Poradnik uciekającej panny młodej, czyli odwołanie ślubu to nie koniec świata

Jeszcze niedawno z lekkim politowaniem oglądałam film "Uciekająca panna młoda" z Julią Roberts. Dziś coraz częściej słyszę o dziewczynach, którym światełko alarmowe zapaliło się, gdy kupiły białą sukienkę. Jak uchronić się przed potencjalnie największym błędem swojego życia? I czy ucieczka jest zawsze dowodem tchórzostwa czy bywa też aktem ostatecznej odwagi?

Tak to zawsze sobie wyobrażałam (fot. materiały prasowe)Tak to zawsze sobie wyobrażałam (fot. materiały prasowe)

W zwolnionym tempie i z lekko rozmytym obrazem. Tak pamiętam moment, w którym zdecydowałam, że odwołuję ślub. Nie uciekałam sprzed ołtarza, ani nawet sprzed oblicza urzędnika stanu cywilnego. Ale powiedziałam „nie” już po wyprawie po sukienkę i wyborze weselnego menu.

Minęło kilka miesięcy, a ja wciąż nie jestem z siebie specjalnie dumna. Ale też nie wstydzę się mojej decyzji. Zostałam kilka razy odsądzona od czci i wiary, musiałam odbudować relacje z rodzicami i przyjaciółmi, część potraciłam na dobre. Ten tekst to mój swoisty list do dziewczyny, która może, podobnie jak ja, stwierdzi, że nie chce być żoną tylko dlatego, że a) zegar biologiczny bije jej na alarm, b) rodzice chcą urządzić wielką imprezę rodzinną, c) koleżanki uważają, że jesteśmy dla siebie z narzeczonym wprost stworzeni.

Nienawiść narzeczonego, niedowierzanie przyjaciółek, zmartwienie rodziny. Odwoływanie ślubu to jedno z najbardziej stresujących wydarzeń w życiu. Nie chcę nikogo oszukiwać. Ani też nikogo do tego kroku namawiać. Ale jeśli zbliża się data tego teoretycznie najpiękniejszego wydarzenia w życiu, a ty zanosisz się łzami na samą myśl, że masz powiedzieć „tak”, to coś jest „nie tak”. Jeśli w szafie już wisi twoja wymarzona sukienka, a ty nie możesz na nią patrzeć, a tym bardziej na tego, który ma do niej dopasować garnitur, lepiej się jeszcze zastanów. „Najwyżej się rozwiodę”, powiesz. Bo przywiązałaś się do idealnej wizji tak mocno, że nie chcesz rezygnować z jej realizacji.

Miało być tak pięknie. Pół roku wcześniej on padł na jedno kolano, wyciągnął z marynarki brylant/rubin/szmaragd/szafir (niepotrzebne skreślić). Ze wzruszeniem odpowiedziałaś „tak”. Wcale nie dlatego, że tak wypada i że chciałaś nosić ten piękny pierścionek. Naprawdę chciałaś go poślubić. A wizję idealnego ślubu miałaś w głowie od podstawówki. Koronkowa sukienka do ziemi, bukiet polnych kwiatów, sto osób, nie więcej, drewniany kościółek. Albo pięciogwiazdkowy hotel, wielka katedra i sto gołębi. Chciałaś, ale już nie chcesz. I to jest okej.

Ale zanim złamiesz mu serce i zrobisz rewolucję w swoim życiu, zastanów się, czy to aby nie zwyczajne cold feet. Typowe przedślubne lęki i niepokoje. Bardziej związane z perspektywą tego, że trzeba zatańczyć ten koszmarny pierwszy taniec albo „gorzko” się całować, niż z głębokim strachem o waszą wspólną przyszłość. Jak więc odróżnić cold feet od czegoś więcej? Chyba tak, że lęk o to, czy kwiatki będą pasowały do obrusów w przypadku cold feet oznacza tylko i wyłącznie lęk o kwiatki. Te „kwiatki” nie symbolizują waszych nienarodzonych jeszcze dzieci, a obrusy waszego domku pod miastem.

A może zamieniasz się w Bridezillę? Też niedobrze. Często obserwuję moje przyjaciółki tak skupione na tym, żeby każdy włosek w ślubnej fryzurze układał się równo, że zapominają o tym, że ślub to dopiero początek, a nie koniec emocjonującego procesu ogarniania i załatwiania. Ten dzień nie wieńczy miłości, a otwiera jej nowy etap. Jeśli bardziej interesuje cię to, jak będziecie wyglądać razem przed ołtarzem i co o twojej weselnej playliście pomyślą koleżanki, coś jest, mówiąc oględnie, nie halo.

Jeszcze gorzej, gdy w ogóle się tym nie przejmujesz, traktując ślub jako kolejną dużą imprezę. „Jakoś to będzie”, mówisz, gdy okazuje się, że restauracja nie serwuje wegetariańskiego menu, mimo że połowa twoich znajomych nie je mięsa. Nie myl luzu z obojętnością.

I najważniejszy argument - już go nie kochasz. Pomyliłaś miłość z przywiązaniem, emocje związane z zaręczynami z nową falą fascynacji. Boisz się samotności? A może nie wyobrażasz sobie życia bez tej osoby po tylu latach? A może nie wierzysz, że możesz być szczęśliwsza? I myślisz, że prawdziwa miłość istnieje tylko w Hollywood. Najważniejsze nie jest więc upolowanie męża, tylko bycie, choćby na kocią łapę, z kimś, kto naprawdę do ciebie pasuje. Gdy już podoba ci się ktoś inny, łatwiej wykonać woltę. Ale zanim rzucisz się w wir płomiennego romansu albo statecznie osiądziesz w nowym związku, zastanów się, czy zaraz nie powtórzysz tych samych błędów, nie przyjmiesz pierścionka i nie zarezerwujesz sali. Daj czas sobie, nie spiesz się. Jest jeszcze instynkt. Zawsze się śmiałam z Olivii Pope z serialu „Skandal”, że ufa swojemu "żołądkowi". Ale tylko tam, głęboko w sobie, czujesz, co oznacza twój lęk.

Najtrudniejszy moment to rozmowa z przyszłym-niedoszłym mężem. Nie można chyba przeprowadzić jej dobrze. Zawsze będzie boleśnie, dziwnie, źle. Możesz postawić go przed faktem dokonanym, w kopercie oddając część zaliczki. Wtedy odwróci się na pięcie i prędko się do ciebie nie odezwie, chyba że po garnki z waszej (już nie) wspólnej kuchni. Możesz próbować argumentować. Ale jeśli jesteś swojej decyzji pewna, to przecież on i tak nie znajdzie kontrargumentów, żeby wybić ci z głowy „nagłą słabość”. Najlepiej zrobić to szybko jak zerwanie plastra. Zapomnij o formule „zostańmy przyjaciółmi”. Tak wielka zdrada wspólnej przyszłości nie obejdzie się bez wysokich kosztów.

Następna rozmowa, przed którą, w trakcie i po której będzie cię boleć brzuch, czeka cię z rodzicami. Zwłaszcza jeśli to z ich konta poszły te tysiące złotych na gołąbki, sukienki i zaliczki. Potem przychodzi czas na kwestie praktyczne. Najbliższym przyjaciołom będziesz chciała powiedzieć osobiście, że nie zatańczą na twoim weselu. Dalszym znajomym najlepiej wysłać maila. Dadzą ci czas, żeby ochłonąć.

Blair Waldorf z Fot. materiały promocyjne "Plotkary"

A jeśli już pogodziłaś się tym, że nie założysz białej sukienki, ale nie chcesz stracić zaliczki za salę, wejdź na jeden z kilku portali, które oferują odsprzedanie twojego terminu innym narzeczonym za niewielką prowizją. Niestety im bliżej terminu i im droższe, bardziej wymyślne wesele, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że na twoje miejsce znajdzie się horda chętnych.

Pozamiatane? Nie do końca. Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa walka. O odzyskanie szacunku do samej siebie i sympatii innych. Bo choć odważna decyzja z jednej strony napawa cię dumą, wciąż myślisz „co by było gdyby”. Zwłaszcza, gdy twoim przyjaciółkom całkiem nieźle wychodzi bycie żoną. A możliwe, że w twoim towarzystwie już na zawsze pozostaniesz „tą, która uciekła sprzed ołtarza”. Możliwe, a właściwie całkiem prawdopodobne, że grono twoich przyjaciół się skurczy. Nie tylko dlatego, że wybiorą tego „pozostawionego”, ale również dlatego, że mają poczucie, że już cię nie znają, że zrobiłaś coś, co nie mieści się w horyzoncie ich doświadczeń. Daj najbliższym czas na adaptację do nowych warunków. Jak dzieciom, które z przedszkola idą do pierwszej klasy albo staruszkom, które dopiero uczą się obsługiwać komputer. Możliwe, że test, który nieświadomie zafundowałaś swoim przyjaźniom, będzie ponad siły nawet tych, którym ufałaś w stu procentach. A może skrzętnie wykorzystali okazję, żeby wymiksować się z twojego życia. Pewnie chcieli zrobić to już dawno, tylko nie mieli odwagi i dostatecznie racjonalnego powodu. Nie masz też co liczyć na natychmiastową akceptację rodziców. Nawet, jeśli byłaś ich oczkiem w głowie, trzecim muszkieterem, wzorową córeczką. A może tym bardziej trudno o zrozumienie, gdy ten bunt jest pierwszym, na który się poważasz.

Mimo trudnych rozmów, cichych dni i okazjonalnego pochlipywania w słuchawkę, pamiętaj, że ludzie, którzy naprawdę cię kochają, chcą żebyś była szczęśliwa. A swoją konsekwencją z czasem udowodnisz sobie i im, że postąpiłaś słusznie.

Rachel Greene z Fot. materiały promocyjne "Przyjaciół"

I znowu z pomocą przychodzi popkultura. Gdy w pierwszym odcinku „Przyjaciół”, o których już kiedyś tu pisałam, Rachel nie bierze ślubu, nie zostaje na zawsze starą panną, tylko zaczyna nowe życie. Bo odwołanie ślubu nie jest ani licealnym „nie chcę już z tobą chodzić”, ani apokalipsą, po której już nic nie będzie. To ważna decyzja i ogromna zmiana w życiu. Taka, z którą trzeba nauczyć się żyć, bo jest raczej nieodwracalna i nieodwołalna. A okres żałoby potrwa tyle, ile czujesz, że powinien. Możesz tygodniami leżeć na podłodze w kuchni, słuchając Beyoncé. Możesz rzucić się w wir imprez i randek. Możesz zapisać się na jogę. Bo przecież nikt, nawet najlepszy coach, przyjaciel, ani psycholog, nie powie ci, jak wyleczyć złamane serce. Bo wbrew powszechnej opinii, twoje serce jest tak samo przetrącone, jak tego, którego zostawiłaś. Nie tracisz w końcu „tylko” związku, w który jeszcze niedawno wierzyłaś tak mocno, że chciałaś mieć dwójkę dzieci i labradora. Tracisz część siebie. To konsekwencja każdego rozstania. Ale gdy z narzeczonej stajesz się niedoszłą żoną, musisz jeszcze wytłumaczyć się ze swojej decyzji połowie świata. A jeśli nikt od ciebie tłumaczeń nie wymaga, pozostaje jeszcze twoje własne sumienie.

A wy myślałyście o odwołaniu ślubu? Podzielcie się z nami swoimi doświadczeniami.

Więcej o: