Te przeklęte, toksyczne matki - jak z nimi wygrać?

O tym, że nie trzeba patologii, by młodzi żywili uraz do swoich rodziców, wiemy nie od dziś. Nie brak na ten temat naukowych publikacji, równie dużo w tym temacie odnajdziemy w dziełach popkultury. Tabu przestaje być natomiast zupełnie inna sytuacja - kiedy w teoretycznie normalnej rodzinie matka zaczyna nienawidzić własne dzieci.

Ostatnio jedna z naszych czytelniczek napisała list, w którym przyznała się, że nie lubi swoich dzieci, że wiele z ich zachowań ją denerwuje, że ma poczucie, iż może być już tylko gorzej. Zadziałała na nas trochę jak medium - z miejsca przywołując w naszej pamięci historie osób, które znamy osobiście, osób, które są dorosłymi dziećmi rozczarowanych, niekochających, destruktywnych matek. Ojców też, spokojnie, ale w tych przypadkach ojcowie po prostu byli "cieniami” stojącymi murem za władczymi kobietami

Jolka - sympatyczna, trzydziestokilkuletnia, lekko pyzata, bardzo poukładana, ze średniego miasta. Mężatka z trójką dzieci. Stała praca, stały partner, stałe uczucia. Zachodzi w czwartą ciążę. Reaguje z obawą, czy to dobry moment, ale dobrodziejstwo przyjmuje, bo dzieci zawsze chciała mieć kilkoro. Tak jak jej mąż. Nie maja też poczucia, że kolejny członek rodziny zrujnuje ich życie finansowo. Dzwoni więc z informacją do pozostałych bliskich. - "Ty kretynko z Ciemnogrodu, nie wiesz co to jest antykoncepcja?!" - słyszy w słuchawce, a słowa te wypowiada nie kto inny, jak jej matka.

Ewka - rzeczowa, krzepka dwudziestokilkulatka. Teraz już pani magister inżynier chemii analitycznej, żona i szczęśliwa mama. Od małego przyzwyczajona do ciężkiej pracy, z drygiem do nauk ścisłych. Traf chciał, że na studiach się zakochała w chłopaku młodszym od siebie o dwa lata. Po pewnym czasie wspólnie wynajęli mieszkanie. Na czwartym roku stało się: dwie kreski na teście ciążowym, ten mały, charakterystyczny kształt na monitorze ultrasonografu. BUM! Jest trudno, ale jej chłopak to facet jakich mało. Chodzi za pracą, obiecuje wziąć dziekankę na czas pierwszego roku życia dziecka, razem układają już swoje przyszłe życie i drogę rozwoju zawodowego. Najważniejsze, żeby Ewka nie przerwała studiów, żeby się nie dała. Kiedy już sobie poukładali wszystko zrobili "objazdówkę” po rodzicach z wydrukami USG. Jej teściowie przyjęli wieść z radością. A w jej rodzinnym domu? - "Nie mam już córki, wynoś się z domu ty idiotko i nie waż się do nas dzwonić!" - rzuciła matka. Pani doktor. Żona pana doktora. Inteligencka rodzina z tradycjami.

Myślicie, że niechęć do własnych dzieci to głównie patologia, jakieś skrajne wynaturzenia? Że ta nienawiść ma twarz mamy Madzi z Sosnowca? Mamy Szymusia z Będzina? Otty Sanchez? Tamtej matki, która pozwoliła dziecku utopić się w wannie, a następnie odmówiła reanimacji? Zdziwilibyście się. O tym, że relacje między bliskimi potrafią być nieźle popieprzone można przekonać się nie tylko podczas lektury kronik policyjnych. O złych, raniących, naznaczonych już nie tylko brakiem miłości, ale elementarnego szacunku dla własnych dzieci relacjach matek powoli, niespiesznie, mówi się coraz więcej.

FuturamaFuturama

Coraz częściej także nie we wspomnianym kontekście patologii, przemocy fizycznej, której finałem jest zabójstwo dziecka. Coraz więcej młodych matek, mających problem z odnalezieniem w sobie tego, o czym tak chętnie ćwierkają rozanielone koleżanki, czyli instynktu macierzyńskiego - przyznaje się do tego przed partnerami, szuka pomocy i wsparcia u specjalistów. I dobrze. Zamiast rzucać się do gardeł kobietom, które być może ogrom obowiązków i nowych zadań przerósł, a huśtawka hormonalna wpędziła w baby blues zakończony długą depresją poporodową, warto je zwyczajnie wesprzeć. Nie tyle przejąć wszystkie ich obowiązki, bo to nie jest rozwiązanie, ale nieco "oczyścić im drogę” do przejścia na następny poziom rodzicielstwa. Są dzieci trudne, są coraz lepsi psychologowie, są terapie, także darmowe, nie w przychodniach zdrowotnych, ale w poradniach psychologiczno-pedagogicznych. Są darmowe warsztaty i kursy dla młodych rodziców - warto o tym wiedzieć i warto szukać tam miejsca.

Co z dorosłymi ludźmi, którzy są systematycznie niszczeni przez matki, które sprawiają wrażenie bardziej potworów niż ludzi? Cóż, to wszystko się wydarza i trwa. Od banalnego "wyglądasz fatalnie, jesteś taka, owaka, twój mąż cię wkrótce zostawi, jak nie zaczniesz tego i owego, zawiodłaś mnie, nieustannie ponosisz porażki, kiedy zrobisz coś porządnego ze swoim życiem?” po "Ty kurwo” w kontekście kolejnej ciąży w legalnym związku małżeńskim - toksyczne matki potrafią być różne. Najgorsze w ich relacjach z dorosłymi dziećmi jest to poczucie wyższości i braku szacunku. Dorosłe dzieci zaś nie mogą pozbyć się poczucia powinności. Często łączą je z eleganckim wyparciem tego, co było kiedyś złe w rodzicach. Niezależnie od tego jak bardzo bylibyśmy w kontrze do tradycji, presja społeczna i uwarunkowania biologiczne sprawiają, że dzieci czują się w obowiązku utrzymywać relacje z rodzicami, podejmować próby sprostania ich oczekiwaniom, szukać u nich akceptacji, szacunku, podziwu.

Szalona jest wiara i nadzieja, że kiedyś matka nie powie "ty puszczalska idiotko!”, nie odtrąci, tylko przygarnie, przytuli spontanicznie i powie szczerze "kocham cię”... Jeśli ktoś w porę nie wysłał takiej matki na konsultacje psychologiczne - nie liczyłabym na wiele.

Najczęściej bowiem takie toksyczne matki dorosłych dzieci są przekonane o wyższości swych racji, wychodzą z założenia, że to nie w nich tkwi problem i źródło rozczarowań, że wszystkiemu winne są dzieci. Często takie matki odnajdują w swych dzieciach zbyt wiele podobieństw do siebie sprzed lat, często okazuje się, że tego, czego nienawidzą w swoich dzieciach, jest tym, czego nie potrafią znieść w samych sobie.

Zła królowaZła królowa

Jeśli, w pewnym momencie, dorosłe lub dorastające dzieci toksycznych matek nie powiedziały rodzicielkom, że nie życzą sobie takiego traktowania - co też jest trudne, bo trzeba znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły i pewności siebie, a jak się domyślacie, ktoś, kto był systematycznie niszczony psychicznie nie ma zbyt wiele takich zapasów - potem może być już tylko gorzej.

Rodzice zachowujący się jak bogowie, ustanawiają zasady, dokonują osądów i zadają ból. Jeśli gloryfikujesz swoich rodziców, żywych czy umarłych, to zgadzasz się żyć według ich koncepcji rzeczywistości. Akceptujesz bolesne uczucia jako element twojego życia. Być może nawet rozumowo je usprawiedliwiasz, jako dobre dla ciebie. Nadszedł czas, aby z tym skończyć.

To fragment książki "Toksyczni rodzice" Susan Forward, terapeutki, która przez szereg lat mierzyła się w swym gabinecie z najróżniejszymi przypadkami destruktywnych relacji między rodzicami a potomstwem. Publikacja nienowa, niedroga, a myślę, że przydatna. Może nie jest biblią układania sobie relacji z toksycznymi rodzicami, ale na pewno jest doskonałą instrukcją obsługi takich trudnych związków. Dobrą na początek, pozwalającą znaleźć nie tyle siłę, co nadzieję i odwagę, jeśli nie na jakieś radykalne kroki, to chociaż na podjęcie terapii. A co z tymi historiami przytoczonymi na początku tekstu? Bohaterka pierwszej opowieści do dzisiaj trwa w chorej relacji z rodziną. W momentach silnych unika kontaktów, w chwilach słabości dzwoni, spotyka się i słyszy kolejne obelgi.

W drugiej historii bohaterka zerwała kontakt z matką, mimo wszystko zadzwoniła po raz ostatni i powiedziała, że jeśli matka podtrzymuje to, co powiedziała na spotkaniu, w takim razie ona, jako osoba dorosła, ze stałym partnerem, dzieckiem w drodze i akceptacją innych członków rodziny, tak własnej, jak i partnera, nie potrzebuje takiej matki. Czy było jej łatwo? Pewnie nie, pewnie wiele razy myślała nad tym, czy to aby nie jest jej wina. Wsparcie pozostałych członków rodziny było za to realne, tak jak i ich zrozumienie. Jej się udało. Została wystarczająco dobrą matką i całkiem nie najgorszą, obecnie już doktorantką.

Więcej o: