Paznokcie na wakacjach - jaki manicure wybrać latem?

W ciągu roku jest kilka takich okresów, kiedy manikiurzystki mają szczególnie dużo pracy. Gabinety oblegane są przed Bożym Narodzeniem i Sylwestrem, ale także w okresie urlopowym. Chcemy przecież wyjechać na wakacje z pięknym, trwałym manikiurem i pedikiurem. I tu pojawia się pytanie - jaki rodzaj lakieru wybrać: tradycyjny, hybrydowy czy winylowy? Jaki produkt najlepiej spełni nasze oczekiwania i bez szwanku przetrwa konfrontację bosych stóp z piaskiem, żwirkiem, kamyczkami?

Ze wszystkich kosmetyków kolorowych najbardziej lubię lakiery do paznokci! I ze wszystkich kosmetyków kolorowych akurat te mają u mnie najmniejsze zastosowanie praktyczne. Owszem, maluję paznokcie, ale jedynie u stóp.

Skąd więc moja miłość do lakierów? Po pierwsze kocham kolor oraz połysk, a paznokcie są idealne do prezentowania jednego i drugiego. Zawsze mogę sobie na nie zerknąć, poruszać palcami, żeby lakier zalśnił, wysunąć nad powierzchnię wody, o ile akurat jestem w wodzie, żeby lakier błysnął.

Po drugie, dlatego, że pomalowane paznokcie w bucie z odkrytymi palcami są w naturalny sposób dopełnieniem stroju. Nawet, jeśli strój ogranicza się do kostiumu kąpielowego, czy bielizny. Jak to często z miłością bywa, moje uczucie do lakierów do paznokci popycha mnie do czynów nieracjonalnych, a konkretnie - do kupowania ich ponad miarę. A w każdym razie ponad moje faktyczne zapotrzebowania. Przyznaję, mam kolekcję lakierów użytych raz... albo wcale. Ale one tak pięknie wyglądają niekoniecznie na paznokciach. W buteleczkach też. No i oglądam sobie czasem moją kolekcję, mieszam buteleczki, pobrzękuję nimi, patrzę na świetlne refleksy na opakowaniach... Tak, jestem jak smoczyca w jaskini z klejnotami.

Oczywiście, moja radość z lakieru do paznokci byłaby stokroć większa, gdybym malowała sobie również paznokcie palców dłoni. Czemu tego nie robię? Ponieważ za każdym, ale to za każdym razem, kiedy już nałożę idealnie lakier, jakoś tak niefortunnie machnę dłonią, złapię coś, potknę się i podeprę, słowem - za każdym razem zrobię coś takiego, że sobie ten świeżutki lakier zarysuję, odgniotę, zetrę. To jest tak frustrujące, że wolę nie zaczynać tej całej zabawy z dłońmi. Pewnie powiecie mi, że mogę sobie pomalować paznokcie, usiąść na tyłku, włączyć film i nie ruszać z miejsca przez półtorej godziny, wykorzystując ten czas na wachlowanie łapkami (z dala od mebli, lampek, monitorów, klawiatur, ścian, szklanek z napojami, gazet...). A ja wam na to odpowiem, że nie mogę. No nie usiedzę na tyle długo, żeby lakier zasechł na dobre. Ja wiem, że są utwardzacze, przyspieszacze, fiksatywy ale u mnie to nie zdaje egzaminu. Wszystkie manikiurzystki, które kiedykolwiek malowały mi paznokcie, doskonale wiedzą, że jestem kwintesencją paznokciowego pecha. Nawet siedząc przy stoliku w gabinecie, w pozornym bezruchu, jestem w stanie zepsuć sobie świeży lakier.

Fot. Dzieci zabierają na wakacje ukochane zabawki, ja - ukochane lakiery (Fot. ML)Fot. Dzieci zabierają na wakacje ukochane zabawki, ja - ukochane lakiery (Fot. ML)

Teraz już rozumiecie zapewne, dlaczego lakier hybrydowy, to było dla mnie objawienie. Kiedy tylko pojawił się w gabinetach, popędziłam zrobić sobie świeżutki, lśniący, pachnący (śmierdzący, ale co tam, uwielbiam ten zapach) manicure. Wszystko było dobrze i jak trzeba. Lakier stwardniał zanim zdążyłam go zniszczyć, trzymał się jak nówka sztuka przez bite dwa tygodnie i jak nówka drugiej kategorii przez trzeci tydzień. Nie zamordowały go nawet moje prace florystyczne, a akurat był sezon przed Bożym Narodzeniem, więc druty, iglaki, gałązki i szyszki szorowały o niego równo. No a później, przed Sylwestrem, poszłam na zdjęcie lakieru. I to był koszmar. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, czego mam się spodziewać i jak dobrze wykonane zdejmowanie hybrydy powinno wyglądać. I zaprawdę powiadam wam - jeśli zobaczycie kiedykolwiek, że ktoś zbliża się do waszych paznokci z ostro zakończonym metalowym narzędziem - uciekajcie. Z krzykiem, czy bez. Ja nie uciekłam, za to po blisko półtorej godziny wyszłam z taaaak pocharataną płytką... brrr! Wtedy, ze łzami w oczach, obiecałam sobie, że nigdy więcej hybrydy.

Błąd - zdejmowanie lakieru hybrydowego to nie ciążka siłowa praca, czy tortury. Dobrze przygotowany do zdjęcia lakier potrzebuje ewentualnie lekkiego podważenia (a i to zwykle nie) DREWNIANĄ szpatułką. Jeśli więc rezygnujecie ze względu na obawę przed jego ściąganiem, to naprawdę nie ma się czego bać. Tylko weźcie sobie do serca moją sugestię: widzicie w rekach manicurzystki metalowy obiekt - bierzecie nogi za pas. Na drugie podejście do lakieru hybrydowego dałam się namówić mojej bardzo zaufanej manicurzystce. Efekt po położeniu lakieru oczywiście był zachwycający. Pomijam fakt, że dotknęłam mokrym lakierem do lampy UV i zrobił się ślad. Na lampie, ale niestety i na paznokciu (już teraz rozumiecie, dlaczego nie maluję sobie paznokci u rąk?). Niestety, nie przewidziałam, że będę miała potężne problemy z wygospodarowaniem sobie czasu na zdjęcie lakieru hybrydowego w gabinecie... No i męczyłam się z odłażącym lakierem (a nie ma nic paskudniejszego, niż łuszczący się czy starty na końcach paznokci lakier!), aż w końcu w desperacji zdjęłam go sobie sama. I tak, można to zrobić w domu, wszystko się udało, paznokcie wyszły z tej operacji bez szwanku - ale jednak polecam zdejmowanie hybrydy w gabinecie.

Alternatywa dla hybrydy jest lakier winylowy. Przyznam, że jeszcze nigdy nie miałam pomalowanych paznokci lakierem winylowym. Dlatego pytania o praktyczną stronę wykonania, noszenia i zmywania winylu skierowałam do manicurzystki, Olgi Urbowicz z warszawskiego salonu Nailed It. Przedstawię wam wnioski, które wyciągnęłam z rozmowy z panią Olgą.

Teoretycznie, lakier winylowy ma się trzymać na paznokciu tydzień. W rzeczywistości - przetrwa i dwa tygodnie. Lakier hybrydowy spokojnie ponosicie dwa tygodnie, a może nawet i trzy. Oczywiście, na paznokciu zrobi się odrost, zdecydowanie widoczny po dwóch tygodniach. Zwolenniczki długiego noszenia hybrydy zamalowują go sobie zwykłym lakierem do paznokci.

Lakier winylowy, w odróżnieniu od hybrydowego, da się szybko zmyć zwykłym zmywaczem. Zdejmowanie hybrydy wymaga raczej wizyty u manicurzystki (tak, tak, lepiej, żeby lakier był zdjęty przez profesjonalistkę). Czyli, jeśli potrzebujecie czegoś trwalszego, niż tradycyjny lakier, a nie planujecie dodatkowych wizyt w gabinecie piękności - zdecydujcie się ma lakier winylowy.

Lakier winylowy nakłada się bezpośrednio na płytkę paznokcia, lakier hybrydowy na podkład. W związku z tym winyl może odbarwiać płytkę. No, powiedzmy szczerze - w wielu przypadkach ją odbarwia, hybryda nie robi tego nigdy. Jeśli więc zależy wam na dobrym wyglądzie płytki po zdjęciu lakieru - wybierzcie hybrydę.

Lakier winylowy zasycha w zwykłym świetle, utwardzenie lakieru hybrydowego wymaga lampy UV. Nie wiem, czy to ma dla was jakiekolwiek znaczenie, w jaki sposób wysycha lakier? Może mieć oczywiście, jeśli planujecie nakładać go sobie same w domu - w tym układzie przewagę ma lakier winylowy, bo nie potrzebujecie specjalnego sprzętu.

Lakier hybrydowy zachowa połysk dłużej, niż winylowy (to ważna informacja dla mnie).

Jeśli zaś chodzi o paznokcie u stóp - oba lakiery będą miały podobną trwałość, nawet do czterech tygodni. Oczywiście, będą odrosty.

Virtual by Joko w moim ulubionym opalizującym kolorze (Fot. ML)Virtual by Joko w moim ulubionym opalizującym kolorze (Fot. ML)

Na koniec wrócę jeszcze do tradycyjnych lakierów do paznokci. Zupełnie szczerze napiszę, że nie testowałam produktów zbyt wielu firm, ponieważ moją absolutną miłością są lakiery z Inglota. Dlaczego? Bo odpowiada mi relacja jakości do ceny oraz wybór kolorów. Lakiery Inglota nigdy mnie nie zawiodły - świetnie rozprowadzają się na paznokciu, dobrze schną (a zawsze maluję podwójną warstwą), nie odbarwiają płytki paznokciowej i są trwałe. Dodatkowo ich trwałość (i połysk!) wzmacniam przy pomocy utrwalacza Diamond Top Coat - też z Inglota. Ten Top Coat to, według mnie, produkt obowiązkowy jeśli malujecie paznokcie. Naprawdę, każdy lakier (to znaczy każdej firmy) wygląda pod nim bardzo korzystnie. Jeśli chodzi o lakiery innych producentów, które mogę polecić, to tuż za Inglotem (i to jest moje odkrycie tego sezonu) plasują się lakiery Bell. Bardzo dobre zarówno jeśli chodzi o jakość, jak i ciekawą kolorystykę, są lakiery Catrice. Lakiery Wibo - zdecydowanie są warte uwagi, szczególnie seria Gel Like. Lubię je, bo cena jest bardzo przystępna, lakiery bardzo przyjemne w nakładaniu, jednak trwałość pozostawia wiele do życzenia. Lakiery Joko - uwielbiam serię transparentnych produktów, które mienią się jak perły lub muszle. W ogóle lakiery Joko są bardzo dobre i prawdę mówiąc niewiele ustępują produktom Inglota - równie dobrze się rozprowadzają i są bardzo trwale. Polecam z czystym sumieniem. Wiem, że wielką popularnością cieszą się lakiery Golden Rose. Nigdy nie miałam okazji ich używać. Ciekawa jestem, czy je lubicie?

Diamond Top Coat to pozycja obowiązkowa, Cuticle Oli - zalecana (Fot. ML)Diamond Top Coat to pozycja obowiązkowa, Cuticle Oli - zalecana (Fot. ML)

Kiedy myślę o pielęgnacji i malowaniu paznokci w domu, to do głowy przychodzą mi jeszcze dwa, bardzo praktyczne produkty. Pierwszy to olejek do skórek Inglota. Napisałabym, że jest niezastąpiony, ale od kiedy używam do pielęgnacji olejów - te wyparły gotowy produkt. Nic natomiast nie jest w stanie zastąpić mojej tratwy ratunkowej, czyli korektora do paznokci w pisaku. Z tym korektorem mogę sobie malować paznokcie nawet zamknąwszy oczy! Bo wiem, że później precyzyjnie i bez precedensu korektor zatrze wszystkie ślady po mojej niewprawnej ręce. Mój korektor jest ewidentnie kobietą - nazywa się Ewa Shmitt i pochodzi z Rossmana.

Więcej o: