ludzi. Zanim pojawiła się Beja, Agata z mężem dowiadywali się o Goldena Retrivera z fundacji, ale nie przeszli procesu weryfikacji. „Znaleźliśmy fundację, która zajmuje się adopcjami Goldenów, ale też proces weryfikacji nas odrzucił - jesteśmy oboje starymi psiarzami i nie chcieliśmy skakać przez przeszkody, żeby to komuś udowadniać. Chcieliśmy od małego psa ułożyć pod nas i nasze przyzwyczajenia ze starszymi kundlami - np. z tej fundacji - już może być różnie”.

Beja. Fot. Bartek JagniątkowskiBeja. Fot. Bartek Jagniątkowski

Obok Beji jest też Mina Labradorka. Jej właściciele to Dorcia i Mariusz. Mina była drugą Miną w ich życiu. Pierwszą sukę, też labradorkę, znaleźli na stacji benzynowej, gdzie się bidula pałętała. Zabrali ją do siebie i od razu pokochali. Traf chciał, że po jakimś czasie znaleźli się właściciele, a Mina okazała się Lolą i wróciła do swoich pierwotnych właścicieli. Dorci i Mariuszowi pękło serce i żeby mogło się zrosnąć na nowo musieli mieć po prostu swoją Minę.

Mina. Fot. Dorota BubkaMina. Fot. Dorota Bubka

Kolejnym psem z hodowli jest Jared. Jego pani, Agata, wcześniej miała setera szkockiego, a jeszcze wcześniej jamnika. Jared, mimo tego, że ma rodowód, nie jest psem wystawowym i nigdy nie miał takim być. „Chcieliśmy nowego członka rodziny, a nie maszynkę do zdobywania nagród. Także rodowód w naszym i Jareda przypadku jest kompletnie bez znaczenia”.

Jared. Fot. Agata ZielińskaJared. Fot. Agata Zielińska

Jak już wspominałam, moi znajomi to również kociarze. O swoich kotach napisała mi Julia, właścicielka rasowego niebieskiego  Tośka oraz Bimby, dachowca: „Znajoma miała mini hodowlę i akurat był miot. Zdecydowałam się z moim ówczesnym chłopakiem, bo szukaliśmy kumpla dla Bimby. Wiedzieliśmy, że to fajna rasa, bo przyjaciele już mieli z tej samej hodowli, co mama Tośka. I jakoś tak spontanicznie wyszło, bez żadnego zadufania, że rasowy.”

Bimba i Tosiek. Fot. Julia WiśniewskaBimba i Tosiek. Fot. Julia Wiśniewska

Historia kota Lucka wywołała u mnie łzy. Przytoczę ją słowami właścicielki, Natalii: „Nasz Lucek leżał i umierał w kałuży, moja siostra go zgarnęła, bo jej się serce pokroiło na milion kawałków. Musiała wyjechać, więc my go woziliśmy do weterynarza. Miał hipotermię, rzygał robakami, miał brzuch jak somalijskie dziecko i ogólnie oprócz tyfusa, miał wszystko. Lekarka wpisała po pierwszej wizycie, że pewnie w nocy odwinie kitę, bo temperatura ciała mówiła, że 'gaśnie'. Ale przeleżeliśmy z nim weekend w łóżku pod kołdrą i wracaliśmy przez dwa tygodnie codziennie do doktorki, a on wywalczył o swoje małe, rude życie. Docelowo mieliśmy go wyleczyć i poszukać mu domu, ale Olo po tygodniu stwierdził, że on już chyba jest nasz. Nadmienię, że to on był osobą, która trzymała Lucka na kolanach i mokrym wacikiem (udając języczek kotki, rozumiesz) od góry brzuszka do dołu masowała mu jelitka, a ten leżał, spał i pierdział”. Obecnie Lucek ma się świetnie, jest wielkim tłustym kotem, który najchętniej mruczy w objęciach swojej pani.

Lucek. Fot. Natalia KrupaLucek. Fot. Natalia Krupa

Teraz czas na historię Oezil, która jest ze mną od 21 czerwca. Wzięłam ją z adopcji i będziemy już razem na dobre i na złe. Na razie niestety jesteśmy ze sobą na złe. Suczka okazała się bardzo schorowana, ale jest szansa na to, że wyzdrowieje. Po pierwsze ma źle zrośniętą tylną łapę. Nie wiem co było powodem jej złamania i weterynarzowi też ciężko to stwierdzić, nie znając jej historii. Łapa będzie jej dokuczała już do końca życia, na szczęście, dostaje pigułki na odbudowę maziówki i jest szansa, że zwyrodnienia będą mniej bolesne. Kolejną chorobą mojej suki jest dirofilarioza przenoszona przez komary i meszki. Odsyłam zainteresowanych do artykułu pani Doroty Romanowskiej, która bardzo dokładnie opisała czym jest to choróbsko.

Dla mniej zainteresowanych powiem tak: ugryzł ją komar, który zaraził ją nicieniami. Nicienie wędrują pod skórą i tam się rozwijają i narastają. Nieleczona choroba może doprowadzić do śmierci psa. NIE POMAGA TUTAJ TABLETKA NA ODROBACZENIE. Skąd dowiedziałam się o chorobie suki? Z badań krwi, które zlecił mój weterynarz. Nie było żadnych widocznych oznak, że psu coś dolega. Płytki krwi suki są poniżej normy i to dwukrotnie więc każda ranka źle się goi, a jakby już mało wycierpiała to zebrał jej płyn w gruczołach okołoodbytowych. Suka zaczęła lizać sobie ogon i go podgryzać doprowadzając do powstania rany, która się nie goi... Wszystko ją swędzi, piecze i pies po prostu cierpi. Zaczęłam jej podawać leki histaminowe, żeby ukoić swędzenie. Oczywiście codziennie jesteśmy u weterynarza, który robi jej potrzebne zastrzyki, oczyścił gruczoły i robi wszystko, żeby pies stanął na nogi. Czy będzie dobrze? Mam nadzieję (lekarz jest dobrej myśli), bo wkurwia mnie to jej cierpienie. Ten pies już swoje przeżył i mając nowy dom powinien brykać na spacerach, merdać ogonem i zajmować się psimi sprawami, a nie leżeć w kącie i co pewien czas popiskiwać z bólu. Doszło do tego, że suka nabawiła się histerii i boi się ruszyć ze swojego posłania. Ruch z jej miejsca powoduje skamlenie, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Wyobraźcie sobie jak fajnie wygląda nasze wyjście z domu na spacer. Pies uspokaja się trochę na spacerze, ale zejście po schodach czy w ogóle podejście do drzwi w mieszkaniu to mega stres i nieszczęście.

Podpisując papiery do adopcji zostałam poinformowana, że jak coś mi nie będzie pasować to mogę ją oddać. Dla mnie taka sytuacja w ogóle nie wchodzi w rachubę. Czy żałuję, że ją wzięłam? NIE, ale żałuję, że nie wiedziałam chociaż o jednej z jej przypadłości. Sorry, ale chorą łapę można było wyłapać, bo ona po dłuższym spacerku lekko kuleje. Mogłabym się zastanowić czy stać mnie na leczenie psa, czy jednak nie. Ciekawe, co by się stało, gdyby sunia trafiła do jakiegoś emeryta, który ledwo wiąże koniec z końcem, a chciał by mieć po prostu przyjaciela? Albo nie, lepiej się nad tym nie zastanawiać.

Oezil - dzień pierwszy (Fot. Miss Olgu)Oezil - dzień pierwszy (Fot. Miss Olgu)

Na koniec chciałabym przedstawić wam historię Willow i jej pana Łukasza Józefowicza, którego możecie kojarzyć z naszych filmików. Łukasz na co dzień pracuje w dziale Technologii gazeta.pl, a prywatnie jest również moim kolegą. Początkowo chciałam wyciągnąć z jego opowieści kilka zdań, ale postanowiłam przytoczyć ją w całości, bo jest świetnie napisana. Zapraszam do specjalnego wątku na naszym Forum, gdzie umieściłam tę historię.

Willow. Fot. Łukasz JózefowiczWillow. Fot. Łukasz Józefowicz

Reasumując: zanim zdecydujesz się na czworonoga, sto razy zastanów się, czy masz warunki, środki i odpowiednio dużo czasu, żeby zajmować się zwierzakiem. Jeżeli chcesz wziąć psa, ale nie lubisz chodzić na spacery to weź lepiej kota, rybki, albo ptaszki. Szczęśliwy pies, to wybiegany pies. Chcesz zwierzę z hodowli? Zapoznaj się ze wszystkim chorobami, które twój pies może mieć. Porozmawiaj z ludźmi, którzy mają psa tej rasy i jakie mają doświadczenia. Chcesz psa z adopcji? Licz się z tym, że „kupujesz kota w worku” i nigdy się nie dowiesz, co twój czworonóg przeżył i jak bardzo los go doświadczył. A najważniejsze, jeżeli chociaż przez sekundę przeszła ci myśl, że najwyżej oddasz zwierzę, bo ci nie będzie pasowało to uderz się w łeb młotkiem, ale pamiętaj tak mocno, żeby bolało do końca życia na samo wspomnienie.

Więcej o: