Ósmy grzech główny - zaniedbywanie przyjaźni

Kobieca przyjaźń to wielka siła. Magiczna moc, która potrafi wydobyć delikwentkę z dna Rowu Mariańskiego, posadzić bezpiecznie na pupie w fotelu, a nawet podać drinka, kocyk, pistolet, druk rozwodowy, wiśnie w marcepanie, czy co tam akurat jest najbardziej na miejscu. Dlaczego więc w dorosłym życiu tak łatwo z niej rezygnujemy?

Nigdy nie rozumiałam skąd przekonanie o tej, jedynej, prawdziwej, męskiej przyjaźni? Może znajomości panów były zawsze jakoś bardziej malowniczo przedstawiane? A to na tle wojny, polowania, zdobywania dzikich ostępów, koniecznie w milczeniu sugerującym porozumienie bez słów?

Faktycznie ratowanie przyjaciela z odmętów rwącej rzeki bardziej zapada w pamięć niż, powiedzmy, wyciąganie przyjaciółki z depresji poporodowej z rozwałką niemowlęcą i górą pieluch w kadrze. Nasze związki nawet nazywane są jakoś tak mniej epicko „babska przyjaźń”. Ręka do góry, kto by chciał się szczycić czymś „babskim”? No właśnie.

Nie znaczy to, że poddaję w wątpliwość wartość męskich przyjaźni. Wierzę w nią, ale tak samo myślę o związkach kobiet. Przyjaźń jest dla mnie wartością bezdyskusyjną zarówno między mężczyznami, kobietami, w układach mieszanych, czy choćby człowiek i jego zwierzak.

Przyznaję, że nie ma dla mnie słodszego widoku, niż małe rozchichotane, rozszeptane, trzymające się za ręce dziewczynki. Albo starsze panie razem na ławce, podające sobie cukierki, czy też jedzące ciasto drożdżowe na tarasie, zawsze o tej samej porze. Jednak te dwa etapy dzieli dorosłość, czas w którym - jak sama się przekonałam - najłatwiej zaniedbać przyjaźń.

NA POCZĄTEK: KLASYCZNY CZWOROKĄT

To co zmieniło się z wiekiem w moich związkach międzyludzkich, to statystyki. Nie mam siły na większą ilość przyjaciółek. Oczywiście poza przyjaźniami „z krwi”, czyli mamą i siostrą, które są niezmienne i ukochane.

Od kiedy pamiętam miałam trzy przyjaciółki, przy czym jedna zawsze była BARDZIEJ. Rotacja następowała w wyniku rozchodzących się dróg życiowych. Były to rozszczebiotane, przesłodkie związki, ale jednocześnie na „śmierć i życie” bo przypadały na czasy trudów, czyli dzieciństwa, dorastania i wchodzenia w dorosłość.

W dorosłym życiu model przeskoczył mi na 1+1. Jestem typem samotnika, lubię swoje pustelnicze zajęcia, jedna przyjaciółka to maksimum moich możliwości. Nie mam też zapędów podobnych do przyjaźni z dzieciństwa: wielogodzinnych, codziennych rozmów i akcji wszystko-róbmy-razem.

Ten etap po prostu minął.

Jasne, że nie robi mi to dobrze wizerunkowo, bo jednak fajniej wygląda kobieta mogąca chwalić się gronem kilkunastu wspaniałych, oddanych przyjaciółek. Ale ja po prostu nie jestem w stanie takiej ilości opanować. Przyjaźń w moim wydaniu absorbuje wiele energii i czasu. A tego musi mi jeszcze wystarczyć na dzieci, męża, dom, bliskich. I nie są to żadne tłumaczenia. Tylko wiedza praktyczna. A może jednak nie? Może zwyczajnie nie staram się wystarczająco? Może pośpiech i zabieganie dorosłego życia to tylko wymówka? Nie wiem.

Seks w wielkim mieście / fot. materiały promocyjneSeks w wielkim mieście / fot. materiały promocyjne

Wiem natomiast, że chociaż dziś mam jedną przyjaciółkę, to związki z wcześniejszych lat nadal we mnie są. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale chociaż na co dzień nie utrzymujemy kontaktu, dla mnie te przyjaźnie się nie skończyły.

Niedawno spotkałam moje szkolne przyjaciółki po 18 latach niewidzenia. Nie dość, że minęło tyle czasu, to jeszcze dziewczyny zamieniły się w cudne kobiety z burzliwymi życiorysami. Nasze drogi życiowe i zawodowe naprawdę rozeszły się w skrajnie innych kierunkach. A jednak spotkanie po latach wyglądało tak, jakbyśmy wczoraj niechętnie rozstały się po lekcjach.

Te kilka godzin spędzonych razem dało mi pozytywną, kobiecą, jakąś wręcz pierwotną energię. Okazało się, że chociaż czuję się szczęśliwa i spełniona w życiu, może być ono znacznie lepsze. Wystarczy jeśli nie pozwolę znikać kobiecym przyjaźniom, które cholernie łatwo rozpuszczają się w „bo jeszcze na plac zabaw, bo posprzątać, bo poćwiczyć, bo zakupy, bo szkolenie, bo deadline czai się za rogiem”.

Tym bardziej, że z życiem bywa różnie. Kto wie kiedy będę potrzebowała ekipy ratunkowej spuszczającej się po mnie do tych mariańskich rozpadlin. Albo kiedy ja będę potrzebna w charakterze ratownika. No i jest jeszcze to ciasto na tarasie, które zaplanowałam na radosną jesień życia. Sama będę je jadła?

Gotowe na wszystko / fot. materiały promocyjneGotowe na wszystko / fot. materiały promocyjne

NIE TERAZ! PIJĘ KAWĘ Z SERIALEM

Zauważyłam, że ciekawych, inspirujących czy zwyczajnie zabawnych znajomości z kobietami szukam nawet poza realnym światem. Nie, nie mam wymyślonych przyjaciółek. Spokojnie. To przyjaciółki serialowe.

Dobierając je kieruję się chyba najczęściej etapem życia, na jakim jestem. Tak na przykład dawno temu zakumplowałam się z Carrie, Mirandą, Charlotte i Samanthą z "Seksu w wielkim mieście". Przeszło mi szybko, ale nawet dziś, jeśli zdarza mi się czasem obejrzeć przez przypadek jakiś odcinek, to z sentymentem podglądam ich urokliwego singielek.

Kolejny etap życia, kolejne przyjaciółki. Pamiętacie jeszcze królowe przedmieścia? "Gotowe na wszystko" panie domu? Ach, jak ja chciałam być chociaż trochę jak Gabrielle Solis. Niestety okazałam się krzyżówką Lynette Scavo z Bree Van De Kamp. W tej „przyjaźni” bruździła mi strasznie Susan Mayer, która upiera się dociągnąć do końca swych dni na dziewczęcym roztargnieniu. Ale nawet mimo tego, że jej nie polubiłam, bardzo chciałam przeprowadzić się do Fairview, mieć swój kubek i pić kawę przy białym płotku, obgadując sąsiadów.

Moja przyjaciółka - Moja przyjaciółka - "Żona idealna" / fot. Hallmark

Dziś moje filmowe przyjaźnie nie odzwierciadlają wprawdzie etapu życia rodzinnego ani związkowego, bardziej nawiązują do wieku. No i stało się z nimi dokładnie to co z życiowymi. Przeszły do liczby pojedynczej. I tak moją przyjaciółką jest Alicia Florrick z "Żony idealnej". Chociaż przyznaję, że nie mogę poradzić sobie z sentymentem do nowej znajomej - Claire Underwood z "House of cards". Oczywiście wiem, że nie jest to najrozsądniejszy wybór.

Ale czy przyjaźń jest tak naprawdę wyborem? Czy czymś od nas niezależnym? Podobnym raczej do zakochania się, chemii, znalezienia swojej drugiej połówki? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że kobieca przyjaźń to wielka rzecz. I nic jej nie zastąpi. Brak takiej przyjaźni, to trochę jak brak lustra - trudniej jest dobrze się sobie przyjrzeć.

A jak jest u was? Macie swoje lustra? Znajdujecie czas na dbanie o liczne przyjaźnie? A może wystarcza wam jedna przyjaciółka, ale za to taka ze stażem od przedszkola? W ogóle potrzebujecie kobiecych przyjaźni?

PS. Wybaczcie, że dziś zdjęcia wyłącznie z seriali. Naprawdę bardzo chciałabym przedstawić wam dziewczyny, które są dla mnie ważne, ale muszę dbać o ich prywatność. Ściskam.

OD REDAKCJI:

Chcemy zachęcić Was, żebyście przysyłali nam swoje historie o przyjaźni. Czekamy na Wasze opowieści o tym, jak bardzo wyjątkowa (i dlaczego) jest przyjaźń, która Was połączyła.

Najciekawsze opowieści przez całe wakacje będziemy publikować na Fochu. A wywiad z jedną, wybraną parą przyjaciół trafi do książki o przyjaźni, nad którą pracuje Hanna Rydlewska, redaktor naczelna Weekend.gazeta.pl

Piszcie na adres: foch@agora.pl

Na Wasze zgłoszenia czekamy do końca lipca. Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów zrewanżujemy się książkowym upominkiem.

Więcej o: